– Znajdą? – powtórzyłam, drżąc, gdyż oto nagle musiałam rozstać się z tymi, których, choć byli martwi, kochałam nad życie i spędziłam z nimi kilkanaście radosno-smutnych lat. Ba, z różnych kolorowych magazynów wycinałam zdjęcia młodych, ślicznych kobiet i przystojnych mężczyzn, przywieszałam je nad łóżkiem, tam gdzie inne dziewczyny wieszały fotki filmowych aktorów, wmawiając sobie, że moi zmarli rodzice byli do nich podobni: tak samo piękni, równie eleganccy, wiodący fascynujące, takie jak opisywane w kolorowych magazynach życie. Ta wizja chroniła mnie niekiedy przed okrucieństwem rówieśników i starszych dzieci w sierocińcu. Bo skoro byli jacyś rodzice, to powinni być jacyś krewni. A ci krewni pewnego dnia zjawią się i ukarzą małych okrutników. Dlatego nie wolno im bezkarnie mnie bić, szarpać, popychać, przypalać papierosem, żebym nie sypnęła siostrom, kto z wychowanków pali, kto kradnie, kto znęca się nad innymi czy robi coś jeszcze gorszego.
Najczęściej i tak nie udawało mi się ujść przed ich okrucieństwem. Na przykład, co doskonale pamiętam do dziś, pewnego dnia Czarna Aneta topiła mnie, trzymając przemocą moją głowę w cuchnącej klozetowej muszli, Ruda Iwona gasiła papierosy na moich plecach, a obie przy tym wołały:
– Jak puścisz parę z gęby, posrana księżniczko, to każemy ci zjeść to gówno! I zlejemy cię kablem, rozumiesz?!
– …lub w nocy powiesimy cię w łazience, a Iwona, która naśladuje każde pismo, napisze twój pożegnalny, samobójczy list – syczała z tyłu Gruba Danka.
Aneta, Iwona i Danka obrabowały wówczas szkolny sklep, a ja, jak zwykle pechowa ośmiolatka, w tym samym się do niego weszłam. I rozpoznałam je. Prześladowały mnie już do końca swojego pobytu w sierocińcu. Odetchnęłam dopiero, gdy go opuściły, ale wówczas byłam już piętnastoletnią dziewczyną. Osiem lat spędzonych pod terrorem tych trzech dziewcząt to było coś nie do pozazdroszczenia. I właśnie to śni mi się czasem do dziś, i właśnie wtedy budzę się z krzykiem… Ale Czarna Aneta, Ruda Iwona, Gruba Danka i im podobne to była tylko jedna połowa obrazu tworzącego sierociniec. Ta mroczna. Ta, która z pięknego niegdyś pałacu czyniła ten budynek ponurym i szarym. Być bowiem jeszcze inny obraz, który mocniej przetrwał w mojej pamięci: miłość matki przełożonej i przyjaźń wrażliwych istot, podobnych do Cecylii.
Siostra Amata kochała mnie, i chroniła. Ale nie wiedziała o wszystkim i nie mogła wiedzieć. Przy całej swej dobroci, a może przez nią, siostra Amata nie chciała wierzyć, że wśród wychowanków krzewi się zło. Ja, mimo doznawanych okrucieństw, nie chciałam być donosicielką. Cecylia, starsza o cztery lata, która o sierocińcu wiedziała nieco więcej, choć nie aż tyle co ja, chroniła mnie od pierwszej chwili, ale przecież nie była stale przy mnie obecna. Dla Cecylii inne dzieci były dobre – lub kryły się przed nią ze swoim prawdziwym charakterem. Cecylia bowiem nie była bezbronną niemową jak ja. Miała twardy charakterek. Nie była też pełną sierotą, ale daleką krewną siostry Amaty, co ją po części czyniło nietykalną. I wreszcie przebywała w starszej grupie, a znęcano się głównie nad najmłodszymi. Na przykład do szkoły w mieście jeździłam z dzieciakami, którymi „opiekowały się”, czyli bezkarnie znęcały się nad nimi,; Ruda Iwona, Czarna Aneta i Gruba Danka. Nasi naiwni wychowawcy powierzyli im rolę „opiekunek” młodszych dzieci. Śledziłam zresztą później losy tych trzech sprawczyń moich najczarniejszych nocy i dni w sierocińcu: Ruda Iwona siedzi w więzieniu za notoryczne kradzieże, a co z niego wyjdzie, to wkrótce znów wraca; Czarna Aneta jest nieuleczalnie chorą alkoholiczką i ćpunką, ma „hifa” i obdarowała nim swoje dziecko. Za to Gruba Danka schudła o dwadzieścia kilo, wypiękniała, skończyła prawo, wyszła za mąż, mieszka w innym mieście i nie pamięta lub nie chce pamiętać, jaka była, mając czternaście czy szesnaście lat.
Cecylia zajęła się mną od pierwszego dnia, gdy siostra Amata przyprowadziła mnie do sierocińca, a ja w ogóle nie mówiłam. I nie mówiłam przez całe pierwsze trzy i pół roku. Nic. Ani słowa. Dzieciaki wyzywały mnie, szarpały, szczypały, starsze wbijały mi drzazgi pod paznokcie, a ja wydawałam z siebie najwyżej „taki ptasi pisk”, jak wspomina czasem Cecylia. Zaczęłam mówić dopiero, gdy skończyłam siedem lat, ku niesłychanemu zdumieniu naszego lekarza, który już postawił swoją diagnozę.
… ale oto mam siedemnaście lat, za rok opuszczę sierociniec, wywalczyłam stypendium w prestiżowym college’u, chcę odszukać rodzinę, choćby najdalszą, a siostra Amata, w mrocznym od ołowianych chmur parku, mówi:
– Skłamałam, Ewo. Nigdy nie było żadnych rodziców. Żadnego auta. Żadnego wypadku. Ale nasze dzieci, za naszymi plecami, zawsze były najokrutniejsze wobec tych wychowanków, którzy byli pełnymi sierotami. Więc lepiej było mieć choćby wymyślonych rodziców niż żadnych. I ja ci ich wymyśliłam, Ewo.
– Żadnych rodziców? Żadnego wypadku? Nic? Nikogo? – powtórzyłam, czując, jak robi mi się coraz bardziej zimno w tym jesiennym parku.
– Nic i nikogo – powtórzyła ze smutkiem siostra Amata. – Miałaś, licząc tak na oko, jakieś trzy lata i brudna, rozczochrana, w resztkach podartej sukienki, włóczyłaś się po mieście. Nie mówiłaś. Nasz lekarz orzekł, że jesteś dzieckiem autystycznym, że skryłaś się we własnym, urojonym świecie i nigdy nie odnajdziesz kontaktu z naszym. Ten lekarz był młody i bezkompromisowy, i nawet wypisał dla ciebie skierowanie do domu dla dzieci upośledzonych. Nie zgodziłam się, żeby cię oddać. Domyślam się, że wiele u nas przecierpiałaś, bo to nie my, lecz nasi wychowankowie znają prawdę o sierocińcu, ale w domu dla upośledzonych byłoby ci jeszcze gorzej. No i stamtąd nigdy nie wyrwałabyś się do college’u. Być może do końca życia pozostałabyś niemową, wyplatającą koszyki z wikliny…
– Czy siostra nigdy nie próbowała dojść prawdy o moim pochodzeniu? Przecież nie mogłam spaść z Księżyca! – zawołałam z bólem. W tej chwili nienawidziłam jej za to, że kilkoma zdaniami zabrała mi jedyne, co miałam urojonych rodziców i urojony świat dobrego dzieciństwa.
– Szukałam twoich krewnych nie tylko w naszym mieście, ale w całym kraju. Ba, szukaliśmy ich chyba w całym świecie, przez Interpol i Czerwony Krzyż, bo nie wykluczaliśmy, że mogłaś być na przykład dzieckiem nielegalnych imigrantów. Twoje zdjęcie ukazało się chyba we wszystkich gazetach i w telewizji. Ty sama niczego nie mogłaś nam wyjaśnić, niczego ułatwić, choćby przez podanie swojego imienia, gdyż nie mówiłaś. A gdy wreszcie zaczęłaś mówić, były to słowa niezrozumiałe i trudno byłoby na ich; podstawie domyślić się czegoś o twojej przeszłości…
– Więc co mogę teraz zrobić? – spytałam przez łzy.
– Nic. Nie szukaj, Ewo, ani swoich rodziców, ani dalszej rodziny, bo stracisz na to życie i najpewniej nigdy ich nie znajdziesz. Żyj. Po prostu pięknie żyj. Może kiedyś zdarzy się jakiś przypadek, który ułatwi ci rozwiązanie tej; zagadki. A może wręcz przeciwnie: nigdy nie dowiesz się, kim jesteś i będziesz musiała nauczyć się być z tym szczęśliwa. I tyle. To nie jest niemożliwe. Znam dzieci, które są o wiele bardziej nieszczęśliwe niż ty, właśnie dlatego, że mają rodziców…
Więc nauczyłam się z tym żyć. I nauczyłam się być szczęśliwa ze świadomością, że najpewniej nigdy nie po znam prawdy o swym pochodzeniu. Owszem, często o tym rozmyślam, gdzieś bardzo głęboko tkwi we mnie mały, lecz ostry cierń pamięci, że jestem znajdą, ale już się tego nie wstydzę. Tak jak wierząc w bajkę siostry Amaty, wycinałam fotki młodych, ślicznych par z kolorowych magazynów i snułam marzenia o ich życiu – tak z chwilą poznania prawdy powoli zaczęłam sobie wmawiać, że w byciu znajdą jest coś romantycznego. Tak, nauczyłam się być z tym szczęśliwa…
Prawie każda wychowanka i wychowanek, gdy opuszczają sierociniec, przyrzekają, że będą go odwiedzać. Prawie nikt nie dotrzymuje słowa. Ja słowa dotrzymałam. Skończyłam bardzo dobrą szkołę, potem zdobyłam doskonałe stypendium i uzyskałam dyplom elitarnego zagranicznego uniwersytetu. I przez wszystkie te lata, zawsze gdy miałam czas i okazję, odwiedzałam sierociniec. Niekiedy nawet pędzałam tu całe wakacje lub choćby ich część, zamiast jechać nad morze czy w góry z beztroską studencką grupą. Co mnie tu ciągnęło? Ciągnęły mnie nie zawsze dobre, choć czasem piękne wspomnienia: pamięć okrucieństw Rudej Iwony, Czarnej Anety i Grubej Danki – i pamięć miłości siostry Amaty i ciepłej przyjaźni Cecylii. Siostra Amata do dziś jest mi jak matka, a moja jedyna przyjaciółka Cecylia od ośmiu lat jest przełożoną sierocińca i potrzebuje mego wsparcia. I mojej wiedzy o sierocińcu. Zapewne ciągnie mnie tu też myśl, że dwadzieścia siedem lat temu, gdzieś w tej okolicy, w pobliskim mieście, urwało się moje pierwsze, prawdziwe życie, że gdzieś tu utraciłam kontakt z moim pierwotnym światem, tym światem, który mi się należał. Może właśnie dlatego nadal mieszkam tak blisko tego miasta, na jego przedmieściach? Choć jest tyle większych i ciekawszych miast niż to? Bo ciągle wierzę, że przez przypadek odnajdę koniec tej raptownie zerwanej nici…?