Wierzę też w przeznaczenie. Będąc stale w bliskim kontakcie z sierocińcem, właśnie tu, a raczej dzięki temu – poznałam Adama. Mojego najukochańszego, wspaniałego męża. Siedem lat temu, jako początkujący medyk, Adam przez parę miesięcy zastępował etatowego lekarza sierocińca. Zaś ja przyjechałam, jak zwykle, żeby pomóc Cecylii w jej pracy. Zawsze jej na tym zależało, gdyż uważała, i słusznie, że skoro z powodu swej odmienności doznałam w sierocińcu wielu cierpień, dziś będę umiała rozpoznać wszelką patologię, gdyby tu była obecna. I rozpoznaję ją. Jest. Zawsze jest w takich domach. Widzę ją tam, gdzie nie dostrzegają jej wychowawcy. Przecież Czarna Aneta, Ruda Iwona i Gruba Danka były wzorowymi wychowankami! Nasi opiekunowie właśnie je wyznaczali na liderów młodszych grup! To im ufali, a nie nam, lżonym przez nie, bitym, przypalanym papierosami lub przeżywającym znacznie gorsze rzeczy, których nawet nie chcę wspominać; pragnę o nich raz na zawsze zapomnieć. Tak, nasi wychowawcy, nawet ci pełni najlepszej woli, bywali bardzo naiwni. Dziś to właśnie ja umiem pomóc Cecylii w walce o to, aby sierociniec stał się rodzinnym domem dla sierot, a nie domem pełnym skrytych cierpień, okrucieństwa i nienawiści. Choć pewnie i ja wszystkiego dziś o nim nie wiem…
Ale razem z młodym lekarzem, Adamem, udało się nam w czasie tamtych pierwszych wspólnych wakacji odblokować lęki sześcioletniej dziewczynki, szantażowanej i bitej przez dziewięcioletnią współmieszkankę. Owszem, zrobiłam wtedy coś, czego nie wolno było robić: wiedziona własnymi wspomnieniami i chęcią rewanżu, sprałam tę bezczelni dziewięciolatkę, a zrobiłam to tym chętniej, że wydawało mi się, iż mam przed oczami Rudą Iwonę. Doskonale pamiętałam, że do Rudej Iwony nigdy nie docierały żadne racjonalne czy moralne argumenty. Lanie – metoda oficjalniej niepedagogiczna, o dziwo, dała rezultaty. Dziewięciolatka, łkając, powiedziała, że sprałam ją jak… matka, której nigdy nie miała. Iwonka (tak, ona też miała na imię Iwonka) pojawiła się w sierocińcu jako niemowlę, porzucone przez matkę w miejskim śmietniku, w plastikowym worku. Jej agresywność wynikała z gwałtownej potrzeby zwrócenia na siebie uwagi. Uwaga była bowiem, wedle niej, przejawem; uczucia. Jakiegokolwiek. Iwonka najbardziej cierpiała z powodu obojętności. Dziś to właśnie ona, widząc z daleka mój samochód lub moją sylwetkę, gdy zmierzam od autobusowego przystanku, biegnie, żeby powitać mnie pierwsza.
…więc i teraz jako pierwsza znalazła się przy moim aucie i jeszcze nim wysiadłam, poinformowała mnie z ożywieniem:
– Mamy nowego sierotę. W ogóle nie mówi, ale heca, nie? Prawie niemowa! A może kretyn? Tak mówią dzieci i szczypią go, żeby wydał jakiś dźwięk. On wtedy piszczy; jak ptak. Dżimi Fajczarz przypalał go papierosem, i nic! Opiekuję się nim, wiesz? Bo Dziki Paweł grozi, że jak nadal nic nie powie, to mu wykłuje oko! I on to zrobi, wiesz, bo już raz wykłuł oko kotu…!
Jej słowa zelektryzowały mnie, gdyż przypomniały mi siebie sprzed dwudziestu siedmiu lat. Ale nie chciałam od razu po przyjeździe ruszać na poszukiwanie jakiegoś dzieciaka. Ważniejsze przecież były siostra Amata i Cecylia, których nie widziałam przeszło pół roku. Tęskniłam za nimi, one za mną, a wielominutowe rozmowy telefoniczne nie mogły zastąpić bezpośredniego kontaktu. Zresztą, ograniczałyśmy się wtedy głównie do ich pytań o mojego synka i moich o nim opowieści.
Z Cecylią prawie wpadłyśmy sobie w objęcia, jak długo niewidziane siostry, i, oczywiście, przede wszystkim obejrzałyśmy wszystkie zdjęcia Jonyka. Cecylia oglądała mego synka po raz pierwszy i niestety, nie w oryginale. Fotografie, robione przez mnie, były kolorowe, więc moja przyjaciółka zaśmiała się na widok jasnomarchewkowych, skłębionych włosów Dziecka i zaraz skomentowała:
– … ale gdy fotografowałaś, chyba źle ustawiłaś obiektyw i odblask światła powoduje, że twój synek ma na zdjęciu każde oko w innym kolorze – powiedziała, oglądając największą i najlepszą fotografię.
– Nareszcie ktoś to spostrzegł – westchnęłam z ulgą. – Jonyk rzeczywiście ma jedno oko zielone, a drugie niebieskie, tymczasem Adam upiera się, że to bzdura! Podobno to się wyrówna z wiekiem, a ta marchewka na głowie mu ściemnieje.
– Byle nie stała się buraczkiem. Ale Jonyk? Cóż to za imię?! – spytała zdziwiona Cecylia. – Coś tam mówiłaś przez telefon, ale niewiele zrozumiałam…
– Miał być Janek, lecz urzędnik wypisujący akt urodzenia był w sztok spity szampanem – zachichotałam, a Cecylia razem ze mną. – Imię oczywiście zmienimy w urzędowych dokumentach, to żaden kłopot, ale jakoś ciągle nie mamy czasu. Więc na razie Janek jest Jonykiem, co zresztą mnie się bardziej podoba…
– A skąd się wzięło to gigantyczne kocisko, które na wszystkich zdjęciach siedzi koło twego niemowlaka? Gdy na niego patrzę, odczuwam niemal lęk! O kocie nie wspominałaś przez telefon – powiedziała z wyrzutem Cecylia. – Czy nie widzisz, że on jest większy, niż twój synek?! Przecież może mu zrobić krzywdę!
– Nigdy w życiu! – zawołałam. – Przeciwnie, on jest gotów bronić Jonyka!
– Skąd ta pewność? – zdziwiła się Cecylia. – Nie wiem, jakoś tak czuję – odparłam bezradnie, bo rzeczywiście tak czułam. – Lepiej zmieńmy temat, bo wszystkie młode matki zadręczają otoczenie opowieściami o swych cudownych dzieciach, a tymczasem ty masz tu pięćdziesięcioro dzieciaków naraz i nie musisz wysłuchiwać historyjek o jeszcze jednym… Iwonka wspomniała, że j pojawił się jakiś nowy sierota, który, tak jak ja kiedyś, w ogóle nie mówi…
– Pokażę ci go. To dziwne dziecko. Chyba rzeczywiście ma coś z ciebie z tamtych lat… Choć coraz częściej skłaniam się ku myśli, że tym razem lekarz ma rację i on, jest naprawdę autystyczny. Ale zanim pójdziemy do siostry Amaty i do dzieci, chcę ci dać niewielki prezent… – i tu Cecylia urwała.
– Prezenty zawsze są miłe – zachęciłam ją.
– Nie zawsze – powiedziała Cecylia. – Niekiedy są smutne.
– Żartujesz…
Moja przyjaciółka westchnęła. Wstała i podeszła do swego sekretarzyka. Z jednej z szuflad wyjęła małe zawiniątko i podała mi je. Już, już chciałam je rozpakować, patrząc ze zdziwieniem na stary, prawie zetlały papier, gdy Cecylia schwyciła mnie za rękę:
– Poczekaj… Jeszcze słowo… To właściwie jest prezent nie ode mnie, ale od siostry Amaty. Ona przechowuje go dla ciebie od wielu lat i ciągle nie może się zdecydować, żeby ci go dać. Wpłynęłam na nią, aby to stało się właśnie dziś. Teraz. Gdy już masz własne dziecko…
I Cecylia puściła moją dłoń, leżącą na tajemniczej paczce. Niecierpliwie, choć delikatnie rozpakowałam stary, rozlatujący się, pożółkły papier i ujrzałam… parę śmiesznych, małych bucików oraz sparciałą ze starości, zniszczoną sukienkę o dziwacznym kroju i z dziwnego materiału. Buciki miały szpiczaste, zadarte ku górze noski i obłaziła z nich pozłotka. Sukienka zaś była z aksamitu, lecz więcej było w niej dziur niż materiału, a do reszty dobrały się mole. Mimo to wciąż było widać, że wiśniowy materiał przetykany był niegdyś złocistą nitką, której szczątki jeszcze lśniły jasnym blaskiem. Trzecim przedmiotem w zawiniątku była niewielka, wąska, matowa obręcz, ozdobiona pośrodku purpurowym kamieniem i niewyraźną, zatartą przez warstwę brudu inkrustacją. Wyglądało to jak ogromna bransoleta, lecz w przypadku malutkiej dziewczynki musiało stanowić ozdobę głowy. Nie wyobrażałam sobie innego zastosowania dla tego dziwnego przedmiotu…