– Dajmy sobie spokój – powiedziałam bez żalu, po półgodzinie daremnych poszukiwań. – Widocznie los chciał, aby to coś zginęło.
Ubranka, ciągle owinięte w ten sam stary papier, wepchnęłam do najgłębszej szuflady w garderobie i przyłożyłam stertą rzadko używanej bielizny, stosem dziurawych rajstop i niepraktycznych płóciennych chusteczek, wniesionych „w posagu” przez Adama.
– Dia-da… – oznajmił Jonyk, gdy wróciłam do salonu.
– Jonyk zaczął mówić! Słyszałeś? – ucieszyłam się. – To pierwsze słowo oznaczające coś konkretnego i w dodatku prawie poprawnie wypowiedziane!
– Pięciomiesięczne niemowlęta nie mówią, tylko gaworzą. A już zwłaszcza chłopcy, których mowa wykształca się o wiele później niż u dziewczynek. Choć owszem, to zabrzmiało jak „dziadzio” – oznajmił mąż.
– Jaki znów „dziadzio”! Jonyk najwyraźniej powiedział „dia-dem” – uparłam się, lecz Adam tylko się roześmiał.
– On w ogóle nie wie, co powiedział. Nawet jeśli wkrótce powie „mama”, to i tak nie będzie kojarzył, że mama to ty. Po prostu wypowie nieświadomie jakąś sylabę. I tyle – pouczył mnie, z wyżyn swej zawodowej wiedzy.
– Mama – powiedział Jonyk.
– Widzisz? – zatriumfował mój mąż. – Plecie to, co mu akurat uda się wymówić przez przypadkowe ułożenie warg 1 języka. Jeśli dodać do tego ruch powietrza w jamie ustnej i w drogach oddechowych, no to…
– Mama! – przerwał mu Jonyk, wlepiając we mnie zielone oko. Drugim patrzył przed siebie, na podłogę. Powiodłam wzrokiem w ślad za tym spojrzeniem. W szparze koło kominka leżała złocista, choć przybrudzona obręcz. Jej kamień lśnił krwistym, czerwonym blaskiem.
– Mam cię, diable! – zawołałam. Złapałam dziwnym przedmiot i szybciutko pobiegłam ukryć go do garderoby i gdzie już leżało zawiniątko siostry Amaty.
A potem zjedliśmy kolację i zaczęliśmy przygotowywać się do snu. Adam znów wstawał skoro świt, więc dla pewności, że Jonyk nie obudzi go nocnym wrzaskiem, zgodziłam się pomęczyć na kanapce w dziecinnym pokoju.
– Jutro, na takie niedobre okazje, zamówię wygodne, szerokie łóżko do dziecinnego pokoju – przyrzekł Adam. – Wiem, że męczysz się na tej wąskiej kanapce i jeszcze nieraz cię to czeka.
– To zamów od razu tak szerokie łóżko, że zmieścimy się na nim we czwórkę, z Jonykiem i Kotykiem – powiedziałam sennie.
– Spanie w jednym łóżku z małym dzieckiem jest niewskazane. I dla dziecka, i dla rodziców – powiedział surowo nasz domowy lekarz.
– Ale wiesz jakie przyjemne? – odparłam, myśląc bezwiednie o swoim dzieciństwie. W sierocińcu zawsze marzyłam nocami o tym, że śpiąc, przytulam się do mamy. Adam spojrzał uważnie, jakby czytał w moich myślach, i kiwnął głową na znak zgody.
– Okay. Kupię wam takie łóżko, że zmieścisz się w nim ty, trójka naszych dzieci i trzy koty.
– Dlaczego trzy koty? – zdziwiłam się, gdyż to, że Jonyk nie będzie jedynakiem, było oczywiste.
– Przecież każde z dzieci musi mieć własne ukochane zwierzątko – wytłumaczył mi Adam na dobranoc.
Rozdział dziewiąty
… najpierw przyśniła mi się mała, śniada dziewczynka w podartej aksamitnej sukience ze snującą się złotą nitką, w przedziwnych butkach o zadartych do góry noskach, z których obłaziła pozłotka. Dziewczynka miała długie do pasa, proste włosy, na których, jak mała korona, osadzony był zmatowiały diadem z czerwonym kamieniem.
– Byłaś małą, głupiutką Cyganką… Cyganką… Cyganką… – szeptały jakieś szydercze, złe głosy i mała dziewczynka próbowała przed nimi uciec. Było to niemożliwe, gdyż głosy goniły ją i osaczały. Ruda Iwona z Czarną Anetą miały wreszcie satysfakcję: byłam nie tylko niemową; przynależałam do starannie tępionej przez świat „gorszej” rasy. Okradzenie szkolnego sklepiku można było zwalić na mnie; wszyscy „normalni” ludzie wiedzą, że Cyganie kradną… One nadal będą ulubienicami wychowawców, a ja pójdę do poprawczaka. Aha, więc jestem Cyganką… Jeśli tak, to muszę się bronić przed światem „lepszych”, bo ten świat mnie zaszczuje…
– Uspokój się – powiedział Kot, poruszając wąsami i kojąco dotknął mnie miękką, grubą łapką. – To był tylko zły sen.
– Jak można śnić we śnie? – zdziwiłam się.
– Ze snami wszystko jest możliwe. Ale my nie jesteśmy snem – powiedział Włóczęga, podając mi kawałek ciemnego chleba z kozim serem. – Dobrze, że powróciła ci świadomość, bo za jakieś dwie godziny znajdziemy się w stolicy Królestwa Buław.
Szliśmy teraz rozległymi polami, spotykając co jakiś czas pracujących wieśniaków, którzy pozdrawiali nas z sympatią. Nasz marsz był spowolniony przez Kotyka, który kuśtykał w swoim półgipsie. Na szczęście umiał też chodzić na tylnych łapach, a gips miał na przedniej łapce. Jonyk frunął tanecznie przed nami, urągając prawom grawitacji. Wieśniacy na jego widok – a wyglądał jak wielki, kolorowy motyl – machali z oddali rękami, a niektórzy podchodzili, żeby podzielić się z nami swoim jedzeniem i piciem.
– Lubią nas! – zdziwiłam się.
– Sprzyjają naszej wyprawie, bo lubili Księcia Theta – wyjaśnił Alef.
– Nie mów o nim w czasie przeszłym! Książę żyje! Sam mówiłeś, że Wisielec potwierdził, iż Theta nie ma w krainie zmarłych – poprawił go surowo Kot.
– Ani w krainie żywych – przypomniał mu Alef.
– Z czego wynika, że jest w krainie należącej do… sam wiesz, do kogo…
– Do głupiej Gimel! – wtrąciłam ostentacyjnie głośno, zła, że z takim lękiem omijają imię jakiejś kobiety.
– W każdym razie jest uwięziony w krainie niewidocznej dla nas, za sprawą złej magii – zakończył Kot, patrząc na mnie karcąco, i rozejrzał się wokół z niepokojem.
– Chcę wreszcie wiedzieć, kim jest ta Gimel. Inaczej dalej z wami nie pójdę – powiedziałam z uporem. – Jak mam stawić czoło komuś, o kim nic nie wiem? A może to coś to ułuda, głupie, urojone niebezpieczeństwo? Może ta Gimel to jakaś zwykła baba, która…
… nie skończyłam mówić, gdy poczułam lodowaty, silny wicher, który nagle zaczął gnać przez pola, burząc stogi siana, pracowicie ustawione przez wieśniaków, rozsypując świeżo skoszone przez nich zboże i pędząc je daleko przed siebie, na zatratę. A dopiero co świeciło ciepłe słońce i owiewał nas łagodny zefirek! Ten wiatr, a raczej huragan, był tak silny, tak złowrogi, że aby nas nie porwał, musieliśmy schwycić się za ręce i położyć w pyle piaszczystej drogi. Wicher, jak bąk, kręcił się teraz wokół nas, tworząc gigantyczne powietrzne trąby. Było ich coraz więcej i więcej, i wirowały wokół nas coraz bliżej i bliżej. Miałam uczucie, że właśnie nasza czwórka była ich celem. To nas chciały zniszczyć. Przy ich ogromie i sile byliśmy jak leżące w pyle drogi ziarenka piasku. Każda z tych trąb mogła nas porwać i rzucić daleko, gdzieś na bezludzie, połamanych lub martwych. Całym ciałem przykryłam Jonyka, bojąc się, że pofrunie jak nieszczęsna Dorotka, tym razem jednak bez własnej chęci i nie do Krainy Oz.
– I po co tyle gadałaś…! – wrzasnął spanikowany Kot prosto w moje ucho, gdyż inaczej nic nie usłyszałabym przez groźny pomruk, jaki wydawał z siebie wściekły huragan. Wydawało się, że nigdy nie ucichnie, a gnał ze sobą mroczne, niemal czarne chmury. Jasny, słoneczny dzień zaczął przemieniać się w nocny mrok.
Zobaczyłam, że Włóczęga szarpie się ze swym podróżnym workiem, próbując z niego coś wyjąć i zarazem, chroniąc wór przed atakami wiatru. Wiatr tymczasem wysilał się, aby mu to uniemożliwić, szarpiąc szorstką materią. Po dłuższej szamotaninie jednak to Alef okazał się silniejszy od wichru, ujrzałam bowiem, że w ręce trzyma teraz owalny, rubinowy kamień. Przez jego środek przewleczony był rzemienny sznurek. Kot spojrzał na dziwny klejnot ze zdumieniem i zarazem nadzieją, Jonyk zaś z dziecięcą ciekawością. Pomyślałam, że w moim świecie rubin tej wielkości byłby bezcenny i spoczywałby zapewne w jakimś sejfie, a nie w worze obdartego włóczęgi. Tymczasem Alef z trudem wstał – trzymany przez nas za nogawki, aby nie porwał go wicher – ujął klejnot w obie dłonie i skierował w stronę, skąd gnało na nas złowrogie wichrzysko. Usłyszałam, jak szepcze magiczne zaklęcie:
O, Jajo Ptaka Złocistego,
chroń nas skutecznie ode złego,