Myślałam teraz o mojej matce – może była szalona? Niezwykle plastycznie wyobraziłam sobie młodą i niezrównoważoną samotną kobietę. Na pewno byłam nieślubnym dzieckiem. Mój tato chyba umarł i matka zachorowała psychicznie… Lub jeszcze inaczej: piękna, inteligentna, lecz biedna dziewczyna została uwiedziona przez młodego człowieka o arystokratycznym pochodzeniu, któremu rodzina zabroniła ożenić się z nią. Mój nieznany ojciec, pod naciskiem swej prawie książęcej rodziny, porzucił więc moją śliczną, znajdującą się w ciąży matkę. Ona mnie rodzi, ale z rozpaczy i samotności popada w szaleństwo. Sama, opuszczona, marząc o księciu, który ją rzucił, moja matka ubiera mnie w okropne stroje, będące w jej mniemaniu odpowiednimi dla małej księżniczki, hrabianki czy lordówny…
Psiakrew, co ja bredzę! Przecież naszkicowałam prawie że gotowy schemat jednego z najtańszych romansideł! Prawdziwe życie tak nie wygląda, ono nie jest niemądrą „mydlaną operą”!
Już wiem: powróżę sobie z tego cholernego tarota. Nie wiem wprawdzie, jak to się robi, ale sobie powróżę. Zrobię to najprostszą metodą: z talii kart wyciągnę jedną i zobaczę, co ona znaczy. Jeśli dobrze wiem, na każdej z nich widnieje inny rysunek, a każdy z tych rysunków coś symbolizuje, wprawdzie nie wiem co, lecz chyba się domyśle…
Znowu pobiegłam do garderoby, a za mną szedł zaciekawiony kocur. Widocznie jego też dziwiło moje nerwowe zachowanie. Przecież już dwukrotnie biegłam z ogrodu do domu i pędziłam z powrotem do garderoby. Nawet Kot mógł być tym zdumiony. Zwłaszcza gdy z furią trzaskałam szufladami… Tego też zazwyczaj nie robię. Umiem wyładować złość w pożyteczniejszy sposób, właściwy posiadaczom ogrodów: można sobie pokopać, poplewić, przyciąć żywopłot – i złość mija jak ręką odjął. Ale tym razem jakoś nie mijała…
Otwarłam znów tę nieszczęsną szufladę i sięgnęłam pod bieliznę. Wymacałam talię kart i wyjęłam. Rozdarłam byle jak firmowe opakowanie i zaraz spaliłam je w kominku, w salonie. Po co Adam ma znaleźć je w koszu na śmieci? Sprawdziłam, czy Jonyk śpi grzecznie w ogrodzie. Spał. Ciekawski Kotyk sprawdził to razem ze mną i razem ze mną zawrócił do salonu. Położyłam talię tarota na stole, „koszulkami” do góry, a obrazkami do spodu. Nie chciałam ich oglądać. Po co? Interesowała mnie tylko jedna jedyna karta, którą sobie wyciągnę… Aha! przecież trzeba je potasować! – przypomniałam sobie. Zaczęłam tasować karty, co szło mi nad wyraz nieporadnie, gdyż nigdy w nic nie grałam. Nawet w głupie oczko czy remika. Tylko w westernach widziałam graczy, którzy tasowali talię w sposób nieomal magiczny. Kot wylazł na stół i przysiadł na nim, żeby lepiej widzieć, co robię. Pewnie bawiły go te szeleszczące, nieduże kartoniki. Dziwiłam się, że nie wyciąga po nie swojej grubej łapki.
… Ha! Przecież mogłam zachęcić Kotyka, aby wyciągnął za mnie tę jedną kartę! To by dopiero była wróżba! Koty uchodzą za zwierzęta ważne dla magii. W każdym razie o wiele ważniejsze niż na przykład psy. Psy są wprawdzie wierne ludziom, lecz całkiem niemagiczne.
– Kotyk… – powiedziałam, patrząc prosto w ślepia, z których każde było w innym kolorze. Jak u mojego synka. – Kotyk, ja rozrzucę te karty na stole, a ty dotknij łapką jednej z nich – oznajmiłam mu z powagą, tak jakby kocur mógł rozumieć moje słowa. Ale jak zabawa, to zabawa… Kotyk też patrzył na mnie z powagą.
Rozrzuciłam karty na śliskim, drewnianym stole. Kotyk spojrzał na nie zaciekawiony, lecz nie wyciągnął łapki. Już, już chciałam go ofuknąć, że jest głuptas i choć wygląda na rozumnego, to nie pojmuje ani słowa z ludzkiej mowy, gdy lewa przednia łapka Kotyka drgnęła. Ta łapka, która wciąż była w półgipsie. Kotyk opuścił łeb i najwyraźniej przyglądał się jednakowym z tyłu kartom. Potem, jakby rzeczywiście podjął decyzję, wysunął grubą łapkę i przyciągnął do siebie jedną z kart. Gdy już znalazła się tuż koło niego, znów usiadł wyprostowany, patrząc na mnie zielono-niebieskimi ślepiami.
Złożyłam ponownie w talię wszystkie rozsypane karty, z wyjątkiem tej jednej, która leżała koło Kota. Siedziałam teraz przy stole, wpatrując się w jej kolorową koszulkę, i ani drgnęłam. Kotyk sprawiał wrażenie, że czeka, aż ją wezmę. Ale ciągle jej nie brałam. Bo nagle, wiedziona instynktem, poczułam, że ta karta naprawdę jest ważna. I bałam się ją ujrzeć.
Słyszałam trochę o tarocie. Niewiele. Wiedziałam jednak, że wśród obrazków znajdują się Śmierć czy Demon, które bardzo źle wróżą na przyszłość. No i jest też ten Wisielec z okładki. I jakiś Bezimienny Włóczęga, Duch Eteru, Alef czy jak mu tam. Okropnie się bałam, że Kotyk wyciągnął mi jakąś straszną kartę. Taką, która, na przykład, wywróży śmierć w naszej rodzinie.
Kotyk tymczasem spojrzał na mnie uważnie i popchnął kartę w moim kierunku. Bawił się nią, jak wszystkie koty. Teraz ja powinnam popchnąć ją w jego stronę. Bo jemu się pewnie wydaje, że to jest mała mysz…
Ojejku! Przecież kupiłam w supermarkecie sztuczną mysz dla Kotyka! A zakupy już przywieziono! Popędziłam do kuchni i z dużych toreb, ciągle nie rozpakowanych, wyjęłam małą brązową myszkę. Wyglądała jak żywa. Ciekawa jestem, co zrobi Kotyk…
Wróciłam do salonu i trzymając zabawkę za sobą, zobaczyłam, że Kotyk wciąż siedzi na stole, koło karty tarota. Rzuciłam mysz na stół. Poturlała się i zastygła w pozycji Przypominającej do złudzenia żywą polną myszkę. Ale to głupie kocisko nie zwróciło na nią najmniejszej uwagi!
– Gdybyś spotkał prawdziwą mysz, to pewnie zamiast ją złapać, nawet byś na nią nie spojrzał! – zawołałam gniewnie. – Myszy mogłyby nas zjeść, a ty niczego byś nie zrobił w tak ważnej sprawie!
Kotyk nadal nieruchomo tkwił koło karty i przypominał święte figurki egipskich kotów z czasów faraonów. Widziałam je na rysunkach.
– Dobrze, skoro tak bardzo chcesz, wezmę tę kartę i ją odwrócę – powiedziałam, udając sama przed sobą, że o to chodzi nierozgarniętemu zwierzęciu. A ono sobie po prostu siedziało na stole, i tyle. I najpewniej w ogóle zapomniało o leżącej koło niego karcie z talii tarota.
Powoli wyciągnęłam rękę, ujęłam kartę i równie powoli odwróciłam ją. Ciągle nie patrząc, położyłam ją na stole obrazkiem do góry. Dopiero teraz zdecydowałam się na nią zerknąć. Spojrzałam z ukosa – i wybuchnęłam śmiechem. Tyle ceregieli, tyle udawania, iż chodzi o Wielką Magię i że udział w tej magicznej ceremonii bierze nie mniej Magiczny Kot, a wszystko po to, żeby odkryć kartę Królowej! W zwykłych kartach także są aż cztery królowe, czterech króli i cztery asy. Też mi „mówiąca karta”…! Owszem, była nawet ładna. Przedstawiała pięknie ubraną kobietę, w ozdobnym stroju i w koronie. Obok niej widniały dwa skrzyżowane miecze. I tyle. Tylko tyle. A ja już wyobrażałam sobie Bóg wie co…
Koniec z głupawym tarotem! Dołączyłam kartę Królowej do talii i – tym razem już chyba na długo – upchnęłam ją w szufladzie.
– No i co mamy na obiad? – usłyszałam głos Adama, dobiegający z ogrodu, z miejsca, gdzie stał wózek z Jonykiem. Nasz synek już się budził, mąż wrócił z pracy, wszyscy, ja też, są głodni, a tymczasem obiad ciągle nie gotowy! Ładna ze mnie żona i matka!
– Co pomyślisz o mnie, gdy obiad będzie z puszek? – spytałam, przytulając się do Adama na powitanie.
– Nic – roześmiał się. – Coś mnie tknęło, bo jadąc do domu ze szpitala, pożarłem big maca, czego na ogół nie robię. Jak wiesz, nie jestem zwolennikiem plastikowej kuchni Mc Donalda. Ale co dasz Jonykowi?
Na szczęście miałam dla Jonyka wczorajszą zupkę jarzynową z mieloną cielęciną.
– Zaczytałaś się w jakimś kryminale? Lub zapatrzyłaś w melodramat w telewizorze?
– Nawet nie – roześmiałam się. – Coś chyba jest w pogodzie i gdy Jonyk usnął w ogrodzie, to ja też się zdrzemnęłam…
…i niespodziewanie dla siebie samej znów okłamałam Adama. Od pewnego czasu coraz częściej go okłamuję, czego przedtem nigdy nie robiłam. Co prawda okłamuję go w drobnych, niepoważnych sprawach, ale jednak… Psuje mi się charakter czy co?