Reszta dnia przeszła miło i spokojnie. Po marnym obiedzie Adam się zdrzemnął, a ja popracowałam nad moją powieścią, choć szło mi jak z kamienia. Potem posiedzieliśmy w ogrodzie, leniwie spierając się o letnie plany. Adam chciał, żebyśmy wyskoczyli, choćby na tydzień, do Grecji, i uważał, że Jonyk jest dostatecznie duży na taką wycieczkę, a Kotyk przeczeka naszą nieobecność w szpitalu, pod opieką pielęgniarek. Ja zaś oceniałam, że pięcioipółmiesięczne niemowlę jest za małe, by podróżować, nie chciałam też oddawać Kota żadnym, nawet najmilszym pielęgniarkom i proponowałam odłożenie urlopu do zimy. Wtedy Jonyk będzie mieć prawie rok i pojedziemy sobie w Alpy szwajcarskie na narty. Kotyka oddamy na tydzień do sierocińca, gdzie i Cecylia, i dzieciaki na pewno zajmą się nim znakomicie.
Nasz spór nie był na szczęście poważny, gdyż żadne z nas nie upierało się przy swoim. Już, już chciałam zażartować, że możemy wywróżyć sobie z tarota, co będzie lepsze, i dosłownie w ostatniej chwili ugryzłam się w język. Znając jednak łagodność mojego męża, chyba stanie na moim: tego lata zostaniemy w domu.
Brak domowego obiadu zrekompensowałam domową kolacją. Co prawda niezbyt się natrudziłam: ugotowałam makaron po włosku, z dobrym, pikantnym sosem. I jednak znów poszłam spać do dziecinnego pokoju, bo tuż przed snem Jonyk zaczął marudzić.
– Żeby to tylko nie był początek letniej grypy – westchnął Adam. – W mieście jest prawie epidemia. A w szpitalu mamy już osiem przypadków powikłań, głównie u małych dzieci. Ale za to pamiętałem o obietnicy: łóżko jest zamówione, ogromne, jak dla całej armii i wkrótce je nam przywiozą. Więc przynajmniej nie będziesz się męczyć na tej wąskiej kanapce.
– A obicie w jakim kolorze? – spytałam, ziewając i modląc się w duchu, żeby to jednak nie była grypa i żeby Jonyk przestał marudzić. Ogarniała mnie coraz większa senność.
– W wiśniowym. W bardzo ładnym wiśniowym kolorze. Gdy powiedziałem, że chcę kupić przynajmniej trzyosobowe łóżko, sprzedawca spojrzał na mnie porozumiewawczo i mrugnął okiem… – zaśmiał się Adam i zgasił nam światło.
Rozdział jedenasty
Rydwan gnał niezwykle szybko, więc mocno trzymałam Jonyka na kolanach. Obok siedział Kotyk, skulony w swej zwykłej kociej pozycji. Za to nie było Włóczęgi.
– Gdzie Alef? – zawołałam, przekrzykując donośny świst przeciwnego wiatru.
– Wydawało mu się, że wpadł na pewien ważny trop, więc został w Królestwie Buław, aby go zbadać! – odkrzyknął Kotyk.
– Jaki trop?!
– Nie wiem. Nie zwierzył mi się! To dziwaczny człowiek. Ja mu nie ufam! Nie wiesz, iż nazywają go Głupcem? Głupiec zawsze wymyśli coś głupiego! – i Kotyk łypnął ku mnie błękitnym okiem.
Siedział po mojej prawej stronie, więc łypnął okiem lewym… Ciekawe, zawsze mi się wydawało, iż właśnie to lewe jest zielone. „Z kotami nigdy nic nie wiadomo” – pomyślałam. „Zwłaszcza gdy są to koty niezwykłe”.
Dlaczego jednak Kotyk, skoro nie ufa Alefowi, zgodził się mimo to wziąć go na towarzysza naszej wędrówki? Czyżby się go bał? I nie umiał mu odmówić? A zresztą mieliśmy z Kotykiem różne zdania, gdyż ja instynktownie czułam do Włóczęgi sympatię. I nie miałam go za głupca, jakkolwiek by go tu przezywano.
Obejmując z całych sił Jonyka, przyjrzałam się wypożyczonemu w Królestwie Buław rydwanowi. Była to niewielka, zgrabna dwukółka, którą ciągnęły aż cztery czarne konie. Nic dziwnego, że tempo jazdy mogło budzić podziw, a nawet lęk. Co gorsze, stale się wzmagało.
– Gnamy zbyt szybko – zwróciłam uwagę Kotykowi. – Wóz może się wywrócić, Dziecko wypadnie… I gdzie my w ogóle jesteśmy? To ma być droga do Królestwa Denarów?!
Kotyk skinął łebkiem, a ja się zdziwiłam. Oba królestwa powinien chyba łączyć porządny bity trakt? Tymczasem gnaliśmy wertepami, a naszą półdziką drogę-niedrogę otaczały mroczne, gęste lasy, prawie tak gęste jak dżungla. Mimo poranka robiło się coraz ciemniej.
– Skąd ten mrok? – spytałam nerwowo Kota. Jonyk też był niespokojny. Obracał ku mnie co chwila główkę i wydawało się, że zaraz coś powie, ale milkł, patrząc na Kotyka.
– Kotyk, gdzie my właściwie jedziemy? – spytałam, lecz Kot milczał, więc zirytowana przycisnęłam Jonyka do siebie jedną ręką, a drugą szarpnęłam Kota za łapę. To była łapa lewa i… uprzytomniłam sobie, że na lewej łapce powinien mieć półgips, który założył mu Adam! Do pełnego zrośnięcia się złamanej kości brakowało co najmniej tygodnia. Tymczasem gipsu nie było, a łapa… łapa robiła wrażenie całej i zdrowej! Nawet nie miała charakterystycznego zgrubienia, które tworzy się w miejscu zrostu kości, jak uczył mnie Adam…!
Kotyk obrócił łeb i spojrzał na nas. Jonyk przytulił się do mnie, odsuwając od swego ulubionego Kota… od swego ulubionego…? Zaraz, zaraz… Kotyk spojrzał na nas parą błękitnych ślepi! Gdzie podział się zielony kolor jednego z jego oczu?!
– Ty nie jesteś NASZYM Kotem – powiedziałam surowo, odsuwając się od zwierzaka na tyle, na ile mogłam, a mogłam, niestety, niewiele, gdyż rydwan był wąski.
Kot uśmiechnął się, pokazując duże, białe zęby. Rydwan gnał w coraz bardziej szaleńczym pędzie, a mimo wczesnego dnia mrok wciąż gęstniał. Zęby kocura bielały w nim, niemal lśniły, a uśmiech rozszerzał się. Łeb Kotyka zaczął ulegać jakiejś deformacji, lecz ten uśmiech był stale taki sam: szeroki, zagadkowy. Odwróciłam głowę, nie mogąc go znieść, gdyż było w tym uśmiechu coś przerażającego – a gdy po chwili spojrzałam znowu, ten sam uśmiech nie był już uśmiechem kocura, lecz… kobiety!
Kot zniknął, a koło mnie siedziała piękna, ciemnowłosa kobieta. Przypominała trochę tę kartę, którą Kotyk wyciągnął z talii: królową.
– Jesteś Królową Mieczy? – spytałam zaintrygowana.
– Chciałabyś, wiem, ale nie. Nie jestem Królową Mieczy – zaśmiała się kobieta. – Jestem kimś o wiele znaczniejszym niż głupiutka królowa głupiutkiego państewka – dorzuciła, a jej szeroki uśmiech nie znikał, lecz wydawał się coraz bardziej złowieszczy. Wtedy nagle zrozumiałam, kto koło mnie siedzi…
– Jesteś Gimel – powiedziałam, odruchowo zniżając głos do szeptu, jak uczyli mnie Kot i Włóczęga.
– Jestem Gimel – powiedziała z wyraźną dumą kobieta. – I naprawdę to ja rządzę tą krainą, a nie różni utytułowani durnie. Gdyż ja rządzę ich umysłami, gdyż wiele im obiecuję. Chyba wiesz, że większość ludzi traci głowę dla władzy lub pieniędzy?
– Nie wiedziałam, że jesteś aż tak piękna – zauważyłam z bezwiednym zachwytem, zapominając na chwilę o niepokoju. Ale podczas gdy ja wpatrywałam się w nią z przyjemnością, Jonyk, odwracając główkę od naszej towarzyszki podróży, z całych sił przytulał się do mnie.
– Mogę być, jaka chcę – odparła Gimel pobłażliwie, i w tej samej chwili przemieniła się w obrzydliwą, brudną, cuchnącą staruchę o twarzy tak zmarszczonej, że wydawało się, iż zaraz się w sobie zapadnie.
Rydwan nie dawał żadnej szansy, aby odsunąć się od tej koszmarnej wiedźmy, która mogła przyśnić się w jakimś chorym śnie. Na szczęście Gimel prawie natychmiast przeobraziła się znowu. Niestety, teraz stała się gigantyczną ropuchą wielkości człowieka i choć nie cuchnęła, była za to śliska i obrzydliwa. Zanim zdołałam wydać z siebie okrzyk obrzydzenia, już siedziała koło mnie drapieżna czarna pantera, z tym samym szerokim, białozębym uśmiechem na pysku.
– Przestań! – zawołałam i ku memu zdumieniu Gimel mnie posłuchała. Była znowu kobietą, choć inną niż ta pierwsza. Już nie była piękna, lecz groźna. Nie była młoda, lecz bezwiekowa. Mocna, szczupła, żylasta. Na studiach z powodzeniem ćwiczyłam karate, lecz nie miałabym żadnych szans w walce z nią. A zresztą ta istota w każdej chwili mogła się przeobrazić w lwicę czy żmiję. Walka wręcz z nią była bezsensowna. Teraz pojęłam, dlaczego Kotyk z Włóczęgą mówili, że nie broń jest nam potrzebna, lecz sposób. Zrozumiałam też, czemu w wyprawie ratunkowej poniosło klęskę tylu ochotników, zbrojnych rycerzy, którzy daremnie szukali Księcia Theta. W walce z koszmarem, jakim była Gimel, pomóc mógł tylko przypadek, a nie miecz…