– Oooch! – zawołałam półgłosem, przywołując w pamięci wszystkie straszliwe opowieści o kotach i niemowlakach, jakimi raczyły mnie różne wiekowe osoby, i jakie wciąż opowiadają o wiele młodsi nasi znajomi. Było tam i o kotach, które pazurami wydrapują dzieciom oczy, gdyż podnieca je widok mrugających powiek. Było o poruszającej się grdyce, którą kot bierze za mysz i rzuca się niemowlęciu do gardła, rozrywając je na strzępy. Było wreszcie o kotach, które specjalnie kładą się dzieciom na piersiach i duszą je własnym ciężarem. A w dodatku TEN Kot, Ucząc na oko, ważył co najmniej dziesięć kilo, a zatem dwa i pół raza więcej niż moje Dziecko.
Ledwo to wszystko sobie przypomniałam, gdy Dziecko powiedziało, nie otwierając ust, za to patrząc na mnie intensywnie błękitnym okiem, gdyż zielonym oglądało Kota:
– Nigdy nie powtarzaj takich okropnych kłamstw o kotach. Przyrzekasz?
– Przyrzekam – odparłam bezwiednie. Kot tymczasem wymościł sobie miejsce w ciepłym zakątku koło buzi Dziecka, po czym znów na mnie spojrzał. I dopiero wtedy dostrzegłam, że on także ma jedno oko jadowicie niebieskie, a drugie połyskujące szmaragdową zielenią.
Po raz pierwszy bliżej mu się przyjrzałam. Był to naprawdę ogromny kocur, o wyjątkowo pięknym, trójkolorowym futrze: biało-czarno-rudym. Gdy tak przyglądałam mu się z mieszanymi odczuciami – i Dziecko, i Kot prawie jednocześnie zasnęli. Kot przy tym pomrukiwał jak spory elektroluks.
– Mamy kota – powiedziałam Adamowi, gdy wrócił z pracy.
– To dobrze. Dzieci lepiej chowają się ze zwierzętami – powiedział ku memu zdumieniu. Myślałam, że zaprotestuje i zacznie mówić o bakteriach, wirusach i odzwierzęcych chorobach. Widocznie jednak nie znałam ciągle własnego męża…
Kot, już wyspany, wylazł akurat z dziecinnego pokoju 1 mrucząc, zaczął ocierać się o nogi Adama.
– Całkiem ładny ten Kot – orzekł, głaszcząc go po trójkolorowym futrze. – Trochę za duży jak na zwykłego dachowca – dodał po namyśle. W tym namyśle brzmiała pochwała.
Podczas kolacji ze śmiechem opowiedział mi, do jakiego stopnia odszajbowało naszej wścibskiej sąsiadce.
– Wyobraź sobie, gdy wracałem do domu, stała przy płocie i usiłowała mi wmówić, że ty kąpałaś się dziś w beczce z deszczówką, a nasze Dziecko tarzałaś w śniegu, w ogrodzie! Żeby zmyślać takie brednie…!
Zaśmiałam się równie wesoło jak on i… nie sprostowałam. Co gorsze, w ogóle nie powiedziałam, że nasze niespełna dwutygodniowe Dziecko mówi pełnymi zdaniami, nie otwierając przy tym ust. I wiem, dlaczego tego nie zrobiłam: bo on by mi nie uwierzył. Natomiast mógłby dojść do wniosku, że cierpię na poporodową depresję, i chciałby mnie leczyć. Tymczasem ja byłam całkiem, ale to całkiem zdrowa, tak fizycznie, jak psychicznie, i tylko wokół mnie działo się coś nienormalnego. Jednak nikt przy zdrowych zmysłach, a już zwłaszcza mój bardzo logicznie myślący mąż, nie uwierzyłby, że mam mówiące i widzące – to, czego nie widać! – Dziecko. Wszyscy orzekliby, że jest na odwrót: normalne, dobrze rozwijające się niemowlę ma szaloną matkę.
…więc kolacja upłynęła nam jak zawsze sympatycznie, niczym nie zmącona, pełna rodzinnego ciepła – i tylko ja z zadumą spoglądałam na ogromnego Kota, siedzącego teraz koło kominka. Kot grzał się w bliskości ognia i jednym okiem, tym błękitnym, popatrywał w naszą stronę, a drugie, jarzące się zielenią, wbił nieruchomo w palące się i trzaskające wesoło polana.
Rozdział drugi
Nasze Dziecko Uczyło już prawie dwa miesiące – i ciągle nie miało imienia. Mówiliśmy na nie po prostu „Dziecko”. Na ogół zgodni we wszystkim, tym razem nie mogliśmy z Adamem dojść do porozumienia. Każde imię albo mnie, albo jemu wydawało się nie dość ładne, za mało wyraziste lub zbyt udziwnione. Oboje byliśmy zwolennikami imion prostych, nie wydumanych. A właśnie wszechwładnie panowała moda na imiona rodem z aktualnych seriali telewizyjnych lub filmów.
– Gdy pomyślę o tych nieszczęsnych dzieciach, które miały pecha urodzić się, gdy w telewizji szła Dynastia! Te biedne dziewczynki, do końca życia noszące imię Alexis lub Cristle… – wzdragał się mąż, odrzucając każdy kolejny mój pomysł na imię dla Dziecka, choć żaden nie miał nic wspólnego z jakimkolwiek serialem. Za to, przedkładając książki nad telewizję czy kino, bezwiednie podawałam imiona bohaterów głośnych powieści.
– Dość! – oświadczył Adam pewnego dnia i bezdyskusyjnie zarządził: – Nasz syn będzie mieć najprostsze, a zatem najładniejsze imię, jakie w ogóle istnieje na świecie. JAN…
– Jan… – skrzywiłam się.
– Janek – zmiękczył i zabrzmiało to nieco lepiej. Kandydat do imienia zachowywał się cały czas jak najnormalniejsze w świecie niemowlę. Nocami albo się darł, albo cichutko spał przytulony do wielkiej głowy tajemniczego kocura. W dzień, gdy było chłodno, oboje – i Dziecko i Kot – leżeli sobie na kocyku przed kominkiem. Kot zaczepiał Dziecko grubą łapką, chowając starannie pazury, a Dziecko usiłowało go dosięgnąć, zaśmiewając się gardłowo.
Od czasu gdy wspólnie uratowaliśmy Kota od tragicznej śmierci, Dziecko nigdy nie powiedziało ani słowa, co, nie kryję, przyjęłam z ulgą.
…bo to wszystko tylko mi się zdawało – orzekłam w duchu. – To Kot, tonąc, wysłał do mnie jakiś silny, telepatyczny impuls. Telepatia jest w końcu zjawiskiem naukowo udowodnionym! Przecież to się zdarza. Podobno nawet rośliny kulą się z lęku, gdy wyciąga ku nim rękę człowiek, do którego czują niechęć. Biologowie twierdzą, że wręcz widać to pod mikroskopem. Dlaczegóż by Kot, tonąc, nie mógł wysłać do mnie telepatycznego sygnału? A mnie, idiotce, zaczęło się wydawać, że to mówi Dziecko… choć przecież doskonale wiem, że niemowlaki, kilkunastodniowe czy nawet dwumiesięczne, w ogóle nie mówią! Nigdy! I ONO też nie mówi. Jest całkowicie normalne! Spokojna głowa, nie ma się czym niepokoić, zwłaszcza że nie powiedziało ani słowa od paru tygodni…
A zatem zapadła decyzja: Dziecko będzie nosić imię Jan. Janek. Skoro tak, to należało tę decyzję uprawomocnić. Mąż miał wolne przedpołudnie, wsiedliśmy więc w samochód, stawiając na tylnym siedzeniu nosidełko z Dzieckiem, i wyruszyliśmy do miasta, odległego o trzydzieści minut jazdy, gdzie mieściły się wszystkie ważne urzędy.
Mieliśmy szczęście. W urzędzie, w którym wypisywano akty urodzenia, w ogóle nie było kolejki. Przyjął nas sympatyczny starszy pan, który na widok naszej trójki (Dziecko nieśliśmy w nosidełku) radośnie się zaśmiał:
– Śliczna, fantastyczna rodzinka… Jak z obrazka! – zawołał z zapałem, wywołując w nas odruch zdziwienia. Nie przywykliśmy do aż tak wylewnej serdeczności nieznanych urzędników. I wtedy mąż leciutko mnie trącił, równocześnie wskazując na coś dyskretnym ruchem. Na biurku, obok stosu opasłych akt i wielkiego, odrobinę starożytnego komputera, stała wysoka szklanka z jasnym, pieniącym się perliście napojem. Nadal nie wiedziałam, o co chodzi, ale gdy urzędnik zaśmiał się równie perliście jak ów płyn, bez żadnego powodu – zrozumiałam, w czym rzecz. Urzędnicy państwowi na ogół wypijają w pracy mnóstwo szklanek podłej herbaty. Ten jednak pił szampana!
– Och, patrzą państwo na moją szklankę… – zaśmiał się znowu i upił solidnego łyka. – To szampan – wyjaśnił takim tonem, jakby nam zdradzał wielką tajemnicę. – Obchodzę dzisiaj trzydziestolecie pracy i niewdzięczni koledzy oraz szefowie zapomnieli! Po prostu zapomnieli! Nie dostałem ani dyplomu, ani zwiędłego kwiatka, nie mówiąc już o pamiątkowym zegarku ze stosownym, wygrawerowanym napisem: „Drogiemu i niezapomnianemu koledze za trzydzieści lat wspólnej pracy”. Nic! Nawet życzeń nie dostałem! – i urzędnik znowu zaśmiał się radośnie. – Wszyscy zapomnieli. A ja tymczasem specjalnie dziś ubrałem nowy garnitur, nowiutką białą koszulę i nowy, drogi krawat… A oni nic! Więc poszedłem do najbliższego sklepu i kupiłem butelkę najdroższego szampana. Jak jubileusz, to jubileusz. Oni zapomnieli, ale ja nie. Powinien być szampan, więc jest szampan. Tyle że go sam wypiję, im zaś… (tu wskazał ruchem głowy na sąsiednie drzwi) im zaś nie dam ani kropelki! A może państwo napiją się ze mną? Będzie mi niezwykle miło i uroczystość nabierze, że tak powiem, właściwego charakteru.