Выбрать главу

– Dokąd nas wieziesz? – spytałam. Rydwan nadal gnał w tempie równym szybkości mocnego sportowego auta w TAMTYM świecie.

– Do mnie – odparła.

– Gdzie to jest: „do ciebie”? – zaciekawiłam się, mimo niepokoju.

– Wszędzie i nigdzie. Mogę przybrać każdą postać, mogę też wszędzie mieszkać. A tam, gdzie przebywam, zmieniam okolicę stosownie do moich potrzeb, aby stała się Krainą Mroku. Moje służebne zwierzęta nie czują się bowiem dobrze w świetle dnia.

Mówiła to niedbale, z pewną próżnością. Rydwan na chwilę zwolnił, tak jakby chciała, abym przyjrzała się bliżej krainie, o której mówiła: w gęstniejącym mroku wiły się wokół nas oślizłe kształty ni to wężów, ni innych, równie ohydnych, groźnych stworzeń. W ich pyskach też dostrzegłam duże, białe, ostre zęby. Nad naszymi głowami, z posępnym krakaniem, fruwały sępopodobne ptaki. Roślinność była tu gęsta, lepka, galaretowata, grunt zaś bagnisty i mlaskał obrzydliwie pod kołami rydwanu. Ze zgrozą dostrzegłam, że gdy nasz pojazd zwolnił, jego koła od razu zaczęły zapadać się w tym mazistym, ruchomym podłożu. Na szczęście Gimel znów pognała konie i rydwan mknął teraz nieomal w powietrzu.

– Co zrobiłaś z Kotem i Włóczęgą? – spytałam, udając, że Kraina Mroku nie robi na mnie wrażenia. Z całej siły przytulałam głowę Jonyka do siebie, zasłaniając mu oczy. Nie chciałam, żeby przeraził się bardziej niż ja. Był w końcu tylko malutkim Dzieckiem…

– Nic nie zrobiłam z tą śmieszną parą – odparła Gimel z nieznośną pobłażliwością. – Po co miałabym robić coś z kulawym Kotem, któremu nikt nie ufa, i z obdartusem, którego wszyscy zwą Głupcem? Mam ciebie i Dziecko.

Wystarczy.

– A co chcesz zrobić z nami? – spytałam z niepokojem. Spojrzała na mnie uważnie i nic nie powiedziała. W jej oczach dostrzegłam głębię studni i zarazem pustkę oczu ślepca. Nie było w nich żadnego uczucia. Rydwan nagle wjechał w wąski skalny tunel, mknął nim przez chwilę, a potem, ku memu oszołomieniu, cztery konie w szaleńczym pędzie przeniknęły skalne ściany i zniknęły. Rydwan zatrzymał się i znieruchomiał.

– Wysiadaj – rozkazała Gimel.

Wysiadłam, trzymając Jonyka w objęciach. Ledwo znalazłam się na ziemi, rydwan, tak jak wcześniej konie, rozpłynął się w powietrzu. Rozejrzałam się: stałam pośrodku skalnej pieczary, której rozmiarów nie mogłam ocenić, gdyż wypełniał ją mrok. Bałam się panicznie, że w pieczarze znajdują się takie same potwory jak te, które widziałam na trakcie, za to przynajmniej podłoże było twarde, a ściany nie wydawały się galaretowate, lecz z kamienia.

– Czego od nas chcesz? – spytałam, usiłując skryć drżenie głosu. Gimel stała spokojnie, otulona w długi, ciemny płaszcz z kapturem. Znowu pokazała białe zęby w tym niedobrym, szerokim uśmiechu i powiedziała:

– Nie chcę wiele. Masz powrócić do swego świata i nigdy więcej nie odwiedzać naszego. Nigdy, rozumiesz? Nawet gdybyś miała ochotę lub gdybyś trafiła na coś, co wywoła w tobie potrzebę powrotu. Masz zostać TAM, u siebie. Wówczas ani tobie, ani Dziecku nie stanie się krzywda. Decyzja o opuszczeniu naszego świata nie będzie cię nic kosztować. Zanim tu trafiłaś, żyłaś przecież wygodnie i szczęśliwie, prawda? Nasz świat nie jest ci do niczego potrzebny, przeciwnie, sprawia ci kłopoty, burzy twój spokój i normalne życie.

W duchu musiałam przyznać jej rację. Owszem, moje przygody w Krainie Kota tak długo były ciekawe, póki nie zaczęły być niebezpieczne…

– Ale to nie zależy ode mnie – powiedziałam z wahaniem. – Ja sama nie wiem, jakim cudem tu przybywam. Zasypiam TAM, u siebie, a budzę się już TUTAJ, w waszym świecie. A czasem zasypiam i nic się nie dzieje, pozostaję TAM. I wiem, że to nie ma nic wspólnego z moją decyzją. To nie ja wybieram moment przybycia lub powrotu. Przecież gdyby to ode mnie zależało, to zamiast rozmawiać z tobą TUTAJ, już dawno byłabym TAM, u siebie, w bezpiecznym domu…

– Ktoś podsunął ci Magiczny Korzeń, ułatwiający przemieszczanie się TU i TAM, gdy tylko znajdzie się Przewodnik. Ale to można przerwać – powiedziała Gimel, ciągle tym samym, chłodnym głosem. – Wystarczy, że zabijesz Kota. Niestety, nie mogę cię w tym wyręczyć, a szkoda. Lecz gdy ja to zrobię, wtedy nawiedzi cię jego duch i nadal będzie przeprowadzać was z TAMTEGO świata TUTAJ. Albowiem to jest Kot Magiczny, a jego miłość do Księcia Theta jest tak silna, że przezwycięży nawet śmierć. Dlatego to ty musisz go zabić i zakopać jego zwłoki w swoim świecie. Wtedy już nigdy TU nie wróci.

Wzdrygnęłam się. Byłam wychowana w szacunku dla wszystkiego, co żywe. Zabicie nawet niewielkiego pająka wymagało ode mnie dużego wysiłku. Wolałam go przegonić, niż zabić, nawet gdy siedział w mojej wannie – co pająki, nie wiem czemu, uwielbiają robić. A w dodatku ja tego Kota naprawdę lubiłam. Nie, to za słabe określenie. Kochałam? To znów za duże słowo. W każdym razie to nie był jakiś zwykły kot, a zwykłego też przecież bym nie zabiła! Ale nawet gdyby to było całkiem mi obce kocisko, a nie zwierzę, któremu uratowałam życie, też nie umiałabym go zabić.

Gimel czytała w moich myślach jak w otwartej książce.

– Nie wiem, nad czym się zastanawiasz. To chyba proste? Przecież nawet nie znasz Księcia Theta i jest ci całkiem obcy. Po co masz narażać siebie i Dziecko, aby go ratować? Ta kraina też jest ci obca. A Kot…? No cóż, mając do wyboru życie Jonyka lub życie Kota, chyba nie będziesz się zastanawiać? Masz jeszcze inny wybór: twoje życie lub życie Kota.

– Zabijesz któreś z nas? – spytałam, słysząc ku swemu niezadowoleniu, jak drży mi głos.

– Nie, nie zabiję żadnego z was, zabijam w ostateczności. Ktoś TUTAJ, w tej krainie, tego nie lubi i zakazuje, a ja nie chcę MU się narażać. Ale to, co zrobię, będzie gorsze niż śmierć – uśmiechnęła się Gimel, błyskając zębami.

Słysząc jej słowa, doznałam uczucia, że w pieczarze jest jeszcze mroczniej, niż było.

– Co to będzie? – spytałam.

– Chcesz zobaczyć? Pokażę ci… W twoim świecie jest już ranek, bo czas TU i TAM płynie inaczej, choć bezustannie. Więc patrz, co tam się właśnie dzieje, a to dopiero początek i będzie jeszcze gorzej… – powiedziała Gimel i rozsunęła szeroko swój długi płaszcz. Nagle wydał mi się on ekranem, na którym ujrzałam zamazany obraz dziecinnego pokoju w naszym domu…

Później opisał mi to Adam. Gdy o tym mówił, wciąż był zdenerwowany, choć minęło już wiele dni i jego strach powinien zniknąć. Lekarz umie opowiadać spokojnie o chorobach swoich pacjentów – choć taki lekarz jak Adam zawsze przeżywa ich cierpienia. Istnieje dlatego słuszna, choć niepisana zasada: lekarz nie leczy własnej rodziny, chyba że zmusza go do tego sytuacja. Jest bowiem w dwójnasób zaangażowany emocjonalnie i boi się podejmować decyzje.

– Wszedłem rano do waszego pokoju i ujrzałem, że leżysz nieprzytomna, z bardzo wysoką temperaturą, widoczną już na pierwszy rzut oka, a Jonyk ma podobne objawy – opowiadał Adam, a głos ciągle mu drżał. – Zrozumiałem, że złapał was ten wirus letniej grypy. Znalazłem się oko w oko z bardzo groźną, grożącą komplikacjami chorobą, która dotknęła naraz dwie drogie mi osoby… Od razu zacząłem panikować, co jako lekarzowi nie miało prawa mi się zdarzyć!

– A Kot? – spytałam.

– Kota nie było. Pewnie zwietrzył niebezpieczeństwo i uciekł. Choroby ludzkie są groźne dla kotów. Ale jak możesz wypytywać, co robił Kotyk, gdy tobie z Dzieckiem groziła śmierć lub coś jeszcze gorszego? – zdziwił się mój mąż.

Na rozpostartym ciemnym płaszczu Gimel widziałam, jak na ekranie, obraz dziecinnego pokoju, w którym dwie osoby leżały nieprzytomne, a trzecia najwyraźniej cierpiała ze strachu o ich życie. Kota nigdzie nie było. Gdy Adam wszedł, w ogóle go nie rozpoznałam, ba, nie wiedziałam, że wszedł. Jonyk szklistym, nieobecnym wzrokiem patrzył w sufit, a z ust ciekła mu mała strużka śliny. To było okropne: i widok nas obojga w takim stanie, i przerażenie Adama.

– To nie jest letni wirus grypy, jak mówi uczenie twój mąż. W takim stanie ty i twoje Dziecko pozostaniecie już do końca życia. Wyobrażasz to sobie? – spytała z uśmiechem Gimel. – Twój mąż dość późno zorientuje się, że to nie jest grypa. Pewnego dnia wreszcie pojmie, że niby ciągle ma żonę i dziecko, ale tak jakby ich nie miał. Do końca trwać będzie w nadziei, że można coś zrobić, będzie sprowadzać najlepszych fachowców od chorób mózgu, od nieznanych wirusów i diabli wiedzą od czego. Obecność tej nadziei będzie o wiele gorsza, niż gdyby jej nie było. Będą mijały dnie, miesiące, wreszcie lata. Twój syn będzie rósł, ale nie będzie się rozwijać. Ty będziesz przypominać osobę upośledzoną umysłową, zwykłe warzywo. A wiesz dlaczego? Bo TAM będą tylko wasze ciała. Świadomość twego synka, podobnie jak twoja, będzie cały czas TU, u mnie, a nigdy TAM, w twoim świecie. Zamknę te wasze dwie, głupie świadomości w czarnej magicznej kuli, z której nawet ja sama nigdy nie będę w stanie ich uwolnić, rozumiesz? A teraz daję ci trzy dni do namysłu. Pamiętaj, że przez te całe trzy dni i całe trzy noce twój nieszczęsny mąż będzie umierał z rozpaczy…! Ale te trzy dni w samotności ułatwią ci podjęcie właściwej decyzji.