Выбрать главу

Gimel znów spojrzała na nas z wilczym uśmiechem, jej zęby zalśniły w mroku, a potem zniknęła. Usłyszałam, jak mój mały synek głęboko wciąga powietrze, tak jakby wcześniej wstrzymywał oddech ze strachu.

– Jonyk… Moje maleństwo – powiedziałam, tuląc go do siebie. – Nie bój się. Ona sobie poszła, a ja coś wymyślę. Na pewno wymyślę. A w najgorszym razie… w najgorszym razie obiecamy Gimel, że zabijemy Kotyka, i przysięgam ci, że zrobimy to w sposób całkowicie bezbolesny. Uśpimy go. Kotyk będzie sobie spokojnie, łagodnie zasypiał i po prostu nigdy więcej się nie obudzi… – i tu głos mnie zawiódł. Bezwiednie wypuściłam synka z rąk i rozpłakałam się.

…mój Jonyk zaś, lekceważąc prawa grawitacji, łagodnie wirując, pofrunął w górę.

– Frunę – powiedział.

– Jonyk! – zawołałam pełna lęku. – Wracaj natychmiast! Wracaj!

– Frunę – usłyszałam drugi raz, dobiegający z wysoka, głos mego synka, lecz już go nie widziałam w ciemnościach.

W rosnącej panice zaczęłam rozglądać się dokoła. Światło do pieczary sączyło się skądś z góry. Zatem gdzieś tam jest otwór, a może i wyjście. Niestety, nie dla mnie, przywiązanej prawami grawitacji do ziemi, ale dla mego tańcząco-fruwającego synka… Tak, dla niego może to być ucieczka z pułapki Gimel. Ale co zrobi, gdy już opuści pieczarę i znajdzie się w Krainie Mroku? Dokąd wtedy pofrunie? Obojętne dokąd, byle się stąd wyrwał! Przynajmniej on. Bo mnie to się nie uda. Choć mogłabym spróbować…

Przez kilka godzin obchodziłam ściany pieczary tylko po to, aby się przekonać, że jednak nie wychodzi z niej nigdzie żaden korytarz, tunel czy choćby najwęższa szpara. I niestety, ściany pieczary zamiast się rozszerzać, zwężały się ku górze, jak w mojej beczce na deszczówkę. Nie sposób było się na nie wspiąć. Z tej pieczary po prostu nie było wyjścia.

Tkwiłam więc w niej, nie wiedząc, jaki jest los Jonyka, choć byłam pewna swego losu. Modliłam się też, żeby nasz synek, po wyrwaniu się z tego miejsca, usnął gdzieś zmęczony i w ten sposób wrócił do naszego świata. Ale powrót TAM lub zjawienie się TU były prawdopodobnie uzależnione od obecności Kota lub Włóczęgi. A Kota nie było… W dodatku teraz już miałam pewność, że Gimel swobodnie przemieszcza się do obu światów. Gdy zechce tam schwytać Jonyka – zrobi to.

To był pierwszy dzień i pierwsza noc, gdy leżałam bez przytomności, z temperaturą czterdzieści jeden i pół stopnia Celsjusza, a obok, w swoim łóżeczku, w takim samym stanie leżał Jonyk. Adam nie wątpił, że to jest wirus tej fatalnej letniej grypy, której powikłania leczył już w swoim szpitalu. Ich ofiarą padały głównie dzieci. Jedno zmarło, o czym jednak Adam nie wspomniał wcześniej, żeby mnie nie straszyć, lecz teraz tym większy strach ogarniał jego – lekarza, męża i ojca. Zwłaszcza że ja co jakiś czas bredziłam i to moje bredzenie doprowadzało go do rozpaczy.

– Ale co mówiłam? – pytałam go później, niecierpliwie, z ciekawością i z nieuświadomionym niepokojem.

– Nie pamiętam – mówił Adam i mimo woli oddychałam z ulgą. Dlaczego? Wstydziłam się, że wygadywałam przy nim jakieś głupstwa? Czy też bałam się tego, co mówiłam? Lecz cóż takiego mogłam mówić? Przecież nie ma takich spraw, poważnych spraw, które ukrywałabym przed Adamem, bojąc się ich ujawnienia! Tak mi się przynajmniej wydaje…

– Przypomnij sobie, co mówiłam – prosiłam go znowu, wtedy gdy już oboje z Jonykiem wyzdrowieliśmy, lecz Adam kręcił głową, a potem z najwyższym wysiłkiem przypominał sobie jakieś strzępy mego bredzenia:

– Chyba śniły ci się koszmary, bo mówiłaś coś o ciemności, o ścianach, przez które nie możesz przejść, choć jakieś konie przez nie przeszły, i jeszcze mówiłaś o… nie, nie wiem. Nie wiem, bo czasem używałaś też niezrozumiałych słów lub nazw, które były chyba przypadkowymi zbitkami sylab, ot, tak jak w gorączce… Aha, mówiłaś też o fruwaniu… Zabawne, nie? Niby że ty fruwałaś, a może Jonyk, nie wiem… Dlatego określa się taki stan „bredzeniem w gorączce”, gdyż to, co wtedy się wygaduje, nie ma sensu – wyjaśniał Adam. – Więc po co ci, na miłość boską, dokładna relacja o tym, co wygadywałaś?!

W drugim dniu naszej choroby mój mąż zorientował się, że nie da sobie sam rady, i wynajął pielęgniarkę ze szpitala. Obojgu nam trzeba było podawać stale coś do picia i wprowadzać dożylnie glukozę. Jonyk musiał być równocześnie przewijany i kąpany. Leki przeciwgorączkowe nie pomagały, więc razem z pielęgniarką Adam zawijał nas w zimne, mokre prześcieradła lub wkładał do chłodnej wody w wannie. Mądrzy lekarze stosują czasem sprawdzone średniowieczne metody. Trochę to pomagało, lecz niestety nie na długo. W ciągu czterdziestu godzin ani raz nie odzyskaliśmy przytomności i kontaktu, choćby wzrokowego, z otoczeniem. Po lekach przeciwgorączkowych okropnie pociliśmy się i ciągle trzeba było zmieniać nam ubrania i pościel. Ale te nowe natychmiast robiły się gorące i wilgotne od potu.

– Na takie wirusowe grypy nie ma w zasadzie leków.

Antybiotyki podaje się tylko osłonowe, żeby nie przyplątała się inna choroba czy powikłania – wyjaśniał mi mąż.

– A Kot? – spytałam. – Ani razu nie zainteresowałeś się, gdzie zniknął Kotyk?

– Pytanie szlachetne, tylko że ja naprawdę nie miałem głowy do tego, żeby zastanawiać się, gdzie zniknęło to kocisko, skoro w grę wchodziło życie mojej żony i syna! – zirytował się mąż.

– Ale przecież Kotu też mogło dziać się coś złego – powiedziałam, równie zirytowana.

– Na przykład co?

– Na przykład… na przykład mógł się utopić w beczce z deszczówką!

– Aleś wymyśliła! – zdenerwował się Adam.

Mrok w jaskini zgęstniał i tylko po tym poznałam, że chyba nadeszła noc. Zdawało mi się, że gdzieś wysoko w górze, u niewidocznego stropu pieczary, zaświeciła odległa gwiazda. Może właśnie tam był ten otwór, którym wyfrunął Jonyk? A może tylko mi się zdawało? Nie sądzę, żeby w Krainie Mroku widać było gwiazdy…

W pewnej chwili, mimo ogromnego niepokoju, zasnęłam. Śniła mi się aksamitna sukienka ze strzępiącą się złocistą nitką, małe buciki z resztką pozłotki i zagadkowa obręcz z rubinowym kamieniem. Między tymi smutnymi ubrankami leżała karta do tarota. Nie, to były dwie karty. Na jednej widniała ta królowa na tronie, a na drugiej Bezimienny Włóczęga, Duch Eteru lub Alef. Gdy się obudziłam, niewiele pamiętałam z tego snu.

Drugi dzień był gorszy od pierwszego, gdyż wydawał się dłuższy. Zaczęłam też odczuwać pragnienie. Doskwierało mi o wiele mocniej niż głód. Nie wiedząc, co ze sobą zrobić, zaczęłam liczyć kroki, wymierzając w ten sposób wielkość pieczary, w której byłam uwięziona. Głupie i bezsensowne zajęcie. Do niczego nieprzydatne. Pieczara okazała się rzeczywiście ogromna i szybko przestałam liczyć.

Jak to powiedziała Gimel? Że daje nam trzy dni czasu? Zatem po odpowiedź zjawi się jutro czy pojutrze? W trzecim dniu czy po trzech dniach? Im szybciej zbliżał się termin, tym bardziej pragnęłam, aby się zjawiła, już, natychmiast, i zrobiła ze mną to, co ma zrobić. Choć teraz zrobi chyba coś gorszego, niż zamierzała, skoro Jonyk uciekł. Wieść o ucieczce Dziecka na pewno ją rozwścieczy… Tylko co może być jeszcze gorszego od zamknięcia TUTAJ naszych umysłów w magicznej kuli – i pozostawienia TAM naszych otępiałych, nie kontaktujących z otoczeniem ciał? Bylibyśmy z Jonykiem jak puste skorupy, z których ktoś wyjął całą istotną zawartość. Skazalibyśmy Adama nie tylko na rozpacz, ale, co trudniejsze, na dożywotnią opiekę nad nami.

Najbardziej dręczyły mnie nie kończące się rozważania, czy Jonyk uciekł, czy też, na przykład, rozbił sobie główkę o strop pieczary i teraz leży gdzieś tu, może nawet blisko mnie, tylko ja w tym mroku go nie widzę? A może wyfrunął, lecz znalazł się w groźnej, nie znanej sobie okolicy – bo to była Kraina Gimel, a nie Kraina Kota – i padł ofiarą jej oślizgłych stworów lub ogromnych, drapieżnych ptaków…?