Opadałam ku ziemi łagodnie, ponad mrocznym, galaretowatym i wrogim lasem Krainy Gimel, który jednak zaraz ustąpił miejsca zwykłym, zielonym kępom drzew. Gdy znaleźliśmy się z Jonykiem na ziemi, była to już normalna, przyjazna, ciepła ziemia Krainy Kota. A sam Kot razem z Włóczęgą czekali na nas w rydwanie. Do rydwanu nie były wprzęgnięte cztery czarne konie, lecz tylko dwa, i to białe.
– Jedziemy do Królestwa Denarów – powiedział Kotyk, łypiąc na mnie lewym, zielonym okiem. Jego łapka ciągle spoczywała w niewygodnym gipsie. – Prześpijcie się z Dzieckiem w czasie jazdy, gdyż mieliście zbyt wiele złych przeżyć…
– Ooo, nie – zaprotestował Włóczęga. – Sen potem. Najpierw Jonyk musi oddać Rubinowe Jajko…
– Dałeś mu je? Dałeś mu swoje Rubinowe Jajko? – spytałam zdziwiona, wiedząc, że ten, kto je ma, nigdy go nikomu nie pożycza. Alef w odpowiedzi jedynie się uśmiechnął.
– Nie możesz mu go zostawić? – spytałam znów, słysząc ze zdziwieniem błagalny ton w swoim głosie. No cóż, Włóczęga miał rację. Każdy pożąda Rubinowego Jajka. Każdy.
– Lepiej, by Jonyk nie zabierał go do waszego świata. Nikt tam się na nim nie pozna. W waszym świecie nadto kochają bogactwo i władzę – odparł Alef spokojnie.
Mój synek bez słowa wyciągnął rączkę, na której leżało Małe Rubinowe Jajko. Wcale nie było takie małe… I wydawało mi się, że to nie Dziecko trzyma Jajko w swej malutkiej rączce, lecz Ono trzyma się jego, Dziecka. Włóczęga wziął je ostrożnie, a potem… potem, ku memu zdumieniu, podrzucił je z okrzykiem: „Cirr! Cirr!!” I Jajko poszybowało wysoko w górę, w stronę nieboskłonu – i zniknęło.
Wtedy nagle zrozumiałam. Chyba zrozumiałam, gdyż TO nie było zjawiskiem, które można pojąć w kategoriach logiki. TEGO nie należy rozumieć, w TO trzeba uwierzyć, Kotyk też TO pojął, bo nie zadał żadnego pytania, choć z natury jest bardzo ciekawskim Kotem. Za to wszyscy razem jeszcze długą chwilę patrzyliśmy w niebo, tam gdzie poszybowało Rubinowe Jajo, jakby nam się zdawało, że śledząc tor Jego drogi, dotrzemy wzrokiem do miejsca, gdzie przebywa ON. Oczywiście, nie było to możliwe…
– A twoje Jajko? – spytałam Alefa. Ten tylko poklepał się po worku. Zatem ciągle je miał. To siódme. A mój malutki synek przez krótki czas miał przy sobie obiekt marzeń, pożądania i miłości wszystkich mieszkańców Krainy Kota. I nie tylko tej krainy. Także i naszej, tyle że w naszym świecie nosi on inne imiona…
– Widziałeś Go, prawda? – spytałam Dziecka, a ono tylko skinęło główką, patrząc na mnie bez słowa zielono-błękitnymi oczami. I był w tych jego oczach tak dziwny, świetlistozłoty, odbity skądś blask, że wszyscy troje – Włóczęga, Kot i ja – uwierzyliśmy, że Jonyk nie kłamał. On Go widział. Naprawdę. Może nawet z Nim rozmawiał, kto wie. Jednak nigdy nam tego nie opowie, gdyż na streszczenie takich rozmów nie ma w ogóle właściwych słów. W żadnym języku.
Zanim zasnęłam, pomyślałam, że wkrótce mój synek dorośnie, para jego dziwacznych oczu ujednolici swój kolor i ściemnieje, dorosły Jonyk zapomni, iż kiedykolwiek spotkał Złocistego Ptaka, ale coś z tego spotkania na zawsze już w nim pozostanie. Coś. Coś bardzo ważnego. I być może niekiedy ujrzę w jego normalnych, niebieskich oczach daleki, świetlistozłoty blask.
Rozdział dwunasty
Najpierw usłyszałam głos Adama, prawie oszalały z radości:
– Odzyskują przytomność! Spójrz tylko, oni odzyskują przytomność!
„O kim on mówi, u licha!” – pomyślałam z niepokojem. „A może to jakaś końcówka mego snu?” Otwarłam oczy i zaraz zamknęłam je z powrotem, w pokoju byli bowiem obcy ludzie…
– Tak, chyba zaczynają nas widzieć. Wraca im kontakt z otoczeniem. Widzisz, tak bałeś się o komplikacje mózgowe, a ja powtarzałem, że to minie – usłyszałam drugi, pełen zadowolenia głos, który dopiero po pewnym czasie rozpoznałam jako głos doktora Halberna, przyjaciela mego męża ze szpitala.
– A to kocisko, panie doktorze…? – spytał nie znany mi żeński sopran. – Czy to potwornie wielkie kocisko może wleźć do łóżeczka tak chorego niemowlęcia? Bo ono tam się pcha, widzi pan… Nagle skądś wylazło i się pcha.
– Może, może, wszystko może… – usłyszałam nieprzytomny z radości głos męża i zaczęłam myśleć, o jakim chorym dziecku mówi ta obca kobieta? Przecież chyba nie o Jonyku! Wczoraj, gdy kładliśmy się spać, Jonyk był całkiem zdrowy! No, może trochę marudził…
– Ale zarazki, panie doktorze… – zawiesiła głos kobieta.
– Jakie tam zarazki…! – zaśmiał się Adam. – Skoro pokonali tego wściekłego wirusa, to cóż im mogą zrobić niewinne bakterie domowego kota, który chowa się z Jonykiem niemal od pierwszych dni jego życia! Lepiej niech pani nakarmi to biedne zwierzę, bo pewnie jest głodne. W lodówce leży wątróbka…
– Nakarmię, czemu nie – odparła kobieta, zapewne pielęgniarka. – Ale jak długo żyję, jeszcze nigdy nie widziałam tak ogromnego kocura. Aż strach na niego patrzeć… A nie zrobić jeść pani i dziecku? Oczywiście, coś dietetycznego.
– Zrobić – powiedziałam przytomnym głosem.
– No i proszę! – zaśmiał się doktor Halbern. – Koniec grypy i nie ma mowy o jakichkolwiek powikłaniach! Owszem, to był wyjątkowo ciężki przebieg choroby, ale pacjentom już po trzech dniach udało się stanąć na nogi…
– Po jakich trzech dniach? – wymamrotałam. Otwarłam już na dobre oczy i mimo obecności tej pary mało mi znanych ludzi spróbowałam wyjść z łóżka. Adam gwałtownie mnie powstrzymał.
– Co robisz? – zdziwiłam się. – I skąd tu się wzięli ci wszyscy ludzie? Doktor Halbern, ta pani…
– Przecież sam nie dałbym sobie rady! Całe trzy doby oboje z Jonykiem byliście nieprzytomni!
– Nieprzytomni?! Przez trzy doby? – zdziwiłam się.
Miałam uczucie, że obudziłam się po przespaniu jednej, normalnej nocy. Owszem, chyba coś mi się śniło… jakiś koszmar? Byłam razem z Jonykiem zamknięta w jakiejś pułapce, bez wyjścia… Nie, jeszcze śniło mi się coś szalenie niezwykłego… ulotnego, mieniącego się jak złoto, ale cenniejszego niż ono… Lecz jeśli nawet, był to przecież sen na jedną noc! Choć nie… to COŚ złocistego było snem na całe życie…
Ze słów Adama wynikało, że razem z Jonykiem przeszliśmy wyjątkowo ciężką grypę, jej kryzys dopiero co minął – i nie ma mowy o żadnym wstawaniu. Może jutro, na kwadrans lub pół godzinki, ale nie dziś! Wykluczone! Ja tymczasem czułam się normalnie, ba, wręcz świetnie, nie byłam w ogóle osłabiona i tylko okropnie głodna. I absolutnie nie zamierzałam leżeć w łóżku, w dodatku w ciepły letni dzień!
Rozpętała się istna awantura. Ja nadal próbowałam wyjść z łóżka, Jonyk wierzgał nóżkami i też przejawiał chęć zmiany miejsca, Kotyk siedział koło jego głowy i spokojnie się mył, Adam zaś z doktorem Halbernem usiłowali przemocą zatrzymać nas nie tylko w pokoju, lecz także w tych okropnych, przepoconych wyrkach.
Wreszcie, po konsultacjach Adama z jego przyjacielem, łaskawie wyrażono zgodę, że mogę zasiąść, w ciepłym dresie, na leżaku w naszym ogrodzie (tylko nie w słońcu! – wołał Adam), a Jonyk mógł pobaraszkować sobie na grubym, rozłożonym na trawie kocu. I tam przyniesiono nam śniadanie.
Przy śniadaniu rozpętała się kolejna awantura. I Jonyk, i ja umieraliśmy z głodu. Jonyk połknął swoją porcję grysiku i zaczął drzeć się o jeszcze. Ja zjadłam dwa jajka na miękko i sucharek z masłem, po czym zażądałam kanapek z wędliną dla siebie i szynki dla Jonyka.
– Nie ma mowy – oświadczył Adam kategorycznie. – Co najmniej trzy doby musicie być na lekkostrawnej diecie.
– Trzy doby? – wrzasnęłam z furią. – A ty w tym czasie będziesz się opychać jajkami na bekonie? Naleśnikami z dżemem? Kanapkami z szynką, pomidorem i ogórkiem?
– Jeśli ma cię to denerwować, to będę razem z wami na diecie – zdecydował się Adam. Łaskawie odmówiłam, gdyż uprzytomniłam sobie, że przecież on wkrótce będzie musiał wyjść z domu, do szpitala, skoro trzy doby spędził z nami, a ja wtedy najem się do woli. Jonykowi też zrobię jajecznicę z dwóch jajek.
I tak właśnie zrobiłam. Adam pojechał autem, żeby odwieźć doktora Halberna i pielęgniarkę oraz wpaść do szpitala (dosłownie na kwadrans – podkreślił z naciskiem), zobaczyć, co dzieje się z pacjentami, a my w tym czasie w pośpiechu opychaliśmy się w kuchni, jak zabrani z bezludnej wyspy rozbitkowie, którzy przez miesiąc żywili się tylko korzonkami. Także Kotyk pożarł podwójną porcję wątroby, a na deser wylizał z miseczki trochę lodów, co uwielbia.