Выбрать главу

– Nowego?! – prychnęła Cecylia. – Po twojej ostatniej wizycie nabrałam wiary, że można nawiązać z nim kontakt. Przecież on coś do ciebie mówił, prawda? A przynajmniej w ogóle cię dostrzegł! Teraz jest z nim coraz gorzej. Utracił wszelki kontakt z otoczeniem, nie widzi nikogo z nas i zachowuje się jak ktoś, kto wierzy, że może wzbić się w powietrze…

– …jak ptak – dopowiedziałam bezwiednie, przypominając sobie ciemną sylwetkę chłopca machającego ramionami na trawniku, koło fotela drzemiącej siostry Amaty. Cecylia wzruszyła ramionami.

– Ptak, nie ptak, ale doktor Trenk coraz bardziej upiera się przy oddaniu go do zakładu specjalnego. Będzie tam przebywać z ciężko upośledzonymi, niedorozwiniętymi dzieciakami i wtedy już zamknie się w sobie raz na zawsze – powiedziała z troską moja przyjaciółka. Cecylia zawsze cierpiała, gdy cierpieli jej podopieczni.

– Przyjechałam głównie dla siostry Amaty. Boję się, że wkrótce już nigdy jej nie zobaczę. I chyba nie będę dziś mieć czasu ani cierpliwości dla twoich wychowanków. Przecież wiesz, że znowu chorowałam – powiedziałam zniecierpliwiona. „Skoro ten chłopiec faktycznie jest niedorozwinięty, to trudno trzymać go z normalnymi dziećmi! Cecylia musi to wreszcie zrozumieć!”

– Ciebie też chcieli dać do takiego zakładu… – powiedziała tymczasem moja przyjaciółka, przypominając mi najboleśniejszy epizod z mego dzieciństwa w sierocińcu. – Gdyby nie siostra Amata i jej upór…

Najpierw się speszyłam, a potem znów zirytowałam. Ja to ja! Lecz przecież zdarzają się rzeczywiście upośledzone umysłowo dzieci, czy to się Cecylii podoba, czy nie! Nic jednak nie mówiłam, żeby jej nie denerwować. Szłyśmy obie parkową alejką do zacienionego miejsca, gdzie drzemała w fotelu siostra Amata. Cecylia niosła Jonyka.

Już z daleka zobaczyłam, że koło fotela staruszki znów stoi ten chłopiec. Wyglądał jak nietoperz, w czarnym podkoszulku i w ciemnych spodniach, z ciemnymi włosami i śniadą skórą, bijąc dłońmi w powietrzu jak ptak skrzydłami.

– Nie boisz się, że on w końcu zrobi coś złego tej staruszce? Jonyka przecież szarpał, nie pamiętasz? – zdenerwowałam się. Ale Cecylia też się zdenerwowała i powiedziała ze złością:

– Właśnie w pobliżu siostry Amaty ten biedny chłopiec jest spokojny i łagodny! Tylko ją toleruje! Chcesz mu nawet to zabrać? A jeśli tak bardzo boisz się o siebie lub Dziecko, to idź sobie do normalnych dzieci, a z naszą staruszką porozmawiasz, gdy już będzie w swoim pokoju!

Zrobiło mi się wstyd. Milcząc, podeszłyśmy do fotela siostry. O dziwo, nawet Jonyk zamilkł, choć wcześniej coś tam sobie gaworzył w niezrozumiałym niemowlęcym języku. Nie mogłam oderwać oczu od nietoperzowatego chłopca. Znów uderzyła mnie jego niezwykła uroda, która w połączeniu z kalectwem jego umysłu sprawiała tym smutniejsze wrażenie.

… chłopiec na nasz widok ponownie wyszedł ze swego zamknięcia, przestał machać ramionami, wbił w nas ciemne, niemal czarne oczy i podszedł tak blisko, że prawie poczułam na twarzy jego oddech. Skamieniałam z irracjonalnego lęku. Cecylia zesztywniała.

– Czuję go – szepnął chłopiec. – Gdy mi go oddacie, on mnie zaprowadzi. Oddajcie mi go, proszę, tak bardzo was proszę…

Biedna siostra Amata na szczęście drzemała… Nie, wcale nie drzemała. Nagle otwarła oczy i jasnym, stanowczym głosem, przypominającym jej głos sprzed prawie trzydziestu lat, powiedziała:

– Ewo, daj temu chłopcu to, o co cię prosi.

– Nie wiem, co to jest, matko – odparłam szybko.

– To bądź z nim tak długo, póki się tego nie dowiesz – zdecydowała za mnie siostra Amata.

– Ale… przecież ja… to znaczy ja, proszę matki, wracam dziś do domu…

– Zatem weźmiesz tego chłopca ze sobą do domu i będziesz z nim tak długo, aż odkryjesz, czego on potrzebuje.

Nie tylko mnie, ale nawet Cecylię zatkało. Nawet ona nie stawiałaby przede mną aż takich żądań. Gdy jednak stawiała je siostra Amata… To przecież ona, poza Cecylią, była jedyną osobą w całym świecie, której naprawdę coś zawdzięczałam. Nie „coś” – ale wszystko. Zatem chcę czy też nie – a naprawdę nie chciałam! – muszę wziąć tego chłopca ze sobą do domu, choćby na dzień czy dwa. Ale co ja z nim tam będę robić? Jak dam sobie z nim radę? Milczałam. Cecylia też. Nawet chłopiec zamilkł, jakby wiedząc, o czym mówimy. I tylko Jonyk, ku memu zdumieniu, ciągle wyciągał do niego rączki. Nie bał się go, choć moim zdaniem były ku temu powody. Autystyczne dzieci potrafią bez powodu wpaść w gniew i stają się wtedy bardzo agresywne. Wyzwalają w sobie niekiedy ogromną, niszczącą siłę…

– Dobrze – powiedziałam po krótkiej walce z sobą. – Skoro matka tak bardzo chce, w takim razie wezmę go, lecz nie na długo. Muszę przecież opiekować się własnym synkiem. No i niedawno byłam chora… Nie mam dużo sił. Więc wezmę go na… na jeden dzień.

– To powinno wystarczyć, moje dziecko – powiedziała staruszka, uśmiechając się do mnie jak dawniej. – I wtedy mu to dasz, prawda?

– Ale co?

– Nie wiem. Lecz sądzę, że gdy go weźmiesz, będziesz wiedzieć.

Początkowo jechałam samochodem zesztywniała z lęku. Zgodnie z obowiązującymi przepisami, Jonyk tkwił w specjalnym krzesełku na tylnym siedzeniu, obok niego zaś siedział ten chłopiec. Nie mogłam przecież posadzić go koło siebie, na przednim siedzeniu, bo mógłby nagle rzucić się na mnie i spowodować wypadek! A trudno, żebym go wepchnęła do bagażnika! Ale prowadząc, cały czas zerkałam w lusterko, w głąb auta, czy aby „nietoperz” nie robi krzywdy memu synkowi. O dziwo, był spokojny. Jonyk ufnie wyciągał do niego swoje rączki, a „nietoperz” uśmiechał się i brał je w swoje wąskie dłonie. „Dlaczego właściwie nazywani go nietoperzem?” – pomyślałam z niechęcią do siebie samej, – „Bo go nie lubię? I jakim prawem go nie lubię, skoro jest wprawdzie obcym, lecz nieszczęśliwym i chorym chłopcem?!” Jonyk zagaworzył nagle radośnie:

– Tet…?

– Nie „tet”, tylko tata – poprawiłam go.

– Tet – powtórzył mój synek, a chłopiec zawtórował mu dźwięcznie:

– Tet.

„Ten chłopak jest na poziomie półrocznego niemowlaka” – pomyślałam ze smutkiem. „Obaj gaworzą, zamiast mówić”.

– Prowadzisz mnie do niego, tak? – spytał nagle „nietoperz” pogodnym głosem. Już chciałam mu coś odpowiedzieć, gdy Jonyk oświadczył donośnie:

– Tak.

Westchnęłam i skoncentrowałam się na prowadzeniu auta. Przejeżdżaliśmy właśnie przez miasto i musiałam bardziej uważać.

– Kot – zagaworzył znowu Jonyk.

– Widzę, że znasz nowe słówko, synku! – roześmiałam się i równocześnie pomyślałam, że Kotyk może dobrze wpłynąć na tego chłopca. Przypomniałam sobie głośną teorię jakiegoś amerykańskiego psychiatry, że towarzystwo zwierząt doskonale oddziałuje na upośledzone dzieci.

No cóż, na razie było lepiej, niż sobie wyobrażałam. W domu dam temu chłopcu jeść, położę go spać koło siebie na nowej kanapie, Jonyka umieszczę w jego dawnym łóżeczku – i jakoś przejdzie nam ta jedna, męcząca noc z niepokojącym, przymusowym gościem. Jutro po południu odwiozę go siostrze Amacie i powiem, że dotrzymałam danego słowa, ale, co było do przewidzenia, nic mądrego z tego nie wynikło.

Nasz dom leży na wzgórzu i już z daleka ujrzałam go na tle zachodzącego słońca. Słoneczny krąg schował się za bryłę budynku, lecz jego promienie otulały cały dom.

„Wygląda jak wielka, świetlista brama” – pomyślałam.

Adam nie zdziwił się widokiem chłopca. Już nieraz przywoziłam do nas na weekend dzieciaki z sierocińca, żeby przez dzień czy dwa poczuły się jak w prawdziwym domu.

– Podrzutek z autyzmem – powiedziałam krótko, ze źle skrywaną niechęcią, nie wdając się w szczegóły. Chłopiec tymczasem już wysiadł z auta i biegł w stronę siedzącego na trawniku Kotyka. Kocur zmrużył ślepia, potem szeroko je otwarł, zjeżyła mu się cała sierść, ogon zaś postawił na baczność – jak w chwilach największego napięcia.

– Podrapie go! – wrzasnęłam, ale nim do nich dobiegłam, dostrzegłam z ulgą, że jest wręcz przeciwnie: Kotyk ocierał się swym potężnym cielskiem o chłopca, a ten najpierw go głaskał z niespotykaną czułością, a potem wziął na ręce i przytulił do siebie. Ha, widocznie ten amerykański psychiatra ma rację! Jutro powiem Cecylii, żeby sprawiła temu chłopcu kota.