Выбрать главу

Biliśmy teraz wszyscy pięściami w zbawcze lustro oddzielające nas od Włóczęgi i Joda – lecz na próżno. Twardy kryształ nie poddawał się. Widocznie nie siła, lecz magia decydowała o tym, która z lustrzanych ścian zechce nas wpuścić do swojego świata.

– Przegraliśmy… – powiedział Kotyk, ruszając ze smutkiem wąsami, i spojrzał na mnie jednym zielonym okiem. – Przepraszam i ciebie, i twoje Dziecko. Boję się, że wciągając was w to wszystko, skazałem was na straszny los…

…i wtedy usłyszałam muzykę. To była tamta, słyszana wcześniej w jaskini Gimel, muzyka niebieskich sfer, muzyka skrzydeł Złocistego Ptaka. On sam rysował się niewyraźnym, świetlistym kształtem w czwartym zwierciadle. Drobne złote punkciki, tworzące Jego sylwetkę, migotały, jarzyły się, lśniły, towarzysząca temu muzyka zaś potężniała i słyszałam ją tak dobrze, jak organy w ogromnej katedrze…

Było mi teraz obojętne, co dzieje się wokół mnie, w innych lustrach, co robią Cesarzowa czy gigantyczne jadowite węże. Całą sobą chłonęłam widok, który miałam przed oczami i unosiłam się na skrzydłach muzyki. Złocisty Ptak rysował się coraz wyraźniej i po chwili lśnił już potęgą wszystkich barw, wśród których przeważała jednak barwa złota. Widziałam Jego wypukłe, mądre oczy, patrzące na nas z wysoka, i czułam bijący od Niego żar. Lecz nie był to żar spopielający wszystko wokół; przeciwnie – był to życiodajny ogień. Moje Dziecko poszybowało ku miejscu, gdzie był On – i jak piłka odbiło się od niewidocznej przegrody. Zaraz po Dziecku do lustrzanej ściany podbiegł Kotyk – i uderzył czarnym nosem w to coś, co dzieliło nas od Złocistego Ptaka. Ja też, jak zahipnotyzowana, szłam, aby być jak najbliżej Niego, gdy usłyszałam przytomny głos Włóczęgi:

– Tym razem On pojawił się tu nie dla nas, lecz dla Theta…

Książę Thet stał nieruchomo, nie odrywając pełnych miłości oczu od Złocistego Ptaka. To na niego i jego tak drobną przy Ptaku sylwetkę spoglądały teraz mądre, wypukłe oczy. To dla niego grała muzyka niebieskich sfer.

Thet postąpił naprzód i bez żadnych przeszkód dotarł do wielkich, zakrzywionych, złotych szponów Złocistego Ptaka. Przyklęknął i objął smukłymi ramionami Jego mocne nogi. Złocisty Ptak poruszył jednym skrzydłem i otulił nim Księcia tak, że zniknął nam z oczu w złocistopierzastej chmurze.

Dopiero teraz przypomniałam sobie o pozostałych lustrach i grożącym nam z ich strony niebezpieczeństwie. Ale gdy spojrzałam w ich kierunku, czarne węże właśnie stapiały się z mrocznym tłem, blakły, ustępując miejsca matowej, coraz wyrazistszej ścianie lustra, Cesarzowa zaś, choć ciągle tkwiła wraz z dworem na swoim miejscu, powoli traciła wszystkie kolory i przypominała teraz szybko więdnącą różę. Lecz cały jej dwór pozostał realny. Dworzanie, wraz z Cesarzem, nie odrywali pełnych miłości oczu od Złocistego Ptaka i nawet nie dostrzegli, że najważniejsza w ich gronie postać stopniowo staje się najmniej ważna. Przez moment wydało mi się, że Cesarzowa, wyblakła, pozbawiona barw i przypominająca welon z mrocznych mgieł, wysunęła się falującym, wężowym ruchem ze swego miejsca, przemknęła jak chmura przez Zwierciadlaną Komnatę i wtopiła się w matowiejące coraz szybciej zwierciadło Krainy Mroku. Ku memu zdumieniu na jej miejscu, przy dworzanach, pozostał jakiś niewyraźny, leżący na ziemi biały kształt…

Nie wiem, jak długo to trwało, gdy Muzyka Sfer zaczęła cichnąć, skrzydło Złocistego Ptaka uchyliło się i Książę Thet powolnym krokiem dołączył do nas. Był blady, skupiony, nieobecny, choć jego oczy lśniły złotym blaskiem. Patrzyliśmy na niego z zazdrością – i szacunkiem. Spłynęła na niego miłość Złocistego Ptaka, Jego mądrość i siła. Zazdrościliśmy mu tego, a zarazem wiedzieliśmy, że Thet jest tym, któremu to się należy.

– Książę, Kotyk, Jonyku! Księżniczko! Chodźcież wreszcie do nas! – usłyszałam z daleka wołanie, które z nagła przywróciło mnie do rzeczywistości.

Muzyka Sfer ostatecznie ucichła. Złocisty Ptak odleciał. Nas zaś otaczały trzy zwykłe lustra, odbijające nasze sylwetki – i to czwarte, z którego wołali Włóczęga ze Starcem.

– No, chodźcie! Musimy zakończyć nasze zadanie! Słyszycie?

Westchnęłam i otrząsnęłam się. Złocisty Ptak już szybuje gdzieś, gdzie Go nikt nie dogoni, gdyż, co przecież wszyscy wiedzą, nie jest po to, aby Go złapać, lecz aby zawsze Go ścigać. Nie każdy też może posłuchać Muzyki Niebieskich Sfer, więc i tak miałam wiele szczęścia… Pora przywołać moich towarzyszy, którym wydaje się, że widzą to, czego już nie ma, i słyszą to, co dawno ucichło. Włóczęga z Jodem na nas czekają. Jod – Starzec, Pustelnik, Prorok Wiecznego Czasu i zarazem przyjaciel Włóczęgi, Bezimiennego Ducha Eteru… Wiele o nich słyszałam jako dziecko w Królestwie Mieczy. Biały Mag, który jako jedyny umiał stawić czoło złym czarom i chorym ambicjom Gimel, i Alef, udający Włóczęgę i Głupca… Więc to oni obaj… No tak, to przecież oni obaj…

Rozdział szesnasty

– Ewa! Ewa! Obudź się wreszcie! Ewa!

– To oni obaj… – wymamrotałam w półśnie i już chciałam obrócić się na drugi bok, gdy dotarło do mnie, że Adam stoi koło kanapy i budzi mnie energicznie, szarpiąc za ramię.

– Ewa, do diabła! Zbudź się, to poważna sprawa! Wyszłam z jakiegoś snu, którego nie pamiętałam, jak z głębokiej studni. Z najwyższym trudem otwarłam oczy. Adam z bladą, spiętą twarzą stał nade mną, budząc mnie energicznie, czego na ogół nigdy nie czyni, chyba że dzieje się coś złego. Jonyk…? Ale Jonyk w swoim łóżeczku spał mocnym, zdrowym snem. Rozejrzałam się: Kotyka nigdzie nie było, za to ten chłopiec…

– O Boże… – wyszeptałam ze zgrozą. – Czy on nie żyje?

Chłopiec, jak bezwładna kukła, leżał na kanapie z mojej lewej strony, z szeroko otwartymi, pustymi oczami.

– Nie bój się, żyje – odszepnął mi Adam. – Mierzyłem mu puls, ciśnienie i w ogóle. Żyje. Ale… nie wiem… Może to nie autyzm, lecz coś gorszego…? Jakaś psychiczna choroba? I wpadł teraz w rodzaj katatonii? Wczoraj wydawał się prawie normalny, a teraz niby oddycha i ma otwarte oczy, ale nic nie widzi i jest jak roślina, a nie człowiek. Boję się, że już taki zostanie…

– Na zawsze? – wyszeptałam ze zgrozą.

– Na zawsze. Widziałem takie przypadki.

– Ale dlaczego miałby taki zostać? I co mu się stało? Skąd aż taka zmiana w ciągu jednej nocy! – zawołałam z rozpacza,. Boże, co powie na to siostra Amata? Wierzyła, że mogę coś temu chłopcu dać, a tymczasem…

– Nie wiem. Jestem chirurgiem, nie psychiatrą – szepnął Adam ze smutkiem. – Sama mówiłaś, że ten lekarz z sierocińca chciał go oddać do zakładu dla głęboko upośledzonych. Prawdopodobnie miał rację.

– Nie! Nie! – zawołałam. – Cecylia i siostra Amata nigdy się na to nie zgodzą!

Właśnie… Cecylia i siostra Amata… One pierwsze muszą zobaczyć, co stało się z ich wychowankiem. Oboje z Adamem trzęsącymi się rękami ubieraliśmy chłopca. Pozwalał nam na to, zachowując się jak bezwładna szmaciana lalka. Jego oczy ciągle były puste i dalekie. Chociaż nie… chwilami wydawało mi się, że widzę w nich jakieś złociste iskierki. Pomyślałam, że to najpewniej odbicie słonecznego światła. Dzień był jednak pochmurny i słońca nie było widać…

Adam usiadł przy kierownicy, a ja z tyłu, z Jonykiem na kolanach i z chłopcem opartym bezwładnie o moje ramię. Kotyka nadal nigdzie nie było i gdy samochód ruszał sprzed domu, na próżno rozglądałam się za nim wokół.

Jonyk zachował się niezwykle dojrzale jak na tę alarmową sytuację. Choć gwałtownie obudzony, w ogóle nie zapłakał. Ubierany w pośpiechu i nakarmiony byle czym, siedział teraz grzecznie na moich kolanach i nawet nie wydawał dzikich wrzasków z powodu braku ulubionego kocura. Jechał uśmiechnięty i ciągle przechylał się, jakby chcąc zajrzeć w twarz bezwładnie siedzącemu chłopcu. Ale chłopiec, mimo szeroko otwartych oczu, i tak go nie widział…

Jeszcze nigdy półtoragodzinna podróż do sierocińca nie wydawała mi się tak długa i okropna. Drżałam na myśl, co powiem Cecylii i siostrze Amacie. Tak bardzo obie wierzyły, że gdy wezmę chłopca do domu, to mu się polepszy… Tymczasem z dzikiego, nie dającego się oswoić zwierzątka przeobraził się w bezmyślne warzywo.