– Coś ty narobił, Kotyku… – wyjąkałam, patrząc z przerażeniem na Dziecko. Mój ukochany synek, malutkie i bezbronne niemowlę, tkwił unieruchomiony w dybach, na wielkim placu nieznanego miasta, u stóp groźnie wyglądającego zamku, w obcym świecie! Być może póki Cesarzowa nie wymyśli czegoś innego – oby nie gorszego niż to! – ja jakoś przetrzymam, bo jestem silną, wysportowaną kobietą. Zapewne wytrzyma i Kotyk, bo koty – jak słusznie powiedział ten jakiś Mag – mają twardy żywot. Ale dwumiesięczne niemowlę po prostu umrze…
I wtedy obudziłam się.
Rozdział czwarty
Kot, jak zwykle, spał w zagłębieniu poduszki koło buzi Jonyka. Jonyk kurczowo trzymał w piąstce mój serdeczny palec. Ja spałam w połowie na kanapie, jedną nogę miałam przełożoną na skos przez dziecinne łóżeczko. Nic dziwnego – ta kanapa była naprawdę wąska. Właśnie dlatego przeznaczyliśmy ją dla gości, a nie dla domowników: aby drugi raz już nam się nie wpychali. „Our home is our castle” – czyli nasz dom jest naszym zamkiem…
… zamkiem! Boże, jakże upiorny sen miałam tej nocy! Śnił mi się jakiś ponury zamek i… i co jeszcze? Jednak nic więcej sobie nie przypomniałam, poza ogólnym wrażeniem, że sen był i ciekawy, i koszmarny. Usiłowałam delikatnie oswobodzić palec z uchwytu Jonyka, ale trzymał go tak mocno, jakby nie był dwumiesięcznym niemowlakiem, lecz dziesięcioletnim chłopcem. Gdy w końcu to mi się udało, Jonyk błysnął ku mnie półotwartym zielonym okiem i ponownie zasnął. Kotyk za to nawet nie drgnął. I chrapał. Nie wiedziałam, że koty chrapią…
Opuściłam stopy na podłogę i chciałam wstać, gdy schwycił mnie bolesny skurcz mięśni. Upadłam ponownie na tapczan. W tym momencie cichutko, na palcach, wszedł do dziecinnego pokoju mój mąż, już ubrany do wyjścia.
– Mam jakiś skurcz. Chyba od spania na tej piekielnej kanapie – szepnęłam.
– Weź aspirynę. Zaraz ci przejdzie – odszepnął i ucałował mnie na pożegnanie.
Wzięłam aspirynę, ale nie przeszło. Jonyk spał nad podziw długo, a gdy się obudził i poruszyłam go, żeby zmienić pampersa – rozpłakał się żałośnie. Nie wymachiwał, jak zwykle, rączkami i nóżkami, lecz był ospały i nieruchawy.
„Całkiem jakby go ktoś w dyby zakuł” – przebiegło mi głupio przez myśl.
Uciążliwy ból w mięśniach i kościach zaatakował mnie z jeszcze większą siłą. Przyjrzałam się podejrzliwie apatycznemu Jonykowi i nagle ujrzałam na jego szyjce dziwne zadrapania. Czyżby Kotyk…?
– NIE – powiedział Kotyk, nawet nie racząc otworzyć ślepi.
„Idiotyzm. Mam słuchowe omamy. Koty nie mówią” – pomyślałam odruchowo, ale jeszcze raz przyjrzałam się zadrapaniom. To rzeczywiście nie były zadrapania pazurami. Szyja Jonyka wyglądała raczej na otartą.
– Tak jakby trzymał głowę w dybach – powiedziałam głośno i zachichotałam głupawo. Pomyślałam sobie, że jeszcze trochę i naprawdę będę się kwalifikować do psychiatry. Jedno było pewne: za nic w świecie nie powiem Adamowi, że w ogóle coś mi się śniło. Od razu doszedłby do wniosku, że koszmarne sny są wynikiem mojej nadmiernej troski o Dziecko. A w ogóle, zdaniem mego męża, ludziom powinny śnić się jakieś normalne rzeczy…
– Na przykład co? – zastanowiłam się. – Na przykład tramwaj, którego nie mogę dogonić, bo mam nogi jak z waty?
– Wisząca u sufitu kiełbasa, której nie mogę dosięgnąć – powiedział Kotyk.
– Butelka z sokiem za siatką łóżeczka, gdy umieram z pragnienia – dorzuciło Dziecko.
– Właśnie. Bardzo dobre przykłady bardzo normalnych, koszmarnych snów – podsumowałam.
…i stanęłam jak wryta z pampersem w ręce. ONI ZNOWU MÓWILI! Nie, oni nie mówili, bo nie mówią ani koty, ani dwumiesięczne niemowlaki. To tylko ja mam zbyt bujną wyobraźnię, zawsze taką miałam – i nie należy się tym przejmować. Muszę po prostu udawać, że nie słyszę, ponieważ faktycznie nie słyszę. „W tym pokoju nie mówi nikt poza mną” – pomyślałam i natychmiast się uspokoiłam. „Wariatką to ja nie jestem i nie dam się w to wrobić! O, nie!”
Nakarmiłam Jonyka, siebie, a na końcu Kotyka. Ich wywiozłam w wózku do ogrodu, gdyż była piękna pogoda, a Kotyk też miał dziwnie sztywne łapy, więc słońce powinno dobrze mu zrobić.
„Może on ma o wiele więcej lat, niż sądzimy i po prostu cierpi na starczy reumatyzm?” – pomyślałam, ale znowu, jakoś tak mimochodem, stanęły mi przed oczami dyby. Zachichotałam i powiedziałam półgłosem:
– Pójdę do psychoanalityka zapytać, co oznaczają dyby. Freud pewnie od razu by znalazł jakieś nieprzyzwoite wytłumaczenie. Mój mąż jest internistą i chirurgiem, więc nie będzie się znać na dybach we śnie…
Zaraz potem zatelefonowała jedna z sąsiadek, prosząc o przepis na placek z jabłkami, więc dyby i inne głupstwa wyleciały mi z głowy. Swoją drogą, nie mam pojęcia, jak ktoś może mnie prosić o przepisy na wypieki domowej roboty! Każde ciasto wychodzi mi jako zakalec! Podyktowałam jakiś zaimprowizowany przepis, uśmierzając wątpliwości sąsiadki, czy na pewno należy dodać równocześnie i drożdży, i proszku do pieczenia. Kategorycznie podtrzymałam tę wersję, więc ustąpiła. „Ciasto wyrośnie jej pod sufit” – pomyślałam z zadowoleniem.
– Możesz mi powiedzieć, jak działają dyby? – spytałam męża w czasie obiadu, na który wpadł w przerwie między jedną a drugą operacją. Biedny Adam, nie tylko zastępuje w szpitalu chorego od dwóch miesięcy kolegę, ale równocześnie wypełnia kadrowe luki, wynikłe z sezonu urlopowego.
– Dyby… Hm… – zamyślił się Adam, tylko nieco zdziwiony moim pytaniem. – Dyby to było drewniane średniowieczne narzędzie tortur i kar. Stosowane na publicznych placach, dla pouczenia potencjalnych grzeszników, że nie warto wchodzić na drogę łamania prawa. Studiujesz historię?
– Eee, nie… A czy zakuwali w dyby niemowlęta? – spytałam znowu.
– Zadajesz dziwaczne pytania… – westchnął. – Zakuwanie niemowląt w dyby byłoby bez sensu. One mają bardzo elastyczny układ kostny i natychmiast by się wyswobodziły.
– To dobrze – zaśmiałam się i podałam mężowi deser z kawą. Jonyk leżał sobie na kocyku przed kominkiem, a obok niego tkwił nieruchomo Kotyk. Miał zamknięte ślepia, ale chyba nas słuchał lub coś mu się śniło, gdyż strzygł uszami.
– Teraz utnę sobie półgodzinną drzemkę i wracam do szpitala. Niestety, wrócę dopiero jutro w południe. Kolejny chirurg wyjechał na urlop i muszę przejąć jego obowiązki. Dasz sobie radę sama? – spytał mąż.
– Jasne – odparłam. – Trochę poczytam, a jeśli Jonyk łaskawie pozwoli, to wieczorem obejrzę w telewizji jakiś głupi film i pójdę wcześniej spać. Nie wiem dlaczego, lecz czuję się cała zesztywniała i zmęczona.
– Wszyscy troje jesteście dziś nieruchawi – powiedział Adam, marszcząc brwi i wodząc wzrokiem ode mnie ku Dziecku i Kotykowi. – Ty możesz mieć pociążowe odwapnienie kości, więc zapiszę ci minerały w tabletkach. Jonykowi i Kotykowi daj po ćwiartce aspiryny. Mam nadzieję, że to nie jest początek jakiejś paskudnej wiosennej grypy. Kotyk śpi z naszym synkiem, więc też może ją złapać. Istnieją choroby odzwierzęce i na odwrót: zwierzęta mogą zarażać się od ludzi. Nawet głupią grypą.
Pomyślałam sobie, że nasz najlepszy domowy lekarz pewnie ma rację. Ten sztywny, obolały kark i ciążące nieznośnie nogi i ręce – to wszystko jest spowodowane odwapnieniem. Muszę pić więcej mleka, jeść biały ser i w ogóle bardziej o siebie dbać. A dziwne otarcia na szyi Jonyka? Powinnam sprawdzić, czy przypadkiem z jego poduszki nie wychodzą twarde gęsie pióra. W sklepie czasem kłamią, że Poduszka jest z puchu, a sprzedają ordynarne pierze.
– Wysmaruj Jonyka oliwką – powiedział Kotyk, leżąc spokojnie przed kominkiem i nie otwierając pyszczka, choćby do ziewnięcia.
– Dobry pomysł. Oliwka złagodzi pieczenie wywołane otarciem szyi – stwierdziłam, biorąc słowa Kota za własne myśli. Rozebrałam zatem synka i starannie, grubą warstwą, roztarłam na jego skórze tłustą oliwkę. Jego ciałko świeciło teraz i było bardzo śliskie.