Выбрать главу

OD MEZOZOIKU IDZIE PRZEZ CIĄG WIRUS ZWIERCIADLANY

WIECZÓR 14 LUTY 54 NA KILIMANDŻARO CAYALERR

15. Chmury nad rajem

– Kto to jest Cavalerr? – spytałem Kreny'ego podczas kolacji.

Nad długim, zastawionym srebrem i porcelaną stołem unosił się szum przyciszonych rozmów, szybkich szeptów, krótkich wybuchów śmiechu; prócz graczy zasiadały przy nim tylko cztery atrapy i mogłem być pewien, że żadna z nich nie usłyszy pytania.

– Cavalerr? – zdziwił się Kreny. – To killer na usługach Yerltvachovicića. Gdzie o nim usłyszałeś? A może go sobie przypomniałeś?

– Wątpię, czy kiedykolwiek coś sobie przypomnę – pokręciłem głową, unosząc kieliszek. – Amnezja totalna. Kreny wydął policzek.

– Nigdy nic nie wiadomo, nie bądź takim pesymistą.

– Ja już się po prostu przyzwyczaiłem do tej sytuacji. – Zastanawiały mnie własne słowa. – Prawdę mówiąc, nie byłbym bynajmniej zadowolony z powracania pamięci. Wolę być tym, kim jestem teraz, chociaż właściwie jestem nikim; boję się odkryć zbyt wiele.

Kreny popatrzył na mnie dziwnie.

Kreny miał postać jasnowłosego dziewiętnastolatka, prawdziwego południowoamerykańskiego Apollina; jego miejsce startowe znajdowało się właśnie w tej Luizjanie. Naprawdę jednak był profesorem historii po sześćdziesiątce, po dwóch zawałach i trzech zerwanych kontraktach małżeńskich niskich stopni. Wchodząc do Irrehaare, wybrał spośród dostępnych zestaw współczynników o najwyższym szczęściu, w efekcie prawie wszystkie pozostałe współczynniki cech zewnętrznych miał bliskie zeru. Był jedynym graczem znanym Santanie (prócz Samuraja), który po awarii Allaha nie umarł jeszcze ani razu.

– A wirus zwierciadlany? – zagadnąłem go ponownie po deserze.

– Słuchaj… – zaczął, zmarszczywszy powoli brwi (bardziej ten grymas pasował do profesora niż nastolatka). Pokazałem mu kartkę; zamilkł.

– W piwnicy, koło Bram, parę godzin temu – wyjaśniłem.

Kreny strzelił palcami na lokaja. Przekazał mu szeptem jakieś polecenie; Murzyn podszedł do Santany, pochylił się nad nim i chwilę coś tłumaczył – Santana wydawał się zirytowany, popatrując na Kreny'ego nad stołem z kwaśną miną. W końcu skinął głową. Przeprosił, wstał. Kreny wstał również. Podniosłem się i ja.

Przeszliśmy do biblioteki. Santana zapalił cygaro -plantator pełną gębą.

Za otwartymi oknami, w chłodnym wieczornym powietrzu, niosła się głośna muzyka cykad. W oddali rżał koń, ktoś kogoś wołał.

– Co jest, Kreny? Musisz w środku kolacji?

– Czas – mruknął Kreny i podał Santanie kartkę. Santana odczytał wiadomość, zerknął na mnie pytająco; skinąłem głową.

– Jak dawno nie zaglądałeś do piwnicy? – spytał go Kreny.

– Cholera, ładnych parę dni.

– Szczęście, że Adrian tam zeszedł. Trzeba będzie skoczyć na Kilimandżaro i sprawdzić datę.

– Mam kalendarz tego ciągu do czterech skoków, zaraz ci powiem. – Santana odłożył cygaro, odszukał na półce biblioteczki cienką, twardo oprawioną książkę, wetkniętą między astrolabium a klepsydrę, i przekartkował ją. – Czternasty lutego to był tam wczoraj rano, teraz powinien być już… – zerknął na zegar – dwudziesty siódmy.

Kreny rozsiadł się w fotelu.

– Zwierciadlane są powolne – rzucił.

– Nie tak wolne jak ten świat. Trzeba się zbierać.

– Może wystarczyłoby dać znać Nazgulowi? W końcu przecież i do niego dojdzie.

– Nazgul będzie wyczekiwał. Zresztą w Astro wykres magii jest płaski jak decha, może im się wcale nie rzucić.

A chociażby. – Czarny odłożył książkę. – Nazgul wyczeka, żeby nam przypadkiem nie zrobić przysługi.

– Będę wam przerywał, dopóki mi nie wytłumaczycie, co się właściwie dzieje – warknąłem; ignorowanie mnie weszło im w krew.

– Czego nie rozumiesz? – westchnął Santana i zaczął mówić nie poczekawszy na odpowiedź.

Wirus zwierciadlany to wirus odbijający się na kolejne światy przez płaszczyzny Bram, zwykle w pionowym układzie ciągu. Jest mniejszy i powolniejszy od nieograniczonych praktycznie wirusów miejscowych, których przedstawiciela miałem okazję ujrzeć nad Stonehenge. Z uwagi jednak na swą zdolność rozmnażania i przekraczania granic światów oraz symulacyjną atrapową inteligencję, a przede wszystkim na niemalże ludzką zajadłość w polowaniu na graczy, stanowi on najgroźniejszą odmianę wirusa. Przybiera zwykle humanoidalną postać – potężny jest potęgą magii i w światach realistycznych znowu nie tak trudno go zniszczyć. Po każdym kolejnym odrodzeniu jest jednak coraz ostrożniejszy: teraz już w ogóle omija podobne światy. Luizjany zaś prawie na pewno nie ominie.

– Może ominie – mruknął bez przekonania Kreny.

– Aż takiego szczęścia to ty nie masz.

– To co? Emigrujemy?

Santana spochmurniał. Niby sam to zaproponował, lecz najwyraźniej przeprowadzka była mu nie w smak.

– Sam mi mówiłeś, żebym się nie przywiązywał do przedmiotów – wytknąłem mu. Spojrzał na mnie wrogo.

– Od mezozoiku jest ze trzydzieści skoków w ciągu. Jak nie więcej – rzekł z wytrenowanym opanowaniem. -Mimo wszystko mamy jeszcze czas. Możemy spróbować.

Kreny popukał się w głowę.

– I kto z tobą pójdzie?

– Llameth.

– Taa, Llameth pójdzie, Llameth to sadomasochista. Kto wy, Cienie, jesteście? Myślisz, że we dwójkę dacie radę? – Kreny z politowaniem odwinął górną wargę.

– W odpowiednio realistycznym świecie.

– Realistyczne światy to on dawno przestał odwiedzać.

– Tchórz jesteś.

– Wiem o tym.

Santana odwrócił wzrok, poprawił mankiety.

– Ty chcesz go zniszczyć? – spytałem go, zdumiony. -Chcesz zniszczyć ten wirus, zanim tutaj dotrze, tak? Tak? Czarny twardo milcząc, potwierdził me przypuszczenie. Machnąwszy ręką Kreny wstał i wyszedł. Milczeliśmy nadal.

– Powiem Ausburgowi, to cię odprowadzi w jakiś bezpieczny świat poza ciągiem – rzekł wreszcie Santana, częstując mnie cygarem. – I niech ci się nic podobnego nie marzy.

Odgryzłem końcówkę, zapaliłem i oczywiście automatycznie sprzeciwiłem się Czarnemu.

– Pójdę z wami.

– Zgłupiałeś – sarknął.

– Podaj mi dwa logiczne argumenty przeciwko temu pomysłowi.

– A odpieprz się z tymi swoimi argumentami! To po prostu idiotyzm i dobrze o tym wiesz. Nie dość, że miałbym na głowie tego cholernego wirusa, to jeszcze musiałbym bez przerwy pilnować ciebie, który sam nie wiesz, czego nie pamiętasz, dopóki to po tobie nie przecwałuje. -Santana, rozkojarzony, ze ślepym gniewem odkopał zawinięty róg dywanu. – W twoim przypadku Nazgul miał rację, ty rzeczywiście jesteś chodzącą bombą zegarową! Nie będę niepotrzebnie zwiększał ryzyka. – Pochwycił moje spojrzenie. – Tak, wiem: i mówię jak Nazgul!

– Santana. Mnie nie można zabić.

To go zgasiło. Zwalił się w fotel, zagapił w noc; artystycznie wydmuchiwał dym – zaciągając się, od czasu do czasu zerkał na mnie taksująco.

– A dlaczego ci tak na tym zależy, co?

– Powiedzmy, że mam dość robienia za niepełnosprawnego nieszczęśnika, który potrzebuje niańki, żeby przejść Parę Bram.

– Bo potrzebujesz.

– Chciałbym przestać potrzebować.

– A skąd wiesz…

– Nie wiem.

Uśmiechnął się, zmrużył oczy. Dźgnął w mym kierunku cygarem.

– Ty się zmieniasz, Adrian. Teraz nie udałoby mi się tak spokojnie poodcinać ci palców. Prawda? Teraz nie jesteś już taki nijaki. Zmieniasz się. Może nie pamięć, ale coś odzyskujesz na pewno.

16. Raj opuszczony

Llameth się zgodził, oczywiście. Pozostali znani mi gracze goszczący u Santany na wieść o zbliżającym się wirusie zwierciadlanym czym prędzej udali się do piwnicy; żaden nie wrócił. Wyjątek stanowił Maastrachni.