Zwały burzowych chmur, odegnane czarem Santany, majaczyły daleko na horyzoncie. Wiatr ustał. Zrobiło się cieplej – słońce grzało z letnim natężeniem. Siedziałem na środku roziskrzonego szaleńczo kobierca i próbowałem zebrać myśli.
Teoretycznie potrafiłbym wrócić do Luizjany, nawet do Astro. Tylko po co? Santana zdąży tam przede mną: zastanę już odpowiedni komitet powitalny. Nie ulegało również wątpliwości, że i tutaj wkrótce pojawią się łowcy. Ciąg został uwolniony od wirusa, z chwilą zniszczenia jednego z nich zgasły wszystkie odbicia i teraz każdy może sobie swobodnie polować na Adriana-Samuraja, atrakcję sezonu. Nazgul zapewne wyda taki rozkaz! Także jeśli nie uwierzy Santanie – bo błąd w przypadku pomyłki zbyt drogo by go kosztował: taka gratka, Samuraj uwięziony na ich terytorium, sam jeden. Owe trzy wolne, lecz kontrolowane przejścia na ciągi graniczne, od teraz będą kontrolowane tak dokładnie, że już w ogóle nikt się przez nie nie przedostanie – wszak Samuraj to mistrz iluzji! No jasna cholera. Co temu Santanie do łba strzeliło? Cóż ja mam teraz począć? Nieśmiertelny, ładna mi pociecha; nieśmiertelny, ale nie nietykalny. Zewnętrze? Nawet wiem o nim mało.
Zdążyłem podjąć dwie decyzje – natychmiastowego oddalenia się od heksagonu i odprawienia modłów dla uzyskania od Allaha wizji-rady – gdy z Bramy za moimi plecami wynurzył się jakiś człowiek, wyczułem to przez zawirowanie powietrza.
Błysnęła mi – i zaraz zgasła – kwaśna myśl o Llamecie; lecz chociaż istotnie odradzał się on w tym ciągu, w wysokim świecie pełnym obozów koncentracyjnych, co wiedziałem od Klary – to i tak w żaden sposób nie zdołałby wrócić tak szybko. Więc kto? Santana?
Odskoczyłem w bok, obróciłem się; ręka na głowicy miecza.
Ale to nie był Czarny ani Llameth, ani żaden znany mi gracz.
– To tutaj, co? – mruknął, zbierając z ziemi garść kryształowych ziaren. Nie spuszczał ze mnie oczu.
Symulacyjna mapa genetyczna jego postaci musiała być istnym amalgamatem genotypów osobników wszystkich możliwych ras świata, fenotyp siłą rzeczy nie odpowiadał żadnej. Wysoki, szczupły, zielonooki, jasnowłosy, sucho umięśniony. Zbyt płynnie się poruszał. Odziany był w dziwną kombinację obcisłego stroju myśliwskiego i lekkich, orientalnych szat. Jego długi, wąski miecz zdradzał pewne podobieństwo do mieczy samurajskich. Niewątpliwie miał wysokie współczynniki, skoro zdołał utrzymać, mimo przejść, taką powierzchowność.
Arystokrata.
– Widziałeś tych, co go załatwili?
– Kim jesteś?
Otrzepał dłonie i spojrzał mi w oczy.
– Cavalerr.
Musiał czekać na śmierć wirusa gdzieś w tym ciągu, inaczej nie zjawiłby się tak szybko. Jakie rozkazy dostał od Yerltvachovicića?
Yerltvachovicić!
– To ja jestem tym pozbawionym pamięci nieśmiertelnym od Santany – powiedziałem. Wyliczyłem, iż do Cavalerra Czarny najprawdopodobniej nie zdążył dotrzeć ze swymi paranoicznymi podejrzeniami. Zresztą i tak nie miałem wyboru. – Mógłbyś może zaprowadzić mnie do Yerltvachovicića? Bardzo mi na tym zależy.
Dziwnie to zabrzmiało.
Uśmiechnął się drwiąco.
– A Santana?
– Co: Santana?
– Wyrzucił cię? Zaczął nagle podzielać zdanie Nazgula, hę?
Skłamałbym, tylko że pojęcia nie miałem, jakie kłamstwo go uspokoi; kłamstwo posiada tę przewagę nad prawdą, iż potrafi zadowolić obydwie strony, podczas gdy prawda najczęściej nie zadowala żadnej – lecz by skutecznie łgać, należy znać te oczekiwania stron, a ja po prawdzie nie znałem nawet własnych.
– Twierdzi, jakobym był Samurajem – powiedziałem. -Ze niby od początku mamię go iluzją; bo to ja zniszczyłem ten wirus.
– Jak?
– Sam nie wiem. No, zaprowadzisz mnie? Chcesz? Oddam ci broń.
– Ty szukasz azylu. – Ten uśmiech; dłoń na rękojeści, stopa w przedzie. To pali.
– Tak.
– Niczego ci nie mogę zagwarantować, nawet tego, że Yerltvachovicić w ogóle cię przyjmie, nawet tego, że cię wypuści.
– Zdaję sobie z tego sprawę – pochyliłem głowę.
Strzelił palcami i całe szkło wirusa, niby stado kryształowych dżdżownic, w okamgnieniu wkopało się w glebę i tak spulchnioną niedawnym wrzeniem. W ciszy.
– Na wszelki wypadek – wyjaśnił Cavalerr. – Nie chcemy przecież niezdrowego zaciekawienia miejscowych okolicą heksagonów. Prawda?
14. Między pionami
Więc poprowadził mnie: weszliśmy w Bramę; szalała za nią burza.
Dalej, w tym ciągu – w bok i w górę. Na wysokości dwudziestego pierwszego wieku przedostaliśmy się na drugą półkulę, do Brazylii, korzystając z błyskawicznego lotniczego połączenia; mieścił się tam heksagon ciągu Black Two. Właśnie z uwagi na możliwość szybkiego przemieszczania się na duże odległości, dokonywano zwykle podobnych przeskoków w światach wysokich. Na tym samym poziomie drzewa przeszliśmy przez trzy kolejne ciągi i wzdłuż osi Mystic Zero zaczęliśmy schodzić w dół.
W czterdziestym drugim skoku minęliśmy granicę pięcioświatowego dominium Yerltvachovicića.
15. Adrian Yerltvachovicić
Oto znów nadchodził deszcz. Piętrzyły się chmury nad chmurami na szaroniebieskim niebie. Z okna mej celi widać północny brzeg rzeki i mgielny zarys odległych gór, z których spłynęły burzowe fronty. Nie było ono zakratowane ani na tyle wąskie, bym nie mógł się przezeń przecisnąć, jednak kilkudziesięciometrowa przepaść skutecznie zastępowała wszelkie zabezpieczenia.
Luksusowa – ale cela. Jej drzwi nie posiadały nawet klamki. Lecz nie posiadały również judasza. Czasami się zastanawiałem, czy owo potężne złocone lustro wiszące na zachodniej ścianie, którego nie sposób poruszyć, nie jest przypadkiem lustrem jednostronnym, a w istocie z drugiej strony oknem. Lecz ten świat znajdował się chyba na zbyt niskim poziomie. Wprawdzie nie mogłem go jakoś dokładniej umiejscowić w drzewie, ale wnioskując po tym, co wiedziałem o Yerltvachoviciću, układałem go sobie w drugim, trzecim wieku.
A niewiele wiedziałem; w ogóle nie zdążyłem się z nim spotkać. Cavalerr od razu zaprowadził mnie do tej wieży. Nie zdziwiło mnie to, nie zaniepokoiło: nawet broni mi nie odebrał. W podobnych sytuacjach miecz nie na wiele się przydaje, co najwyżej można sobie nim flaki wypruć, lecz Cavalerr miał pewność, że będąc nieśmiertelnym i w ten sposób mu nie ucieknę. Mógłbym się też rzucić z okna, roztrzaskałbym się jednak na bruku na miazgę i mało by mi przyszło z tego, iż jako miazga pozostaję przytomny. Te chmury. Wolałbym nie mieć okna. Wiatr pachnący rzecznym mułem.
Przehandluje mnie Yerltvachovicić Nazgulowi albo Samurajowi. Będą mi podrzynać gardło. Obcinać palce.
Siedziałem tyłem do drzwi – ostrzegł mnie dopiero przeciągły pisk zawiasów, który znałem dobrze z wizyt strażników przynoszących jedzenie. Wstałem. Znajdował się już w środku, zatrzaskiwał drzwi za sobą. Obrócił się, uśmiechnął, wygładził szatę. Zobaczyłem bliznę na jego dłoni, jak monetę.
Yerltvachovicić był bodaj jedynym graczem używającym w Irrehaare swego prawdziwego nazwiska, a nie nazwiska postaci, albowiem postacią, którą kierował, był Jezus Chrystus. Zaraz po awarii wyrżnął wszystkich innych Chrystusów i tak oto pozostał jedynym Synem Boga. A niezła musiała być to rzeź; z uwagi na duże zapotrzebowanie Irrehaare wykreowało tyle tego typu wizji, że samych chrześcijańskich pionów mitycznych powstało kilkanaście. Wykończył więc co najmniej z tuzin Mesjaszy. Zdawałem sobie sprawę, iż ktoś, czyim największym pragnieniem jest umrzeć w męczarniach na krzyżu, przeżyć swą śmierć (może to stąd Allah miał jej algorytm!) i powstanie z grobu – nie może być zdrów na umyśle. Jednak Yerltvachovicić był oryginałem wśród oryginałów – krążyły plotki, że jego współczynniki przewyższały nawet współczynniki Nazgula.