– Upił się pan? Van der Kroege spojrzał spode łba na podpierającego ścianę Muchobójcę.
– Jednym piwem?
– Ja tu nie w sprawie drzew. Peter westchnął, przeciągnął się.
– Cóż, przepraszam. Co chce pan wiedzieć? Całość danych ma pan w komputerze; terminal w gabinecie -wskazał ręką – katalog GHOSTS. Jeśli coś bardziej… – Tym razem przerwał mu pisk telefonu. Dyrektor wyjął aparat z kieszonki hawajskiej koszuli; z wyglądu był on nie do odróżnienia od karty kredytowej, tylko nadruk inny, kolorowe logo Q amp;A mianowicie. Przyłożył go do ucha. – Tak?… Kto jeszcze?… Nie, niech leci, najwyżej go szlag trafi, zrobimy mu ładny pogrzeb… No?… To świetnie. -Schował telefon. – Więc tak, panie Mrozowicz. Duchy. Pan pono się zna. Zobaczymy. Do dzisiaj mamy jednego trupa, dwóch rannych i dwóch obłąkanych.
– Wiadomo mi o dwóch zmarłych.
– Ten drugi nie z ich powodu.
– Rozumiem. Są widoczne dla osób postronnych?
– Co znaczy postronnych? – van der Kroege uśmiechnął się kwaśno. – Daj pan spokój, mamy je na wideo.
– Występowanie?
– Endemiczne. W komputerze znajdziesz pan mapę.
– Można je ominąć? Więc o co ten szum?
– Ba, one siedzą w najciekawszych miejscach.
– Stopień materializacji?
– To zależy. Czasami tylko rzucają się na umysł; czasami nawet nie musisz ich widzieć, i tak zwiewasz, gdzie pieprz rośnie. Ale czasami dają przedstawienie z takimi efektami, że niech się Hollywood schowa.
– Skąd w ogóle wiadomo, że duchy? Może jakaś specyficzna forma tutejszego życia.
– Nie ma tu takich form życia. Jeśli już, to jest to forma tutejszej śmierci. Zobaczy pan, to nie będzie się głupio pytał. Zresztą sprzęt ich nie łapie, przenikają.
– Kamera złapała.
– Jeden jedyny raz. W innych przypadkach ludzie widzieli, a maszyny nie. Ten dureń, co nie żyje – on próbował zeskanować je laserem. Zero; ani pyłku.
– I co mu się stało?
– A, sam siebie zeskanował. Ktoś najwyraźniej majstrował przy potencjometrze; ktoś lub coś. Przykra sprawa. Ręka tu, noga tam. Potem wydałem kategoryczny zakaz, bo ludzie zaczęli przebąkiwać o klatkach grawitacyjnych.
– Były jakieś próby, powiedzmy, mniej naukowego podejścia?
Van der Kroege zachichotał, zezując do wnętrza pustej butelki.
– Co tylko pan chcesz. Ja tu mam ponad osiemdziesiąt osób dwudziestu z górą narodowości; ktoś nawet sprowadził z Ziemi czarnego kota i ugotował go o nowiu Hendriksa. – Peter odstawił butelkę, spoważniał; spojrzał na Muchobójcę, który trwał w nienaturalnym bezruchu, spowity w płaszcz i cień, i własną posępność, niczym w czarny kokon. – Pan się może dziwić, ale to są młodzi ludzie. Tak naprawdę niczego się nie boją; tak naprawdę, chociaż wierzą w duchy, nie wierzą we własną śmierć. Jajca se z tego wszystkiego robią, ot co. Średnia wieku: dwadzieścia pięć. Tak jak kiedyś się szło w informatykę czy bioinżynierię, tak teraz się idzie w ksenologię. Przecież przed dwunastu laty w ogóle nie było takiej nauki. To domena młodych, bardzo młodych. Potrzeba czegoś więcej niż jednego trupa i paru poturbowanych, żeby nimi wstrząsnąć. Życie toczy się dalej, a to jest największa przygoda, jaką dane im było przeżyć. Niech pan nie będzie zaskoczony, jak uderzą do pana w podryw, jest tu parę ostrych babek; Potem będą się chwalić, że zaliczyły egzorcystę. – Van der Kroege spojrzał na zegarek.
– Jaki tu macie czas? – zainteresował się Muchobójca.
– Ziemskiej Bramy, strefowy Perth; inaczej nie byłoby Wiadomo, czego się trzymać. Jest pierwsza pięćdziesiąt dwa po południu. – Wstał. – Muszę już iść. Jakby co, proszę mnie łapać pod jedynką; telefon ma pan w szufladzie Pod terminalem. Po północy jestem w domu.
– Której północy?
– Zegarowej. Jutro, jak się pan zapozna z sytuacją, powie mi, co myśli o całej sprawie.
Peter wyciągnął doń rękę, lecz Muchobójca zignorował gest. Dyrektor wzruszył ramionami, zabrał kapelusz i wyszedł.
Trzy dni później, czterysta metrów ponad Smokiem, zagadnęła go o Muchobójcę Siena d'Ascent.
– Czy on przypadkiem nie jest pedał? – zapytała, poruszając delikatnie drążkiem sterowniczym, na co samolot reagował jednak ostrymi zrywami.
Van der Kroege'a to ubawiło.
– Słyszałeś? – spytał niewidocznego Chico, zajętego gdzieś w tyle samolotu nieustającą walką z aparaturą, jaką wypchany był ów pękaty, krótkoskrzydły aeroplan. W rzeczy samej, Chico nie miałby prawa niczego słyszeć, jako że zamknięta kabina pilotów była dźwiękoszczelna, jednakże cała trójka wyposażona była w bezprzewodowy system łączności wewnętrznej, i tąże drogą Haitańczyk odpowiedział Peterowi, parskając w słuchawkach z udawaną irytacją:
– Sfrustrowana nimfomanka.
Siena wzruszyła ramionami, poprawiła czarne okulary.
– Czy ja się obrażam? Od razu nimfomanka. Myślałby kto, przymuszam do jakichś bezeceństw, deprawuję nieletnich. Ktoś nie gustuje, może odmówić. Chociaż nie przypominam sobie, żebyś się wówczas powoływał na jakieś osobiste skrupuły, Chico. A i ty, Peter, dyrektorze kochany, wciąż masz na mnie ochotę, może nie? Przecież to widać, to się wyczuwa; w każdym razie ja to wyczuwam-Ale ten cholerny Muchobójca jest jak z włókna szklanego.
– Trafiła kosa na kamień – skwitował Chico. – Wróć na ósemkę, to już granica, schodzi mi z Cyklopa.
D'Ascent wydęła wargi i położyła samolot w ostry skręt.
– A może po prostu masz o sobie zbyt wysokie mniemanie – rzekł van der Kroege, sięgając po okulary zewnętrznego podglądu. – Może nie jest z ciebie aż taka nieodparcie pociągająca seksualna bestia, że każdy mężczyzna, który ci automatycznie nie ulega, musi być co najmniej pedałem albo eunuchem.
Wyprostowała lot, zdjęła czarne szkła i spojrzała na Petera tymi swoimi anielsko błękitnymi oczyma.
– Ależ, mój drogi, ze mnie jest seksualna bestia; czyżbyś nie wiedział?
Chico zaczął nucić jakąś niecenzuralną szantę. Van der Kroege, pokręciwszy głową, założył okulary, odcinając się tym samym od hipnotycznego spojrzenia Sieny.
– Jeśli uderzasz młotkiem w kolano i noga nie reaguje, to co sobie pomyślisz? – spytała van der Kroege'a, zapatrzywszy się przez boczne okna na skąpanego w promieniach Joplin Smoka.
– Znaczy się – zachichotał Chico – ty jesteś ten młotek? W kolano, co, w kolano?
– Och, zamknij się.
Van der Kroege, szybując bezcielesnym spojrzeniem ponad żółtym Smokiem, smakował prawdę słów d'Ascent. Nie zdając sobie z tego sprawy, powiedziała ona rzecz bardzo ważną, sformułowała wniosek, do którego powoli dochodził sam Peter: Muchobójcy po prostu brak ludzkich odruchów. I nie szło tutaj o odruchy ludzkie, czyli moralnie pozytywne, to znaczy okazywanie litości, umiejętność współczucia i tym podobne, które uprawniają do określenia danej osoby mianem „ludzkiego człowieka"; ani o odruchy ludzkie, czyli słabości i wady. Szło o to, że w stosunku do Muchobójcy ciężko było w ogóle zastosować podobną kategoryzację, ponieważ jego intencje i zamiary pozostawały nieznane i nikt nie był pewien, co tak naprawdę chciał Muchobójca zamanifestować poprzez dane słowo czy dany czyn. Zapewne w przypadku kogokolwiek innego odebranoby podobną nachalną tajemniczość jako głupie kabotyństwo – on wszelako, z tymi swoimi dwustu dwunastoma centymetrami wzrostu, twarzą jak maska pośmiertna i posępnym wejrzeniem, miał w sobie tyle z kabotyna, co Siena z zakonnicy.