– Jakby nie było: egzorcysta – mruknął van der Kroege. – Szalonymi rzeczami się zajmuje. Trudno oczekiwać, żeby sam był normalny.
Smok rozciągał się pod nimi setkami kilometrów kwadratowych obcego życia. Była to puszcza. Nazwę wzięła od wyglądu konturów swych granic na mapie: smok z rozłożonymi skrzydłami. Rejestrowane zeń promieniowanie dowodziło dokonujących się tam na dużą skalę „niespontanicznych" przemian jądrowych – płytko pod powierzchnią Smoka buzowały naturalne reaktory jądrowe. Van der Kroege i Chico latali nad puszczą, próbując za pomocą Cyklopa dokładnie określić ich położenie, wielkość i „moc".
– Jeśli chcesz wiedzieć, to ja w ogóle tego nie pojmuję – rzekła d'Ascent. – Wiele rzeczy jestem w stanie zrozumieć, ale te duchy, no i ten Muchobójca – to już po prostu przegięcie. W co my się bawimy, w jakiś gotycki romans? To Morrison, obcy księżyc obcej planety obcego słońca. Jakie duchy, na litość boską? Wszyscy tu chyba poszaleli, a już Claymore najgorzej.
– Jakbym słyszał Rosanne – mruknął Peter.
– Więc słuchaj jej uważnie, bo widać mądra kobieta.
– Nie wiem czemu, ale wydawało mi się, że to właśnie kobietom przyjdzie łatwiej zaakceptować sytuację; że łatwiej godzą sprzeczności.
– Otóż to: sprzeczności.
– Nie łap mnie za słowa. Nie o to mi szło. Ja cię przecież znam, Siena; tak naprawdę tobie chodzi nie o same duchy, ale o tło. Jakby to w jakimś szkockim zamczysku straszyło, to byłabyś pierwsza do filmowania ektoplazmy i szczucia medium; ale że rzecz się dzieje na obcej planecie, to wpadasz w całkowicie inną mitologię, a w niej nie ma miejsca dla nocnych zjaw i Muchobójców. A ja z kolei takiego właśnie rozumowania nie jestem w stanie pojąć. Porobiły ci się w umyśle jakieś sztuczne blokady. Skoro na Ziemi uznajesz za prawdopodobne istnienie całego świata zjawisk nadprzyrodzonych, tej niedostrzegalnej w zwyczajnym życiu sfery ducha, to doprawdy nie wiem, dlaczego tak ci się odmienia po przejściu przez Bramę. Są egzorcyści; są szamani; są jogini; są jasnowidze; są media; są nawiedzeni. To jest sfera człowieka. Ale przecież nie jeden człowiek w kosmosie. I Oni – czy według ciebie ci Obcy nie mogą, nie mogli mieć swoich wiar, swoich przesądów, mniej lub bardziej prawdziwych? Niby dlaczego mielibyśmy być wyjątkiem? Co? No i sama się teraz zastanów – czemu się dziwisz Muchobójcy? Są tacy, co się interesują voodoo albo kolekcjonują pomniejszone czerepy zwłok Łowców Głów z Nowej Gwinei – a on akurat specjalizuje się w magii Obcych. No, dalej; podaj, do cholery, jakąś sprzeczność.
– No, no, nie unoś się, mój drogi, złość urodzie szkodzi.
Mimowolnie roześmiał się.
– A idźże, idźże! Poklepała go po ramieniu.
– Gdzie można się zapisać do fanklubu Muchobójcy?
– Znalazłem bardzo dobrą polanę, z gleby ledwo kilobekerel – rzekł van der Kroege, definitywnie zmieniając tym samym temat. Rzucił obraz na szybę i zdjął okulary.
– Schodzimy, Chico? – spytała Siena.
– Zjadłbym coś – przyznał Haitańczyk i d'Ascent rozpoczęła manewr lądowania.
Elipsoidalna polana na dłuższej osi miała jakieś pięćdziesiąt metrów; Siena zeszła gładko ponad nią, obróciła silniki i siadła pionowo w samym środku. Grunt był tu lekko pofałdowany, łagodne pagórki porastały bladosine nibykwiaty. Wyszli, rozprostowali kończyny. D'Ascent zaczęła obchodzić maszynę, z przyzwyczajenia wyglądając jakichś uszkodzeń. Chico wyciągnął z luku zestaw piknikowy i autokuchenkę załadowaną obiadem.
Van der Kroege ustawił sobie krzesełko w cieniu skrzydła, rozsiadł się wygodnie, wyciągnął nogi, nasadził na nos zwierciadlane okulary, pomacał po kieszeniach za telefonem, wyjął go i włączył.
– I co? – mruknęła Siena, pojawiwszy się z drugiej strony maszyny.
– Ściana – westchnął Peter. – No nie rozumiem tego; teoretycznie sygnał powinien się jednak przebić. Musimy wreszcie ściągnąć tu z Ziemi parę rakiet i postawić na stacjonarnej satelity.
– Przelicz sobie wpierw, czy ci ich Hendrix nie skręci- poradziła, zdejmując kamizelkę. – Jeśli w ogóle się to da obliczyć, bo to jest równanie kilkudziesięciu mas, a tu idzie o stacjonarną twardą i bardzo wysoką.
– Najwyżej domontujemy im korekcyjne, na czas naszego pobytu z pewnością starczy paliwa.
– Jaka jest morrisonowa pierwsza kosmiczna?
– Naleśniki czy frytki z kurczakiem? – wtrącił się półnagi Chico manipulujący przy autokuchence.
– Dawaj kurczaka.
– Mnie też – zadysponowała Siena, przestawiając swoje krzesło, by również zmieścić się w całości w cieniu skrzydła.
– Mhm… coś ponad dwa kilometry na sekundę – rzekł Peter, uderzając się w zamyśleniu telefonem w podbródek.
– Iii, to ja bym ci te satelity wyniosła w F-32, na małym boosterku ze stratosfery, żadnych rakiet nie potrzebujesz.
– F-32! Na głowę upadłaś! Wiesz, ile to kosztuje? Ekonomia, kochana, ekonomia; najpierw sobie przelicz, zanim się odezwiesz. Co z tego, że rakiety prymityw, skoro prymityw opłacalny? Najprościej byłoby przecież wypluwać te sputniki bezpośrednio przez podniesioną o kilkaset kilometrów Bramę; ale też najdrożej. Co jest, Chico? Tylko mi nie mów, że żeś spalił tego kurczaka.
– Jezus Maria – szepnął Haitańczyk, po czym przeżegnał się zamaszyście.
Van der Kroege oraz wachlująca się dziennikiem maszyny Siena obejrzeli się na miejsce, w które zagapił się Chico; Chicho gapił się mianowicie na odległy o dwadzieścia kilka metrów brzeg lasu. Wychodziły zeń duchy.
Poderwali się na nogi.
– No ładnie – sapnął van der Kroege. – No pięknie. Gdzie kamera?
Nikt mu nie odpowiedział.
– Chico! – warknął Peter. – Skocz po kamerę! -Chico wycofał się rakiem do wnętrza samolotu.
D'Ascent schyliła się do kamizelki, wyjęła z niej okulary przeciwsłoneczne i nałożyła na nos; okulary pilotów dysponowały między innymi opcją powiększania obrazu.
– I? – spytał van der Kroege.
– Suną na nas – odparła Siena.
– Ile? Trzy?
– Trzy.
– Gęstnieją.
– Fakt.
Pojawił się z powrotem Chico.
– Masz – rzucił Peterowi kamerę.
Peter przyłożył urządzenie do oka, włączył. Obraz skoczył mu na źrenicę. Duchy płynęły ku nim stopę ponad ziemią. Zaczął nagrywać. Tak jak w poprzednich przypadkach, były to mgliste, częściowo przezroczyste zjawy istot o wzroście większym od ludzkiego, sprawiających wrażenie bardzo masywnych, lecz o trudnych do rozróżnienia poszczególnych częściach ciała, jako że w całości kryło je coś przypominające bluszcz przeplatany grubymi wiciami i przesłaniany mętnymi błonami; tułów? głowa? kończyny? – najwyraźniej brak. Najpewniej należały do jakiejś podklasy euglenoidów, barwą tego bluszczu – siarkową żółcią – przypominały bowiem morrisonowa roślinność, musiał jednak van der Kroege pamiętać, że to nie życie, to śmierć, i owe skojarzenia nie posiadają żadnej wartości, stanowiąc jeno proste przyrównania nieznanego do nieznanego.
– Sprinterzy to oni nie są, ale zostało już tylko piętnaście metrów, Peter.
– Do maszyny – zarządził van der Kroege, nie odwracając obiektywu od duchów.
Wykonali natychmiast.
Van der Kroege filmował, póki duchy nie zbliżyły się doń na sześć metrów. Wycofał się wówczas do samolotu, usiadł w drzwiach i przypiął się pasem bezpieczeństwa, Siena podniosła maszynę na wysokość trzech pięter. Peter filmował dalej. Duchy zatrzymały się przy fotelach i stoliku z kuchenką.