– Zeżrą nam te kurczaki.
– A żeby się udławili.
Chwilę tak trwały w bezruchu, po czym rozpłynęły się w powietrzu.
– Wracamy na lunch?
– Zwariowałaś?! Do góry i do osiedla; dosyć na dzisiaj.
Podczas lotu kilkakrotnie obejrzał nagranie, albowiem tym razem duchy „pozwoliły" się sfilmować i miał je na taśmie z takimi szczegółami, jakich nigdy dotąd nie udało się zarejestrować. Gdy tylko wyszli z elektromagnetycznego sztormu Smoka, wystukał numer aparatu Muchobójcy. Nikt nie odpowiadał. Z kolei przedzwonił do Zielonego Jasia, który pełnił obowiązki zastępcy dyrektora.
– Idź i obudź tego naszego egzorcystę; mam kwadrans czystego nagrania ze spotkania z nimi w Smoku.
– Z kim?
– No z upiorkami. Budź Muchobójcę. Będziemy za… godzinę dziesięć.
Zielony Jaś zabełkotał coś niewyraźnie.
– Że co?
– Mówię, że go nie ma – parsknął Jaś. – Zabrał swoje rzeczy i poszedł.
– Gdzie poszedł?
– A bo ja wiem? Gdzieś w teren. Próbował łapać ciebie, ale ty byłeś nad Smokiem; więc zadzwonił do mnie. Powiedział, że idzie załatwić sprawę. No przecież nie mogłem mu zabronić!
– Chociaż przetrzymać do mojego powrotu!
– Jak?
– Mniejsza z tym. Zabrał telefon?
– A dlaczego miałby nie zabierać?
– Nie wiem. Nie odbiera. No chyba nie śpi w marszu. Gdzie jesteś?
– W biurze.
– Weź rower i przejedź się do niego, sprawdź w szufladach… i w ogóle.
– Takie to ważne?
– Jeśli wziął, a nie odbiera, znaczy: nie może. Trzeba by kogoś posłać za jego nadajnikiem, facet może już dawno gnić.
– A w ogóle ma nadajnik?
– Dali mu przed Bramą, w szklance coli, pewnie nawet nie zauważył, że połknął. Sprawdź w pliku Claymore'a, tam są dane szczegółowe, także charakterystyka sygnału.
– Jeśli on faktycznie poszedł tropić duchy, na nic się ten nadajnik nie zda.
– No tak. Smok.
– Smok. Więc jak? Mam jechać?
– Poślij kogoś. Ech, szlag, Claymore łeb mi urwie.
Telefonu nie było. W każdym razie nie znaleźli go. Wyglądało więc na to, że Muchobójca nie zgłasza się świadomie – albo też połączenie jest zagłuszane przez elektromagnetyczny ryk Smoka – albo po prostu Muchobójca nie odbiera, bo nie może. Brak sygnału osobistego nadajnika przemawiał wszakże za alternatywą drugą – nie wykluczała ona jednak i takiej możliwości, że Muchobójca leży zimnym trupem gdzieś w środku Smoka, gdzie nie odnajdą go nigdy.
Van der Kroege usiłował prześledzić wstecz poczynania Muchobójcy. Było to niezmiernie trudne; Muchobójca najwyraźniej po prostu unikał czyjegokolwiek towarzystwa. Najprawdopodobniej zapoznał się z dotychczas zebranymi informacjami o zjawach, obejrzał nagrania, przeczytał ekspertyzy i raporty. Natomiast już na pewno rozmawiał z Thornem, który po wypadku w Smoku kurował – na miejscu, tu, na Morrisonie, i to wbrew zaleceniom lekarzy – swą złamaną kończynę.
– Co chciał wiedzieć? – spytał go Peter.
– To, co wszyscy. Co właściwie mnie przestraszyło. Zafundował mi seans pieprzonej psychoanalizy. On maluje?
– E?
– Czy maluje. No wiesz. Obrazy. Albo czy fotografuje.
– Bo co?
– Zauważyłeś, jak facet operuje wzrokiem? Z nazwiska wnoszę pochodzenie gdzieś ze Wschodniej Europy; w tym kręgu kulturowym nie jest to naturalne. Tam się patrzy w oczy albo w ogóle odwraca spojrzenie, inaczej biorą człowieka za co najmniej bezczelnego, jeśli nie świadomie impertynenckiego.
– A on?
– A on jak artysta malarz. Całe ciało, bez przerwy. Nie ma tej grawitacji twarzy. Patrzy. Patrzy. Naprawdę nie zauważyłeś?
Potem okazało się, że doktor Flavio widział Muchobójcę odprawiającego morrisonową nocą za swoim bungalowem jakieś rytuały.
– To znaczy, co konkretnie? Flavio podrapał się w pępek.
– To znaczy, nie wiem – mruknął. – Nie przyglądałem się.
– Więc dlaczego od razu „rytuały"? Flavio zirytował się lekko. Poprawił ułożenie ciała na leżaku.
– Facet stoi w ciemności na trawniku goły, jak go Pan Bóg stworzył, uskutecznia jakieś dziwaczne tai chi, mamrocze pod nosem w nieznanym języku i pluje na odległość niczym lama; a wszystko to z kamienną twarzą i mięśniami napiętymi, że wygląda, jakby usiłował przepychać własnymi rękoma w te i we w te tony powietrza.
– I co?
– Co: i co? Miałem czekać, aż mnie przyuważy? To jakiś kopnięty schizol, ot co.
Van der Kroege nic z tego wszystkiego nie rozumiał. Jeszcze raz przejrzał informacje przekazane przez Claymore'a, ale nie natrafił na nic interesującego. Przypomniał sobie swoje drugie spotkanie z Muchobójcą, nazajutrz po jego przybyciu na księżyc. Oczekiwał przynajmniej zarysu planu postępowania, wstępnej oceny – tymczasem Muchobójcą stwierdził tylko, że ma za mało danych, nie posiada jeszcze wyrobionego zdania i musi dopiero „wejść w bliższy kontakt". Bliższy kontakt, Chryste Panie! Chyba w zaświatach, no bo gdzie indziej? Muchobójcą nawet nie starał się robić Peterowi nadziei. – Poradzi pan sobie? – zagadnął go van der Kroege. – Przekonamy się – odparł Muchobójcą. Tym razem był w czymś w rodzaju japońskiego kimona, na plecach, na błękitnym tle, wił mu się czerwonoczarny smok. Rzecz była, oczywista, szyta na miarę. – Jak panu się podoba nasz mały księżyc? – spytał go na odchodnym Peter, usiłując wydusić z Muchobójcy choć pozór uprzejmości. – Widywałem mniej okrutne – odrzekł Muchobójcą i wyszedł. Van der Kroege zastanawiał się potem przez dłuższy czas nad znaczeniem tej odpowiedzi; ostatecznie doszedł do wniosku, że nie miała żadnego i musiało tu zajść jakieś nieporozumienie, zapewne któryś z nich się przesłyszał.
Rosanne dopiero co wróciła z obserwacji dzikich drzew wiadomości; znalazł ją w ogrodzie.
– Za trzy godziny mamy planowy przerzut – rzekł przysiadłszy na schodkach tylnej werandy. – Skoczę na tydzień na Ziemię, Jasiu sobie poradzi, a muszę przycisnąć Claymore'a.
– Załatwił cię na cacy, co?
– Cholera, nie wiem, jak to wygląda od strony prawnej. No pod kim wisiał ten Mrozowicz? On chyba faktycznie był… jest – wariat. – Powachłował się kapeluszem. – A nuż Winstonkowi uwidziała się jakaś nowa intryga…?
– Bez sensu to wszystko. Wzruszył ramionami.
– Miliardowa korporacja, kochanie. My, maluczcy, możemy co najwyżej wróżyć z flaków wyplutych przez nią ofiar. Przywieźć ci coś?
– Podpisaną przez Claymore'a twoją rezygnację – mruknęła, wstrzykując drzewu wiadomości oznaczonemu numerem szesnaście jakiś narkotyk.
– Dwadzieścia osiem nie daj komu cholera tak spadnie chodź chodź chodź – pisnęło drzewo głosem Rosanne.
– Idę, już idę – westchnął Peter wstając.
Najbliższy wolny termin wypadał Claymore'owi dopiero dwa dni później. Zaprosił van der Kroege'a na obiad do nowojorskich „Czterech pór roku".
– Przesłuchałem twój raport – rzekł wąchając podsunięty przez kelnera korek. – Mętny.
– Mętny to mało powiedziane – burknął Peter. – Co ci do łba strzeliło, żeby mi przysyłać tego Muchobójcę? Gość jest psychiczny, wystarczy spojrzeć.
– Sądzisz, że nie wiem?
– Więc?
Claymore odprawił kelnera, po czym szybkim ruchem dłoni pod blatem stolika włączył zagłuszanie podsłuchu.
– Więc: robię, co muszę, a nie co chcę – warknął. – Ja go przecież osobiście musiałem prosić. Myślisz, żem masochista, czy co? Płacą mi za to. Tobie zresztą też płacą, i też niemało; ale, zapewniam cię, różnica w wysokościach naszych uposażeń jest znacznie mniejsza od różnicy ciężarów odpowiedzialności, jakie na nas spoczywają.