– Późno już, muszę iść, Dunlong czeka.
4.
– Pozwolicie panowie, że was sobie przedstawię. Pan Janusz Celiński i pan Lopez Praduiga się znają; to jest major Edwin Crueth z Korpusu.
Nikt nie powiedział: „Miło mi".
Lopezowi nie spodobał się Crueth. Dostrzegał w tym prawie dwumetrowym, zawodowym żołnierzu niepokojącą symetrię siły ciała i woli. Lopez nie lubił takich ludzi. Nie potrafił nimi sterować. To go deprymowało.
Natomiast Celiński najwyraźniej nieźle się bawił. Przemrukując coś pod nosem, uśmiechnięty lekko, przyglądał się bezczelnie Cruethowi. Crueth odpowiadał mu uśmiechem zaskakująco szczerym.
Lopez odchrząknął.
– Nie chciałbym psuć ci zabawy, Johnny, tak jak ty mi zepsułeś urlop, ale…
Dunlong zamachał rękoma.
– To był twój wybór.
– Nie powtarzaj mi tego, bo jeszcze zmienię zdanie.
– Ale też ty nie wypominaj mi rzeczy, których nie zrobiłem.
– Kusicielu. Specjalnie podesłałeś mi Celińskiego.
Przez cały czas lotu do Tenochtitlanu, a potem do Nowego Jorku, Celiński wymigiwał się od odpowiedzi, dlaczego nie zabrał się razem z Ulrichem do przekonywania Lopeza i pozostał w helikopterze, choć Dunlong wydał mu tak wyraźne polecenie; Lopez podejrzewał, iż ze strachu przez Rosalie. Jednocześnie inna myśl przyszła mu do głowy. A jeśli Dunlong wysłał po niego Celińskiego właśnie w nadziei, iż Praduiga pomyśli to, co pomyślał? Jeśli to zmyłka, podstęp? Wszak gdyby nie mimochodem rzucona uwaga Ulricha, nigdy nie zgodziłby się na przerwanie dopiero co rozpoczętego urlopu. Ani Ulrich, ani Celiński słowem się nie zająknęli o nowej Nici. Dyrektor Piątego Departamentu mógł to zaplanować, świadomie zagrać na przysłowiowej podejrzliwości Praduigi; trzecie dno? Może więc i Celiński celowo chciał odsunąć Lopeza od sprawy, w końcu Rosalie nie demon.
Głębokie i powikłane były intrygi Dunlonga.
– To zagranie poniżej pasa – ciągnął Lopez. – Ty wiedziałeś, że tylko jeden wniosek mogę z tego wysnuć. To nie fair.
Dyrektor się śmiał.
– O czym wy mówicie? – zirytował się Celiński.
– Nić – rzucił Lopez w przestrzeń.
– Nić – przyświadczył rozbawiony Dunlong. Celińskiemu szczęka opadła.
– Nie wiedziałeś? – zdziwił się Praduiga.
– Nie wiedział – przyznał Dunlong. – Mógłby ci powiedzieć, zanim byś się zgodził, a tobie diabli wiedzą, co chodzi po głowie.
– Myślałem, że to podstęp podwójny.
– Przeceniasz mnie.
– W życiu mi się to nie zdarzyło.
– Zaraz, zaraz – włączył się Celiński. – Co z tą Nicią? Kiedy ją złapaliśmy?
– Miesiąc temu. Niecały. Lopez uniósł brwi.
– Trochę szybko jak na analizę. Zwrotnicowi sporządzili wykres? Drzewa?
– Po minie Janusza mogłeś się zorientować, że Zwrotnicowych jeszcze tam nie było – oznajmił Dunlong, de facto znów wykręcając się od jednoznacznej odpowiedzi.
– Zwiadowcy? – indagował Lopez.
– Poniekąd.
– To „poniekąd" oznacza coś paskudnego.
– Masz rację.
– Może byś to wszystko opowiedział w jakimś porządku; ciągnę z ciebie jak z jeńca.
Dunlong zapalił cygaro i zaciągnął się głęboko.
Przyjął ich w saloniku przylegającym do głównej sali konferencyjnej. Było to niewielkie, ciemno wytapetowane Pomieszczenie, wyposażone w sześć niskich foteli, o podłodze przykrytej ręcznej roboty dywanem z Ziemi Ziem Za oknem błyszczał w promieniach zachodzącego Słońca niebosiężny główny budynek Ministerstwa Kolonii; za nim, niewidoczne, wznosiły się wysokościowce Departamentów Trzeciego i Czwartego. Pierwszy i Drugi nie istniały, wchłonął je i przejął ich funkcje kierowany przez Johna C. Dunlonga Departament Piąty, w chwili obecnej odpowiedzialny za odnajdywanie nowych Ziem, zwiad, analizę historyczną i podbój – w istocie biurokratyczno – militarne imperium Dunlonga, tego nowożytnego Hoovera, posiadało większe prerogatywy niż niejedno ministerstwo i wciąż się rozrastało. W oddali, prawie na horyzoncie, lśnił toroidalny kompleks budynków United Earths Organization, wzniesiony w miejscu, które niegdyś zajmowała siedziba Organizacji Narodów Zjednoczonych. UEO obradowała akurat na Ziemi Stalina z racji jej „niewątpliwych zasług położonych na polu kontaktów z innymi światami".
– Jak już powiedziałem, złapaliśmy tę Nić miesiąc temu. Najpierw poszedł klasyczny zwiad automatyczny: sekundowe przerzuty maszyn badawczych. Zgodnie z procedurą objęliśmy nimi obszar całego globu. Zestawienie wyników było obiecujące, jak zwykle. Atmosfera cudo, żadnych zanieczyszczeń, mówili autorzy raportu. Na co inni, że jak nie ma zanieczyszczeń, znaczy: nie ma tam ludzi albo nie wyleźli jeszcze z jaskiń. Zdjęcia nieba nie wykazały zmian w układzie gwiazd, co wyklucza odległe czasowo deformacje, nie zauważono też satelitów. I znowuż: jedni twierdzili, że tym lepiej, nie ma satelitów, to i kłopotów będzie mniej; a drudzy, że to skutek niedorozwoju umysłowego mieszkańców. Dokonywaliśmy pikosekundowych dwustrzałów nad nocną półkulą, z Katapult orbitujących, żeby zarejestrować światła domostw, jakichś większych skupisk czy nawet ogniska. Efekt mierny: nie mamy pewności co do ich sztucznego pochodzenia. To był pierwszy etap, dwa tygodnie trwał, dostroiliśmy wówczas wszystkie Katapulty, są teraz równie bezpieczne, jak liniowe.
Dunlong na chwilę przerwał, by artystycznie wydmuchnąć dym.
– Drugi etap to głęboka penetracja. Jak panowie się orientujecie, polega on na wysyłaniu na kilkunastominutowe zwiady samodzielnych decyzyjnie maszyn, których jedynym zadaniem jest jak najwięcej zobaczyć, usłyszeć i wywąchać. Z uwagi na brak satelitów postanowiliśmy wpierw puścić naszego niskoorbitalnego szperacza. Zwinęliśmy go wojskowym, wywiad używa tego malucha do rejestracji ruchów warg rozmówców, z których odtwarzają sobie potem treść rozmowy.
– Skoro to taki cud techniki, to jak znam życie, coś musiało trzasnąć – zauważył Lopez. Dunlong uśmiechnął się krzywo.
– Gdzież te czasy łuku i strzały, a? Nie przerywaj mi z łaski swojej.
– A co, nie mam racji?
– Rację masz. Powinienem cię zatrudnić na pół etatu jako zawodowego pesymistę. Wysłać go wysłaliśmy, ale z powrotem ściągnęliśmy tylko próżnię.