Выбрать главу

Crueth dał znak, by grupa nie zatrzymywała się ani nie zmieniała tempa.

– Nie rejestruję działania żadnych aktywnych systemów celowniczych – kontynuował Ho. – Albo nas nie zauważył, albo ignoruje, albo pozostaje przy systemach biernych.

Obiekt po chwili zniknął za horyzontem.

– Co to było, Crueth? – spytał Lopez.

– Słyszał pan – odmruknął major. – Linia była otwarta.

– Jakim cudem to leciało?

Crueth wzruszył ramionami – postrzegli ten gest jako nagłe wydęcie się jego płaszcza: utrzymywano szyk z dnia wczorajszego i major wyprzedzał Lopeza i Celińskiego o jakieś pięć metrów.

– Antygrawitacja? – rzucił Crueth. – Telekineza? Celiński zaniepokoił się.

– Antygrawitacj a, myśli pan? Cholera… moment. Mam już symulacje. – Przez nie w pełni ludzki mózg mknęły mu ciągi pojęć i obrazów generowanych przez analityczne oprogramowanie wszczepki Zwrotnicowego, a niewyrażalnych poza językową przestrzenią jej sztucznych myśli. – Znajomość antygrawitacji implikuje parę innych rzeczy. Rzucam wam na Indeksy; widzicie: nie jest to wesołe. Proponowałbym zdjąć to holo: osiemdziesiąt siedem procent, że znają i to.

– Zdejmujemy – zgodził się Crueth i wyłączył system mimetyczny.

– A może to w ogóle nie są ludzie? – mruknął Calver. – Co, panie majorze?

– Tylko tego nam brakowało – wymamrotał Lopez. -Nie ludzie, to kto? Mrówki? Jakich rozmiarów było to latające pudło?

– Stodoły.

– Więc raczej nie mrówki – zauważył z przekąsem Celiński.

– Chyba że dwumetrowe – zaśmiał się bezdźwięcznie Calver.

– Upiorny żart – parsknął ubawiony Janusz. Lopez, zdziwiony, zerknął nań; Celiński się uśmiechał, by nie pozwolić wypełznąć na twarz innemu grymasowi.

– Głupoty gadacie – warknął Crueth. – Wykresu ewolucyjnego nie widzieliście? Nie ma odchyłów. Szli. Wspiąwszy się na kolejny pagórek, Crueth zwolnił.

– Uwaga! – „krzyknął" przez gadałkę. – Człowiek. Mężczyzna. Lat piętnaście-osiemnaście. Leży na plecach, ręce pod głową. Prawdopodobnie śpi. Czterdzieści dwa metry, prosto naprzód. Lopez. Ty.

Praduiga zaczął wspinać się na pagórek.

– W co on jest ubrany? – dopytywał się Celiński. Lopez był już na szczycie i sam go poinformował:

– Tunikowate szarobiałe giezło. – Po czym jął się w szybkim tempie przebierać, usiłując upodobnić swój ubiór do ubioru młodzieńca.

– Obstawić to – rozkazał tymczasem major.

Lopez powoli zszedł z pagórka i podszedł do leżącego. Gdy tylko się zatrzymał, chłopak otworzył oczy.

Klasycznym sposobem postępowania w tej sytuacji, polecanym przez wszystkie podręczniki Zwiadowców, było wyczekiwanie z uśmiechem na twarzy, aż tuziemiec odezwie się pierwszy – wówczas można było bez kłopotów przejść na język, którym ten się posługiwał, nie zdradzając się z własną niewiedzą w tym zakresie. Wszyscy Zwiadowcy, agenci, każdy, kogo w fazie zwiadu przerzucano na obcą Ziemię, wcześniej poddawany był procesowi hipnotycznej nauki ponad tysiąca podstawowych języków, dialektów i narzeczy, jakimi mogli się posługiwać jej mieszkańcy. To oczywiście nie załatwiało sprawy, nieraz bowiem, na światach odchylonych dawno temu, stykano się z językami na Ziemi Stalina po prostu nie istniejącymi, oryginalnymi, lub też drastycznie odbiegającymi od stalinowej ich wersji – lecz były to przypadki stosunkowo rzadkie.

Lopez milczał.

Chłopak milczał.

Ukryci poza zasięgiem ich wzroku żołnierze i Celiński wsłuchiwali się w tę ciszę.

– A jak on skoczy mu do gardła? – niepokoił się Janusz.

– To jest ryzyko – przyznał major. Chłopak spytał o coś.

– Klasyczny aramejski – zidentyfikował język Ho. -Pyta, czy Lopez czegoś nie chce – dodał, zupełnie niepotrzebnie zresztą, bo wszyscy w aramejskim byli podobnie biegli.

Praduiga zwilżył językiem wargi. Od ładnych parunastu godzin mówił jedynie za pośrednictwem gadałki, ani słowa tak naprawdę nie wypowiedział – i teraz na moment opanował go irracjonalny strach, iż nie będzie zdolny normalnie przemówić, że gadałka odjęła mu zdolność mowy.

Była to jednak zaledwie chwila.

– Witaj – powiedział.

Młodzieniec wstał i lekko się ukłonił.

– Witaj – odparł. Dało się w jego głosie wyczuć lekkie zdziwienie.

Lopez potrząsnął opuszczoną dłonią dla odpędzenia pomniejszych demonów strachu. Zaczyna się. Zagadka w zagadce w zagadce. To również był narkotyk, nałóg.

Postąpił zgodnie z zaleceniami podręczników, a także zgodnie z własnym doświadczeniem: od razu dał się poznać jako swego rodzaju dziwak, obcy – nie odpowiadając na powitalne, w gruncie rzeczy, jak mniemał, retoryczne pytanie młodzieńca, lecz tak poważnie go witając. Lepiej było od początku zadeklarować się jako cudzoziemiec, niż chcąc uchodzić za swojego, narazić się później na przeróżnego rodzaju podejrzenia. Lepiej nawet za wariata robić -wariatowi wszystko wolno.

Praduiga nie był Zwiadowcą i wyprawa do obcego świata w tak wczesnym etapie jego podboju i dla niego stanowiła nowość, zwykle sporządzał swe ekspertyzy – na ten czy inny temat – kiedy dana Ziemia znajdowała się już pod skrytym bądź jawnym panowaniem jego mocodawcy; był stremowany.

– Widzisz… jestem wędrowcem. Nie bardzo wiem, gdzie się znalazłem. To znaczy… co to za miejsce.

Śmiertelne zdumienie wykrzywiło twarz chłopaka. Lopez zdenerwował się. Nie oceniłby swego zachowania jako aż tak dziwnego.

– Jesteś obcy – stwierdził chłopak w dziwnym niemieckim.

– Jakiś domorosły poliglota – zauważył z przekąsem Celiński.

Niemiecki. O co tu chodzi? Praduidze przemknęło, czy aby jego ubiór nie jest przypadkiem właściwy dla tutejszych Niemców. A może jakaś wycieczka z Niemiec plącze się po okolicy i młodzieniec wziął go za zagubionego jej członka?

Na wszelki wypadek odpowiedział również po niemiecku:

– Tak, jestem obcy.

Chłopak milczał, gapiąc się w bezruchu na Lopeza.

– Mógłbyś mnie poinformować, gdzie się znajduję? -spytał Praduiga, nadal trzymając się niemieckiego.

Twarz chłopaka wykrzywiło przerażenie.

– Ty nie jesteś – rzekł w narzeczu Indian Navaho; czwartego jego słowa Lopez właściwie nie zrozumiał. Było to jedno z owych dziwacznych, wieloznaczeniowych słów, w jakie obfitują stare języki społeczeństw przesiąkniętych magią i mistycyzmem, żyjących w czystej, naturalnej przyjaźni i nienawiści do swych bogów. Nikt, kto nie urodził się Navaho, nie pojmie w pełni tego narzecza. Co więc oznaczało słowo wypowiedziane przez młodzieńca? Pewien rodzaj skończoności, całości; także świętość i przeznaczenie; także wyższość, boskość; także dobro.

Ledwo zamknąwszy usta – chłopak zniknął.

Major z żołnierzami, a za nimi Celiński, wypadli zza pagórka – obserwowali oni to zdarzenie oczyma Lopeza, słuchali za pośrednictwem jego uszu i podobnie zaszokowało ich zniknięcie tubylca.

– Co to było? – zachłysnął się Celiński, rozglądając się wokół, jakby przekonany, iż chłopak wcale nie rozpłynął się w powietrzu, lecz tylko kryje się gdzieś – gdzie?

– Czy ja dobrze zrozumiałem? – pytał major. – Miał ci za złe, że nie jesteś świętym?

Ho z Calverem, przełączywszy się na zamkniętą linię, dyskutowali nad techniką dematerializacji nastolatka – jednocześnie lustrując swymi nieludzkimi ślepiami okolicę.

– Może to od początku był hologram?

– Widziałeś na Indeksie: major miał go na wszystkich systemach.

– Może jakaś nowa generacja hologramów… – rzucił Calver bez specjalnego przekonania.

– Prędzej teleportacja.

– I co jeszcze? Nie było ruchu powietrza. To już prędzej strzał Katapulty o zmiennokształtnym polu przerzutowym.