Lopez siedział na kamieniu i nie odzywał się.
Celiński kręcił z niedowierzaniem głową.
– Naszła mnie taka myśl – mruknął po chwili. – A jeśli oni używają danego języka tak jak my akcentu albo intonacji głosu? To znaczy… każdy język ma własną charakterystykę, jeden jest twardy, drugi subtelny… Może znają – niekoniecznie przez hipnozę – wszystkie języki i używają ich kombinacji dowolnie, w zależności od tego, co i jak chcą przekazać.
– Taa, rozumiem – przytaknął Crueth. – Chociaż przy zastosowaniu takiej interlingwistycznej technologii na skalę ogólnoświatową bardziej prawdopodobnym zdaje mi się wykształcenie jakiegoś amalgamatycznego, wspólnego metajęzyka. Ale nie jestem w tym specjalistą. Nieważne, to sprawa poboczna. Mnie niepokoi jego zniknięcie. Zastanawiam się, czy w tych okolicznościach…
Celiński spojrzał pytająco na Praduigę. Praduiga wzruszył ramionami.
Major machnął ręką, zblokował gadałkę i rozpoczął składanie raportu, który zostanie zapisany w jednym z dwóch naprzemiennie pojawiających się w tym świecie rejestratorów. Gdy skończył, szczeknął: „Amen" i milisekundowy, nasycony informacją impuls pomknął ku odległemu o kilkanaście kilometrów laskowi oraz ukrytemu w nim polu przerzutów.
– Nic – zameldował Calver. – Nikogo tu nie ma. Crueth czekał.
– Idziemy – zdecydował wreszcie Lopez.
Po pół godzinie wyszli na płaską, porośniętą wysoką trawą równinę, z rozrzuconymi tu i ówdzie skupiskami niskopiennych drzew. W oddali majaczyła cienka, ciemna kreska, która mogła być drogą.
– Droga – potwierdził major. – Nie mogę zidentyfikować typu nawierzchni.
– Ktoś tam jest – dodał sierżant Ho. – Stoi na niej. Krzaki go zasłaniają, mam go na podczerwieni. Mężczyzna, średniego wzrostu. Nie porusza się. Co on tam robi?
– Odlewa się w te krzaki – mruknął Celiński, spoglądając w niebo, kryształowo błękitne błękitem ognistego lodu.
Przyspieszyli; sierżanci wysunęli się nieco naprzód. Ho i Calver byli rodowitymi Stalińczykami: choć dyskrecja i słowo Carterczyków stały się wręcz przysłowiowe, to na tak wczesnym etapie inwazji nie korzystano z najemników, podobnie jak i z obcoziemnych ekspertów. Ho i Calver, z racji częstego operowania na obcych Ziemiach w początkowym stadium ich podboju, musieli przejść także pełne przeszkolenie Zwiadowców – w istocie byli Zwiadowcami; na Ziemi Ziem to przecież wyłącznie Korpus zajmował się zwiadem.
Drugi napotkany tubylec okazał się trzydziestokilkuletnim mężczyzną o ogniście rudych włosach, odzianym w szerokie spodnie i przedziwną bufiastą koszulę; po jego odzieniu, podobnie jak po ubiorze chłopca, nie sposób było wnioskować o ich pochodzeniu i użytej do ich wytworzenia technologii, jeśli w ogóle jakiejkolwiek użyto.
Mężczyzna czekał na nich.
– Witajcie – rzekł, kłaniając się lekko Lopezowi, choć towarzysze Stalińczyka byli dla niego niewidoczni i nie miał prawa ich wcześniej dostrzec.
Praduiga wszedł wolno na szosę. Tak w pierwszej chwili o niej pomyślał: szosa. Lecz szosa się pod nim ugięła, zapadł się w nią po kostki – i zrewidował swój pogląd: deptak do spacerów na bosaka.
– Wyjdźcie – rozkazał przez gadałkę.
– To nie jest dobry pomysł – oponował Crueth.
– Nie możecie się dalej kryć. Wyjdźcie. Wyszli. Rudowłosy nie okazał zdziwienia.
– Skąd wiedziałeś, że przyjdziemy? – spytał Lopez, wciąż po aramejsku, ze swobodą sugerującą, iż zna się z rudym od lat – bo i tak zachowywał się rudy. Bardzo nienaturalnie to wyglądało w oczach Praduigi.
– Tak miało się stać – odparł tubylec w tutejszej łacinie.
– Powiedział ci ktoś?
– Nie.
– Otrzymałeś od kogoś wiadomość?
– Tak było mi przeznaczone. – Łacina. – To światło. -Staroegipski. Światło oznaczało tu również coś boskiego.
– Nie rozumiem cię, człowieku – rzucił Lopez po angielsku.
– Bardzo mi przykro. – Starogrecki. Rudy aż skręcił się ze zmartwienia.
Praduiga przyglądał mu się podejrzliwie.
– Jak się nazywasz? – spytał Celiński, również po angielsku.
– Różnie.
– A na przykład? Jak my cię mamy nazywać?
– Ohlen – rzucił mężczyzna z wahaniem.
– Dlaczego używasz tylu języków? – spytał Lopez, akceptując pomysł Celińskiego, by ograniczyć się do angielskiego, skoro dla Ohlena nie ma to znaczenia, a oni w angielskim czują się najpewniej.
– Wy też.
– Skąd je wszystkie znasz? – nie ustępował Praduiga.
– Znam.
– Kto cię ich nauczył?
– Nikt. Mam je – odpowiedział rudy, tym razem w którymś z afrykańskich narzeczy, a Lopezowi już nie chciało się dochodzić, co oznacza stwierdzenie, iż on te języki m a. Przesłuchiwali tego Ohlena niby podejrzanego w sprawie o morderstwo; co dziwniejsze, sam Ohlen zdawał się nie mieć nic przeciwko temu. Realność całej tej sytuacji bladła i bladła. Może będziemy zmuszeni go zabić, przemknęło Lopezowi.
– Gdzie my się właściwie znajdujemy? W jakim państwie?
– Państwie?
– Nie istnieje u was podział na państwa? – spytał Praduiga, całkowicie już rezygnując z udawania cudzoziemca.
– Od ponad dwóch tysięcy lat – odparł Ohlen, ani trochę nie zdziwiony.
– Ale jakiś rząd macie.
– Nie, nie mamy żadnego rządu.
– Cholera – mruknął przez gadałkę lekko zdezorientowany Lopez.
Podstawową rzeczą, jakiej godni tego miana Zwiadowcy powinni się dowiedzieć, były kwestie podziału politycznego danej Ziemi oraz rządów na niej panujących. To winno stanowić dla Zwiadowcy sprawę pierwszoplanową, Zwiadowca bez przerwy musiał myśleć – i działać – mając na uwadze rychłą inwazję.
Procedura podboju Ziemi, na której nie istnieje jedno potężne mocarstwo ani nie ma silnej organizacji ponadpaństwowej, a zatem procedura stosowana w większości
przypadków, choć skomplikowana, była już dość dokładnie opracowana, zresztą głównie metodą prób i błędów. Najpierw doprowadzano do zwycięstwa jednej ideologii (dobrze, jeśli była ona zgodna z ideologią odkrywcy, aczkolwiek nie stanowiło to warunku sine qua non) i do ogólnoświatowego zjednoczenia na jej bazie, pod kontrolą już jedynego mocarstwa: zanikają wówczas granice, powstają struktury bardziej luźne. Konieczna jest unifikacja wartości kulturowych, historycznych, etycznych – to osłabia związek z danym krajem, a więc i z Ziemią w ogóle, osłabia również same te wartości. Potem powoli rozpoczyna się proces dyskredytowania wszelkich organizacji i osób mających wpływ na opinię publiczną, a które mogłyby później stanowić przeszkodę, utrudnienie – proces ten ma być niezauważalny, wskazane jest jego maksymalne rozciągnięcie w czasie. (Na tym etapie wprowadza się kontrolę urodzin, obowiązek rejestracji materiału genetycznego, osobiste identyfikatory itd.) Z kolei dąży się do stworzenia niezależnego od czyjejkolwiek woli, a podatnego na kryzysy systemu ekonomicznego. Kryzys prędzej czy później nadchodzi i dopiero wtedy wkraczają zdobywcy głosząc: „Oto niesiemy wam pomoc, bracia z innego świata!" Mieszkańcy owego świata są już wówczas tak rozmiękczeni, iż nie mają siły ani chęci, by walczyć. A nawet gdyby – i tak nie wiedzieliby o co.
Lopez napisał był swego czasu, poniekąd dla zabawy, coś w rodzaju poradnika dla podbijanych; wciągnięto go zresztą na listę lektur ponadobowiązkowych kandydatów na Zwiadowców. Wyłuszczał w nim, po czym można poznać, iż szykuje się inwazja na twój świat, że twoja rzeczywistość infiltrowana jest przez intruzów z innej gałęzi możliwości. Jeśli mianowicie następują na twej Ziemi nagłe zmiany w konfiguracji układów władzy, załamują się długofalowe socjopolityczne procesy, wbrew logice układa się historia; jeśli następuje wzmocnienie dążeń pacyfistycznych, zjednoczenie w tych dążeniach, rozbrojenie; jeśli rośnie rola instytucji międzynarodowych, ogólnoświatowych; jeśli królować zaczyna, jako uniwersalny, jeden język na Ziemi; jeśli podobnie jeden wzór kulturowy zaczyna dominować; jeśli tworzy się wokół nauki, naukowców sprzyjająca atmosfera więcej niż akceptacji; jeśli się rozsypują, niby od środka, Kościoły, sypią się tak wszystkie religie i autorytety, poprzez doktrynalną i wywalczoną świętość dotąd nienaruszalne – pierwsze to niechybne znaki, iż niewidoczni emisariusze obcego uniwersum, za niewidoczne sznurki pociągając, przygotowują już twój świat do wchłonięcia w swe międzymożliwościowe imperium wybrańców przypadku. (Po prawdzie – nie da się ukryć – także Ziemia Stalina pasowała do takowego schematu. Nie tak dawno po Departamencie krążyła następująca zagadka-dowcip: „Agentem jakiej nad-Ziemi jest Dunlong?" I Dunlong się z niej śmiał. Inna rzecz, że będąc tym agentem, tak właśnie powinien postępować).