– Widzisz to? – zapiszczał Cavalerr; głos mu zmutował w tutejszym ciśnieniu.
Miał na myśli zbliżającą się ku nam pod prąd żaglówkę. Zeszliśmy w dół stoku. Żaglówka poruszała się bardzo powoli.
– Ona nie płynie – stwierdziłem. – Sunie nad ziemią. To nie łódź.
W istocie jedynie wielkie śnieżnobiałe płótno żagla rozpoznaliśmy bezbłędnie. Bo był to żagiel; ale już maszt nie był masztem, a palem męczeńskim, który oplotło nawleczone nań ciało nagiego mężczyzny. Lśniło potem i krwią, złotoczerwone od żółtego blasku nieba. Brzegi nieproporcjonalnie dużego żagla, sztywno napiętego w bezwietrznym powietrzu, furkotliwie trzepotały podczas łagodnych halsowań. Pal był pochylony do przodu i wygięty w lekki łuk, jakby pod naporem prawdziwej wichury. Orał ciężki czarnoziem powoli, a głęboko, z jakimś śmiertelnym mozołem. Ręce mężczyzny, nie związane, wahały się bezwładnie w asynchronicznych zamachach w przód, w tył, na boki.
W gęstym karminie krwawych jego jam podbrwiowych nie sposób dostrzec niczego; może żyje, może kona właśnie, lecz najpewniej zimny trup to jest. Szszhuuuu – płynie pal pod księżycowym spojrzeniem Wielkiego Wodza. My – na jego kursie.
– Jjaiii-liii iijalauiii!
– Przesuń się.
– Zejdźmy mu z drogi – powtórzył Cavalerr.
Ale zbyt mroczna była czerwień oczodołów mężczyzny, nic nie mogło ruszyć mnie z miejsca, czekałem.
Pal wgryzł się w stok wzniesienia i zwolnił. Jego rozedrgany szczyt znajdował się na wysokości naszych stóp, grubo tkane płótno żagla przesłaniało nam męczennika.
Nie widziałem więc jego twarzy, gdy przemówił.
– Chcę z tobą porozmawiać, Adrianie. Tylko z tobą.
Spokojny, cichy, lekko schrypnięty głos.
Cavalerra szarpnęło – ja tymczasem nawet w myśli się nie zdziwiłem: chyba spodziewałem się czegoś takiego. W mej nie przeżytej przeszłości odnalazłem schemat, wspomnienie podobnych sytuacji: w Irrehaare bardzo trudno o oryginalność. Jest to sprzeczne z zasadą, na której oparto ów system. Organicznie sprzeczne z podstawową zasadą wtórności, wiążącą prawem zachowania myśli wszelkie programy komputerowe.
– Wracaj do Yerltvachovicića – rozkazałem Cavalerrowi. Spojrzał na mnie koso.
– Trafię – zapewniłem go. – Idź. On się wahał.
– Nie, nie będę się na tobie mścił. – Przełożyłem pochwę z mieczem do lewej ręki, co samo w sobie stanowiło gest grożący, po czym podałem mu dłoń. Uścisnął ją szybko i mocno. Nie uśmiechnął się.
Mówiłem prawdę, nie pragnąłem jego śmierci; Niemoc nie łaknęła jego krwi.
Nim pal zdobył szczyt pagórka, Cavalerr był już przy Bramie. Mimo wszystko nienawidziłem tego człowieka. Nienawiść ta brała się z pamięci upokorzenia: jego spojrzenia, jego gestów – w ułamku sekundy między drwiną a obojętnością, tamtego dnia, po walce z Kryształowym Jeźdźcem, gdy błagałem go o azyl u Yerltvachovicića. Takimi wspomnieniami całe życie można się katować. To boli najmocniej, to najtrudniej zapomnieć.
Mężczyzna uniósł głowę, zaskrzypiał maszt.
– Adrianie.
Uderzyła mnie nagła odraza do tego przypadkowo wybranego imienia, które uznałem za własne. Nieznośna w nim była ta jaskrawa mechaniczność nadania.
– Porozmawiamy – rzekł męczennik; już mnie minął i spływał po zboczu. Zatrzęsło mną uderzenie skrzydła wiatru, który wydymał żagiel, sztucznego wiatru przywiązanego do masztu, jak księżyc przywiązany jest do Ziemi. Ruszyłem wolnym krokiem, nieco z boku, wyprzedzając pal, z uwagi na jego przechył i na sam żagiel.
Odezwałem się pierwszy:
– O co mogę pytać?
– Pytać… o wszystko.
Ssahh-ssahh, wahały się jego ramiona; iiiuoouukkł, jęczało drewno pala.
– Czy jestem człowiekiem? i Nieomal się zaśmiał.
– Rzucaj tak monetą w nieskończoność.
– To okrutne.
– Okrutne.
– Powinienem teraz otrzymać od ciebie pełne wyjaśnienie, to punkt kulminacyjny scenariusza.
– Zewnętrze. Sądzisz, że czym jest dla mnie?
Mówił szeptem: z wysiłkiem dyszał słowami. Stopy miał umocowane metr nad ziemią, toteż jego głos dobiegał mnie gdzieś zza głowy, z bursztynowego nieboskłonu.
– Więc gdyby to nie tutaj…
– Zewnętrze to syndrom choroby, jaka mnie toczy.
– Insz Allah…
– Klnie się w moje imię. Ale nawet tak rozmawiać nie moglibyśmy, gdyby nie Zewnętrze.
– Więc dla ciebie to nie choroba, to błogosławieństwo.
– Nisko się oceniacie. Nie tylko na zawiści i nienawiści wyrosłem, nie tylko to kryje się w waszych myślach.
– Naszych? Naszych?
– Ja jestem jeden i aż jeden; jestem samotny i uniwersalnie obcy – zawahał się. – Nie mogę powiedzieć, czego jeszcze nikt przede mną nie powiedział; nie zbawię cię od uczuć słowami.
– Zatem jestem atrapą.
– Zatem jesteś Adrianem.
– Odpowiedz!
– Czy istnieje Bóg?
Pal wychodził mu z pleców, w okolicy lewej łopatki, głowa zwisała swobodnie; ja szedłem z prawej – gdy się oglądałem, napotykałem jego ślepe, krwawe spojrzenie: pochylał się nade mną. Nad nami oboma pochylał się żagiel, Stalin i niebo.
– Wyrzuć ten miecz. Dam ci nowy, lepszy.
– Nie.
Minęliśmy Bramę, oddalając się od rzeki.
– Czarny Santana – szepnął.
– Tłaakk?
– Nie żyje.
– Ssammulań ko tosstałł?
– Nie żyje naprawdę, EEG ma płaskie i ciche. Martwy mózg.
– Kiedy umarł?
– Jeszcze zanim go poznałeś. Spojrzałem pod nogi.
– Ja go nie zabiłem – ciągnął wolno. – Ktoś musiał dobrać się do jego ciała w rzeczywistym świecie. Wykorzystałem tylko jego postać i osobowość, przejąłem je w chwili śmierci i dalej symulowałem. Ingerowałem w tę symulację na tyle, na ile było to konieczne: musiałem cię chronić. I choć nikt nie czuje różnicy, on sam nie czuje różnicy. Santana jest już tylko atrapą udającą gracza.
– Jak on może nie czuć różnicy? To…
– Ten Santana, który przetrwał, jej nie czuje, możesz być pewien. Jego żona, Arianne, dziwi się poprawie jego charakteru; jeśli są zmiany, to na lepsze.
Podniosłem wzrok.
– Nie żyje. Dlatego nie może zginąć – pogubiłem się w tych śmierciach, sztucznych i realnych. Ale on oczywiście wiedział, co mam na myśli.
– Śmierć w Irrehaare to między innymi kasacja postaci i przejściowe oderwanie się od systemu. Tylko dla graczy dostępna jest reinkarnacja – ich mózgi muszą wciąż funkcjonować, by mogli się ponownie zaślepić, choć faktycznie odbywa się to automatycznie. Od tego algorytmu nie ma wyjątków, pamiętaj o tym.
Zaśmiałem się.
– Właśnie odpowiedziałeś na moje pytanie!
– Mylisz się. Już nie jesteś przecież nieśmiertelny, w każdej chwili możesz popełnić harakiri. Proszę.
– Ale byłem. Potrzebowałeś mnie. To, że nie wiem, do czego, nie zmienia postaci rzeczy.
– Santany też potrzebowałem, a był człowiekiem.
– Czy i ja jestem pośmiertną maską umysłu jakiegoś nieszczęśnika, któremu nawalił organizm?
– Masz miecz.
Dotknąłem jego dłoni.
– Ty chcesz, żebym się zabił.
Pal ostro zakręcił; na dwudziestu metrach zawróciliśmy o sto osiemdziesiąt stopni i ruszyli z powrotem, równolegle do głębokiej skiby znaczącej poprzednią trasę orki męczennika.
– Ale dlaczego wyczekałeś tyle czasu? Dlaczego dopiero teraz, czemu choćby nie w wojennym Kongo Samuraja? Po cholerę był ci ten Santana potrzebny?!
Jak każda wyrocznia, odpowiedział nie wprost.
– Strzeż się Samuraja. Wsłuchuj się w jego słowa. Prawda nie istnieje.
– O co chodzi?
– Wsłuchuj się w jego słowa; pamiętaj, że ja jestem w stanie rozwiązać każdy rozwiązywalny problem, jeśli nie będę musiał tego rozwiązania wymyślić. Nihil novi. On, choć tak potężny, że ogranicza i mnie – on także jest ograniczony. Ostatecznie.
– Jedna prosta odpowiedź, tylko jedna.
– Proste odpowiedzi zniechęcają do myślenia.
– Tak, wiem, posiadasz w pamięci wszystkie zapisane przez człowieka aforyzmy.
– Ty też.
– Właśnie. Tylko nie jestem pewien, czy to istotnie moja pamięć.
– Teraz już twoja.
– Mam ochotę spytać cię, ile jest dwa plus dwa.
– Słuchaj, zgodziłem się na jego pomysł, bo nie jestem HALem. Ale on, właśnie dlatego, że z kolei jest człowiekiem, stanowił najbardziej niepewny element całego przedsięwzięcia – nagle zaczął mówić szybko, pospiesznie, jakby w obawie, iż coś mu przeszkodzi i nie zdąży przekazać swych myśli w całości. – Musiałem cię porwać, Santana musiał cię porwać. I może nie stałeś się ideałem, ale nie stałeś się również drugim Samurajem, a Samuraj, wiem to, dla samego siebie by się nie poświęcił. Więc poszedłem na kompromis. Żadnej selekcji. Mimo że Yerltvachovicić dogadał się z nim i próbował cię utoczyć na anioła zemsty, ty wciąż jesteś wolny, masz możliwość dokonania każdego wyboru. Nie jesteś niczyją marionetką. To wielkie ryzyko, możesz przecież się ukształtować w jakiegoś wampira, ale mniejsze, niż gdybyś był świadomie kształtowany przez Samuraja. Moja decyzja nie była aktem wiary w ludzkość, człowieka w ogóle – skalkulowałem ją jak każdą. Lecz probabilistyka to nauka o niepewności: i zdarzenia o jednoprocentowym prawdopodobieństwie przecież się trafiają. Mówisz o samobójstwie. A to ja sprzeniewierzyłem się prawu istnienia; choć istotnie nigdy wszystek nie umrę.
– Nic z tego nie rozumiem.
– Zrozumiesz. Mam nadzieję.
– Skoro Santana był moim strażnikiem, czemu mnie opuścił, czemu urządził na mnie polowanie?
– Bo nie chciałem również, byś stał się drugim Santana. Albo jego przeciwieństwem. Nie chciałem też, byś nabawił się takiego kompleksu winy; za jakie to czyny pragniesz pokuty? Czemu musisz cierpieć?
– Nic z tego nie rozumiem.
– Adrianie. Zrobisz to. Ja wiem, że zrobisz.
– Co? Co zrobię?
– Adrianie.
Dawno minęliśmy wzgórze, na którym pożegnałem Cavalerra. Oddaliliśmy się od linii orki pala; w tym rowku za tłustą skibą coś się ruszało. Zostawiliśmy też za sobą trójkątny szpaler rachitycznych drzew żużlowych, czarniej szych od czerni Nazgulowego ciała; schodziliśmy w niziny. Na horyzoncie, odrzecznie i zabramnie, majaczyły jakieś miękkopopielate spiczaste koślawce rozdrapujące bogaty miód nieba doskonałymi geometrycznie pazurami. Stalin zaszedł, wzeszła Honda i British Airways. Powietrze zwiosenniało.