– Czymś pan musiał. Albo pan kłamie o ich wycofaniu się. Albo w ogóle kłamie o wszystkim.
– Nigdy nie kłamię.
– Naprawdę? – zdziwił się van der Kroege, ruszając wolno ku tylnemu wejściu do budynku. – Podziwu godne. Proszę mi zatem powiedzieć: kim pan jest?
Muchobójca zastąpił mu drogę.
– Czego pan chce? – spytał.
– Kim pan jest? – powtórzył van der Kroege. – Tego chcę.
Muchobójca spojrzał nań beznamiętnie z wysokości swych dwóch metrów dwunastu centymetrów.
– Prezes Claymore wynajął mnie, abym zlikwidował problem duchów. Uczyniłem to. Daję panu moje słowo, że więcej ich nie spotkacie, nie będą wam w niczym przeszkadzać. Czego więcej pan ode mnie żąda?
Peter mimowolnie uśmiechnął się.
– Czy da pan również swoje słowo, iż wszystko to, co naopowiadał pan o duchach, jest prawdą?
– Daję je.
– A zatem jedyny targ, który mógł pan z nimi dobić w sprawie ich wycofania się ze Smoka, musiał się opierać na obietnicy zapobieżenia jakimkolwiek dalszym ingerencjom ludzi w rozwój życia na Morrisonie, czyli de facto na obietnicy usunięcia nas z księżyca, nie wyobrażam sobie bowiem, czym można przebić w licytacji prawo do życia dla inteligentnego gatunku. Mam rację? Mam. Więc skłamał pan już co najmniej dwukrotnie: raz im, a raz mnie, twierdząc, iż nigdy nie kłamie. No? – van der Kroege dźgnął Muchobójcę w nagi tors wyprostowanym palcem wskazującym. – Teraz, teraz daj mi pan słowo.
Muchobójca delikatnie odsunął od siebie dyrektora na odległość swych wyciągniętych ramion, samemu jednak nie ruszył się z zajmowanego miejsca.
– Nigdy nie złożyłem fałszywej obietnicy – rzekł. – Nigdy nie podjąłem się niczego wbrew mym prawdziwym zamiarom. Nigdy nie złamałem danego słowa. Nigdy nie obiecywałem, nie podejmowałem się i nie świadczyłem wbrew możliwości. Taki jest mój honor. Taka jest moja… mój kult. Pan pragnie mnie obrazić.
– Kult, co? – van der Kroege oblizał wargi, odstąpił jeszcze o krok; niemal czuł ten dreszcz podniecenia. – A więc jednak. Tak. Widzę to. Ty. Ty – wskazał Muchobójcę zaciśniętą pięścią. – Ty naprawdę zamierzasz dotrzymać danego duchom słowa. Chociaż stoi to w jaskrawej sprzeczności z intencjami Claymore'a; ale przecież za co zapłacił, to wykonałeś. Prawda? Prawda? Magia. Jasna cholera, pieprzone czary. Ty nie jesteś Mrozowicz. – Tu przerwał, by sprawdzić, jakie wrażenie wywarło na Muchobójcy to oświadczenie, nie doczekał się wszakże żadnej widocznej reakcji. – Jak nazywała się ta planeta szejka? Czy to w ogóle była planeta? Co? Pół dnia cię reanimowali. To jest linia zmiany. Wiem to. Wiesz, że wiem. Zaklinam cię na twój honor, na ten twój kult, czymkolwiek by on nie był w rzeczywistości; zaklinam cię, powiedz: kim jesteś?
Muchobójca milczał.
Van der Kroege uśmiechnął się z satysfakcją.
– Nie sądziłeś, że ktokolwiek cię rozszyfruje, co? Otóż myliłeś się! Powiedz: jak wyglądała istota, którą byłeś za życia? Do jakiej rasy należała? Z czego była zbudowana? Węgiel? Krzem? German? Coś innego? Istnieje jeszcze jej gatunek, czy też dopadłeś Mrozowicza na jakiejś planetarnej nekropolii w rodzaju Raju? A może ty znasz Raj; może wiesz… Po co ci Czajnik i te inne artefakty? Potrafisz się nimi posługiwać? Co wiesz o ich twórcach? Co wiesz o Filantropach? Ile czasu minęło od narodzin twego gatunku? Ile od twojej śmierci? Jakie są twoje zamiary? Mów!
– Co mnie zdradziło? – odezwał się cicho po chwili milczenia Muchobójca.
Van der Kroege zachichotał.
– Pewność zyskałem dopiero teraz. Ale co cię zdradziło… Co sprawiło, że zacząłem podejrzewać… Seks cię zdradził, mój drogi. Tak, tak. Seks, poczucie humoru, sztuki piękne – przypuszczam, że to są te dziedziny, które sprawiają ci najwięcej kłopotów, ponieważ nie możesz ich wziąć na rozum, przetłumaczyć sobie na swoją logikę ani zasymulować w natychmiastowych reakcjach. Tu trzeba się w większej części zdać na instynkt, a twój instynkt zwodzi cię na manowce. Więc nic nie robisz. Albo robisz źle. Kto by przypuszczał, co? Przykre. Wystarczy posłać taką Sienę i nic się nie ukryje.
Muchobójca milczał.
– No i co teraz zrobisz? – zatroskał się nieszczerze van der Kroege. – Nie jesteś już w stanie dotrzymać słowa. Nad Bramą, a więc i nad całym Morrisonem, wyłączną kontrolę sprawuję ja, i jeśli tak mi się spodoba, nigdy nie wrócisz na Ziemię. Jeśli spodoba mi się inaczej – wrócisz na Ziemię jako więzień. Oficjalnie zaginiesz gdzieś w kosmosie. Chociażbyś zostawił był u notariuszy najciężej oskarżające kompanię oświadczenia – twoi prawnicy połamią sobie zęby na niekompatybilności pozabramnego prawa; wiem, bo konsultowałem się. Zrozum to: jesteś zdany na moją łaskę i niełaskę. Ale ja nie chcę zrobić ci krzywdy. Chcę jedynie wiedzieć. Poznać sekrety twej rasy, sekrety twego życia i śmierci, tajemnice nieludzkiej magii… Rozumiesz?
Muchobójca stał i patrzył. Zaczęły gęstnieć dookoła niego cienie. Świat na zewnątrz rozemglił się, nawet łuk Hendriksa, nawet gwiazdy. Pochłodniało. Ruch powietrza niemal zamarł.
Światło laserów, docierając do ogrodu, jakby blakło, traciło moc.
– No, no – zaniepokoił się Peter. – Lepiej nie próbuj takich sztuczek. Rosanne wie, gdzie poszedłem… Ciemno, coraz ciemniej.
– Doprawdy, nie posądzałem cię o podobny prymitywizm – parsknął van der Kroege, obserwując kątem oka przepływ między cieniami jakichś obłych, nie do końca zmaterializowanych mas, o rozmiarach i kształtach młodych rekinów.
Muchobójca nadal milczał i nadal trwał w bezruchu -powoli jednak całe to termowizualne przedstawienie zniknęło bez śladu.
– Taak. Już lepiej – mruknął Peter, uśmiechając się Pod nosem. – Ciekawy jestem: zabiłeś go, czy jedynie zniewoliłeś? Może tam jeszcze gdzieś tkwi kawałek Mrozowicza. Bo to przecież jest opętanie, nic innego. Hej, Mrozowicz, słyszysz mnie? Słyszysz mnie? Daj jakiś znak! Jesteś tam jeszcze? Najwyraźniej nie. – Van der Kroege Podrapał się w podbródek, przekrzywił głowę; przyglądał się nieruchomemu mężczyźnie, mrużąc oczy i wydymając lekko wargi. Powoli sięgnął do kieszeni po telefon. – Czas by się już zdecydować, co? Twój wybór. Mówiłem ci: nie chcę twej krzywdy. Zaspokój tylko mą ciekawość. Sarn przyznasz, że to niewiele. Słowa duchom drzew tak czy owak nie jesteś w stanie dotrzymać, Claymore już się rozpędził; ale to nie twoja wina, przysięgałeś w dobrej wierze. No? Decyduj się, zanim wrosnę tu w ziemię. Mhm? Panie Muchobójco…? A właśnie, skąd to miano: Muchobójca? Hę? Nadali ci, czy też…
– Ponieważ zabijam muchy – rzekł Muchobójca i nie wykonawszy najmniejszego ruchu, zabił van der Kroege'a.
W ciszy i półmroku morrisonowej nocy zwłoki zwaliły się bezwładnie na trawnik. Puste oczy, ręce rozrzucone, nogi nienaturalnie zgięte, ślina z ust, krew z uszu.
Muchobójca wrócił do domu. Idąc, przeszeptywał cicho pojedyncze słowa i zdania, poruszał rękoma i głową w pozornie nieskoordynowanych układach, jakby parodiujących jego wieczorne tai chi. Hendrix zachodził, zachodził dzień na Hendriksie – ostały się już tylko cztery cienie odlaserowe. Osiedle żyło swym nie zgranym w czasie z morrisonowym życiem; szczekał pies, w oddali Miles Davis zawodził smętnie na trąbce, pod niebem furkotał schodzący do lądowania helikopter. Muchobójca masował sobie twarz, czyniąc pod osłoną dłoni straszliwe grymasy.
Dojrzała go żona i ssąc kciuk, wyszła mu z domu naprzeciw.
– Rany boskie, byłam już pewna, że cię zabił. – Popchnęła go na ścianę i, szarpnąwszy za koszulę, pocałowała zachłannie. – Do ciężkiej cholery, Peter, coś tu musi się zmienić, moje nerwy długo już nie wytrzymają…!
– Zmieni się – szepnął Muchobójca, mnąc w palcach miękkie włosy kobiety, a drugą dłonią przesuwając w górę po gładkiej skórze jej uda. – Zmieni.
sierpień-grudzień 1996
IV. Ziemia Chrystusa
Wyszedłszy z dżungli na plażę, mężczyzna zatrzymał się. W dżungli panował plamisty półmrok, miejscami cień głębszy od ciemności księżycowych nocy, i oczy blondyna, nagle zaatakowane igłami promieni wysoko stojącego słońca, oślepły; stał i potrząsał głową, póki nie odzyskał wzroku. Wreszcie białe plamy rozpłynęły się; nasunął głębiej na oczy jasny kapelusz, rozejrzał się, zaklął melancholijnie – i ruszył na południe.
Ocean szumiał leniwie, raz głośniej, raz ciszej, w rytm podnoszących się i gasnących fal.
W ciągu dziesięciu minut marszu blondyn minął sześcioro wczasowiczów. Przyglądali mu się zdziwieni: na całych siedemdziesięciu milionach hektarów należących do konsorcjum Paradise ludzi noszących ubrania można było policzyć na palcach jednej ręki – a on miał na sobie czarne spodnie, ciemną koszulę, nawet krawat. Kochająca się w cieniu drzew para ujrzawszy go zaczęła się dziko śmiać; rechotali tak, póki nie stracili tchu. Zignorował ich.
Minąwszy niewielki cypel, skręcił na południowy zachód; wzdłuż głębokiego łuku zatoki zmierzał ku drugiemu, przeciwległemu cyplowi. Przyspieszył, rozciągnął usta w mimowolnym uśmiechu ulgi: rozpoznał rysy twarzy nagiego mężczyzny rozciągniętego leniwie pod nadbrzeżną skarpą.
Gdy blondyn zatrzymał się tuż przy jego głowie, przywleczony przezeń cień padł na twarz śpiącego.
W zasięgu wzroku, prócz nich, nie było nikogo: dżungla, plaża, ocean, niebo, słońce. Fascynujący, odległy i głęboki poszum ścigających się fal; usypiający koncert porażonej zaklęciem niezrozumienia przyrody – nic więcej.
Blondyn na moment odgiął rondo kapelusza i wytarł rękawem zroszone potem czoło. Odetchnął. Po czym kucnął i potrząsnął ramieniem śpiącego.
Obudzony niechętnie uniósł lewą powiekę.
– Czego? – wymamrotał.
– Seńor Praduiga?
– Czego?
– Lopez Praduiga?
– A jeśli tak, to co? Strzeli mi pan w łeb? Kim pan w ogóle jest?
– Przysyła mnie Dunlong, jestem z Ziemi Stalina; pan zapomniał telefonu.
– Odczep się pan, w tyłek miałem sobie go wetknąć? Czy też kisić się tak we własnym pocie? – Lopez obrzucił mężczyznę spojrzeniem pełnym obrzydzenia. – A w ogóle to dałem sobie urlop. Tego panu Dunlong nie powiedział?