– Ja nic nie wiem. Mam tylko pana zawiadomić, że Dunlong prosi pana o jak najszybsze przybycie.
– Wracam za miesiąc. I trzy… cztery dni… Który dzisiaj jest?
– Jak najszybsze, to znaczy natychmiastowe.
– Aha. Do widzenia. Nie zasłaniaj mi pan słońca, ja się opalam.
– Powtarzam…
– Według kontraktu mam prawo do urlopu. Niech Dunlong mi tu…
Blondyn przerwał mu.
– Pan nie rozumie. Pan Dunlong prosi pana o powrót. Gdyby to było proste polecenie, posłużylibyśmy się kimś z obsługi Raju. A ja pana proszę.
Lopez wolno wstał. Był mężczyzną wzrostu doskonale średniego i doskonale średniej tuszy i mógłby uchodzić za przeciętnego, trzydziestokilkuletniego biznesmena, gdyby
nie wspaniała koordynacja ruchów, gracja zawodowego szermierza oraz dziwnie spokojnie spojrzenie, wzrok prawie senny.
Chwilę trawił słowa blondyna.
– Legitymacja – rzucił.
Wysłannik Dunlonga wyjął ją z tylnej kieszeni spodni i niechętnie podał Lopezowi. Była to gruba, niewielka karta ze zdjęciem blonyna, kodami identyfikacyjnymi (DNA, profilu głosu, siatkówki oka), danymi osobowościowymi właściciela (nazywał się Ulrich K. G. Tysler), opatrzona emblematem departamentu wkomponowanym w uniwersalne, zaakceptowane przez UEO logo niepodległej Ziemi z dodatkiem: „Stalin's Earth, K. T. O. G." Na odwrocie znajdowała się płytka kontrolna. Lopez odblokował ją i oddał legitymację Tyslerowi.
Ten, westchnąwszy, przycisnął do płytki kciuk – choć po prawdzie równie dobrze mógłby to być którykolwiek inny palec, dowolny kawałek ciała: dla sprawdzenia genotypu każda komórka jest dobra – płytka pożerała nabłonek, linie papilarne można wszak zmieniać jak kolor oczu, a samego siebie nie podmienisz. Nie włączył się alarm.
– Aleś pan strachliwy.
– Mam nadzieję, że to nie jest fałszywka; nie ma tu nigdzie żadnego terminalu, na którym mógłbym ją sprawdzić.
– Paranoja.
– Dobrze o tym wiem. – Praduiga odwrócił wzrok i zaczął wypatrywać czegoś na oceanie. – A teraz powie mi Pan, czego to właściwie Dunlong ode mnie chce.
Ulrich zdjął kapelusz i zaczął się nim wachlować.
– Nie wiem.
– Nie poinformował pana, cóż to za argument mnie przekona? Zapomniał go pan?
– Nie zapomniałem. Powiedziałem już: on pana prosi.
– Tak, to istotnie niezwykłe… No dobrze, a panu nic nie obiło się o uszy?
– Panie, plotki mam tu powtarzać? Idzie pan czy nie?
– Niby z jakiego powodu?
Ulrich westchnął do nieba.
– Tak myślałem.
– Tak pan myślał? A co, znamy się skądś?
– Nie, nie. Celiński to przewidział. Tu mi kaktus, powiedział, jak on na to pójdzie. Lopez oderwał wzrok od oceanu.
– Celiński?
– Czeka w helikopterze przy Bramie. Mamy zabukowany przerzut na czternastą czterdzieści. – Tysler nagle zaniepokoił się. – Zegar, czas – rzucił.
– Dwunasta pięćdziesiąt dwa – poinformował go zegarek.
– Cholera.
– Celiński. – Lopez pokręcił głową. – Co w tym robi Zwrotnicowy ze Zwiadu? – spytał, bardziej samego siebie. Tyslerowi ręka omdlała i przełożył kapelusz do lewej.
– Dunlong go wysłał, w nadziei, że pana przekona. Kumpel kumpla.
Lopez doznał objawienia.
– Jest Nić?
– Co?
– Złapaliście Nić?
– Mówiłem, nie będę tu powtarzał plotek. Nie chcę wylądować w Piekle.
Lopez uśmiechnął się.
– A za jaką to plotkę można wylądować w Piekle? -pokręcił głową. – Nić złapali. Ulrich jęknął.
– Człowieku, miejże litość! Powiedz, żebym się odwalił i kończmy to. Roztapiam się! Cóż tam widzisz w tej wodzie?!
– Czego nie widzę – zaakcentował Praduiga. – Masz pan szczęście, jakby tu była, prędzej wyprułaby ze mnie flaki… – skrzywił się porozumiewawczo. – Może popłynęła za cypel. Jazda, zmywamy się stąd, zanim wróci.
Ulrich z ulgą wypuścił powietrze z płuc, założył kapelusz i powtórnie się uśmiechnął – uśmiechem męczennika.
– No. To już. Zejście do tuneli jest na północy; mam nadzieję, że nie północny cypel miał pan na myśli.
– Ślepy nie jestem. Pozostawiał pan ślady jak ranny
żółw.
Lopez wyminął Tyslera i ruszył wstecz po tych śladach. Ulrich ponownie jęknął i truchtem podbiegł do niego: Praduiga narzucił straszliwe tempo.
Po minięciu cypla dostrzegli kołyszący się w oddali na falach kuter straży przybrzeżnej Imperium Azteckiego. Korzystając z gwarantowanej przez konsorcjum słonecznej pogody, żołnierze Syna Bogów opalali się na pokładzie, przyglądając się z zaciekawieniem owym tajemniczym nadludziom, za odezwanie się do których, uśmiechnięcie – prawo karze śmiercią.
Praduiga i Tysler dotarli do sztucznej ścieżki, gładkim łukiem wcinającej się w dżunglę, w dziesięć minut; ścieżką, nareszcie osłonięci od straszliwie palącego słońca, doszli do zejścia do stacji sieci podziemnych kolejek Raju, które stanowiły jedyny dostępny na jego terenie środek komunikacji – każdy inny zburzyłby tę niemal czarodziejską wizję bezczasowej krainy szczęścia i spokoju. W końcu dojechali do Bramy, gdzie Lopez złożył był w przechowalni swoje rzeczy; czekał już tam na nich na platformie startowej śmigłowiec.
Kwadrans potem znajdowali się już w powietrzu, w drodze do Tenochtitlanu.
2.
– Panie majorze.
– Taa?
– Linainen.
– Przełącz.
W miniaturowych słuchawkach majora, ukrytych w jego małżowinach usznych, zaszemrał głos porucznika Linainena:
– Wszystko obsadzone. Trzymamy wąwóz i zbocza, nikt niczego nie zauważył.
Nie odrywając wzroku od układu trójwymiarowych Projekcji, przedstawiających pod różnymi kątami i w różny sposób rozpościerającą się niżej zalesioną kotlinkę, major rzucił od niechcenia:
– A jak Carterczycy?
– Jak to oni. W końcu co yantscharzy, to yantscharzy. – Linainen zaśmiał się powtórzywszy stary slogan reklamowy.
– Gdyby coś się zaczęło, natychmiast meldować.
– Tajes.
Major strzelił palcami i sierżant łącznościowiec przerwał połączenie.
Nad kotliną leniwie wstawał szary świt. Major podszedł do skarpy zamykającej od północy półkę skalną, na której mieścił się punkt dowodzenia. Był on zamaskowany jednostronnymi holografikami przedstawiającymi tę samą wiszącą nad przepaścią półkę i nagą ścianę za nią, puste i nie tknięte przez człowieka, lecz przesunięte w przód o sześć metrów, co z odległości pół mili było praktycznie nie do dostrzeżenia – chyba, że ktoś wycelowałby w to miejsce laserowy dalmierz bądź przyjrzał się mu okiem analizatora KTZ, jednakże podobnego sprzętu demajska partyzantka antykomunistyczna nie posiadała. Poza tym maskowanie było doskonałe, pochłaniano nawet ciepło ciał ludzkich ukrytych za holografikami; maszyny na jego miejsce emitowały sztuczne, znikome ciepło skały, oszukując w ten sposób satelity i wprowadzając w błąd ewentualnych dociekliwych obserwatorów wyposażonych w gogle wychwytujące promienie podczerwone. To również był zbytek ostrożności – partyzanci wszak nie mieli dostępu do tak wyrafinowej techniki, nie dysponowali żadnym kosmodromem, z którego mogliby wysłać na orbitę własne sputniki. Zresztą i tak huntery Sojuszu natychmiast by je strąciły.
I właśnie z uwagi na owe huntery, aż nazbyt sprawne zabytki okresu Zimnej Wojny – niech je szlag, klął w myślach major – przerzut Skalpela musiał nastąpić w ostatniej chwili, zgrane musiało być to co do sekundy. Ostatnią rzeczą, jakiej Dunlong i rząd Ziemi Stalina sobie życzyli, było dozbrajanie tych, których zamierzali podbić -jeśliby bowiem Skalpel został trafiony przez jakiś orbitujący myśliwiec, niechybnie do tego właśnie doprowadziłaby analiza jego szczątków przeprowadzona przez naukowców Sojuszu. Czas rozpoczęcia akcji ustalono z góry i atakujący musieli się do niego dostosować, nie wchodziły w grę żadne korekty: Skalpel miał zostać wystrzelony na tutejszą orbitę o szóstej siedemnaście i pięć sekund; trochę późno, lecz ani jedna z trzech stalińskich orbitalnych Katapult nie przechodziła wcześniej nad analogicznym obszarem Ziemi Stalina. Major odczytał czas: 5.57. Jeszcze dwadzieścia minut. Nie lubił akcji o tak napiętym harmonogramie.
Kotlina posiadała kształt zbliżony do elipsy zorientowanej południkowe, o krótszej średnicy bliskiej trzem kilometrom, dłuższej dwa razy większej. Porastał ją gęsty, zbity las, puszcza prawie; teren był tam mocno pofałdowany, poryty pomniejszymi jarami i wąwozami, w których szemrały kręte strumienie spływające do dość sporej rzeczki opuszczającej nieckę wąwozem południowo-wschodnim. Ponadto z kotliny wyjść można było na zachód, przez niską przełęcz, oraz wspinając się po północnym zboczu, które jako jedyne nie było morderczo strome.
Major mruknął hasło i mikroprocesor szkieł kontaktowych pokrywających jego gałki oczne strzyknął rozkazami zbitymi w elektromagnetyczne impulsy: wzrok mężczyzny natychmiast wyostrzył się nieludzko. Major rozpoczął powolną lustrację kotliny; wypatrywał jakichkolwiek oznak nienaturalnego ożywienia w obozie partyzantów.
Jego ubioru maskującego nie przyozdabiały żadne znaki identyfikacyjne ani oznaczenia stopnia, podobnie było z resztą żołnierzy – mogli służyć w armii każdego tutejszego kraju. Bardzo skrupulatnie skontrolowano ich ekwipunek w poszukiwaniu zbędnych przedmiotów, które -w wypadku klęski – mogłyby dać do myślenia partyzantom czy też za dużo powiedzieć jajogłowym Sojuszu. Odrzucono nawet jednego Carterczyka z racji niezwykle skomplikowanych operacji, jakie przeszedł po zranieniu w którejś z wcześniejszych batalii – ślady owych operacji Pozostały w jego ciele i na pewno wprawiłyby w zdumienie przeprowadzających jego sekcję demajskich patologów.
– Majorze Crueth?
– O co chodzi, Fauers?
– Pozostało dziesięć minut do wyjścia Skalpela. Trzeba wysłać potwierdzenie.
– Potwierdzam. Od tej chwili zabraniam używać także laserów komunikacyjnych.
Crueth przeniósł wzrok na zachodni stok. Przełęcz obsadzał oddział porucznika Łęczyńskiego (pięciu technicznych plus pluton Carterczyków pod dowództwem sierżanta Murphy'ego). Mieli tam trzy TZ-16 oraz dwa niskoenergetyczne lasery snajperskie – oprócz, rzecz jasna, podstawowego uzbrojenia yantscharów. Ze wszystkich trzech zajętych przez ludzi Cruetha był to punkt najtrudniejszy do obrony. Przełęcz niska, szeroka, las sięgający grani z obu stron. Zdecydowano się więc na wysadzenie zbocza w powietrze: po prostu spłynie ono, wraz z lasem, w kotlinę – potem każdy wspinający się będzie widoczny jak na dłoni. Z kolei oddział porucznika Linainena (trzy drużyny, czterech technicznych) miał za zadanie zamknięcie partyzantom drogi ucieczki przez grań północną. Stok ów był od dwóch trzecich wysokości pozbawiony roślinności: sucha, kamienista pochyłość. Natomiast Carterczykami obsadzającymi wąwóz południowo-wschodni dowodził sam major. Wąwóz teoretycznie był łatwy do obrony – lecz stanowił główne i najczęściej używane przez partyzantów wejście do kotliny i po ataku Skalpela to właśnie nim będzie się próbowała wydostać z piekła większość z nich. Major nie zamierzał ryzykować: ściągnął z Ziemi Stalina Cerbera-1200 – samobieżną, obdarzoną sztuczną inteligencją śmierć. Owa półtoratonowa bestia zdolna była w pojedynkę zatrzymać szturm kompanii czołgów starej generacji. Ten cud techniki mordu i zniszczenia skonstruowano na Ziemi Hanta; Musslijczycy sprzedali Ziemi Stalina tysiąc jego sztuk jako bonus do tajemnicy wszczepu mózgowego za prawo do eksploatacji przez pół wieku stalinowego Charona. Crueth oceniał, iż sama ta maszyna zdoła spokojnie utrzymać wąwóz, na wszelki wypadek jednak obsadził zbocza czterema drużynami, piąta zaś, w charakterze ostatniego zabezpieczenia, usadowiła się za tezetką u przeciwległego jego wylotu. Major Crueth był człowiekiem systematycznym, dokładnym, pedantem niemalże, potrafił zabić za głupotę i niedopatrzenia wystawiające na niepotrzebne ryzyko życie jego ludzi. Żołnierze, którymi dowodził, wiedzieli o tym (sam postarał się, by wiedzieli) i dawało im to specyficzne poczucie bezpieczeństwa: Crueth zastępował im prawo i bogów – on był sprawiedliwością świata, który sprawiedliwy nie jest, jeśli nie musi.