nie potrafi wypowiedzieć zdania bez opakowania go wiązką insynuacji. Cóż, ostatecznie tak właśnie funkcjonują ich umysły.
Porozumiałem się z biskupem. Irytująca rozmowa zwłaszcza przy takim opóźnieniu. Zdaje się, że biskup Haupert uważa, że się czymś tu zaraziłem. Ciekawe czym, miasto w kraterze sterylne od zarania, sam Róg nie posiada ni śladu atmosfery, nie wspominając o biosferze. Niemniej rozumiem biskupa, sytuacja jest delikatna, ostatnie, czego nam trzeba, to śmierci duchownego na Izmiraidach.
Wyspowiadałem się.
Nie wiem, co robić. Raport jest właściwie skończony; zresztą i tak sukcesywnie przesyłałem materiały na Lizonne. Ale Gazma – z Gazmą powinienem porozmawiać niezależnie od wywiadu do raportu.
Poszedłem więc do zarządu miasta. Tam znajduje się terminal systemu kontrolnego biosfery. Wiem, że rejestruje się wszystkie otwarcia śluzy i skafandry są identyfikowane. Jeśli liczba recordów Gazmy jest nieparzysta- oznacza to, że znajduje się on wewnątrz, pod kopułą. Była parzysta.
Śluzy są dwie: do Katedry i do lądowiska. To znaczy jest ich więcej, ale tamtych normalnie się nie używa, trzeba specjalnych kodów; pytałem, komputer mi powiedział. Więc: Katedra lub lądowisko. Założyłbym się, że Katedra. Sprawdziłem ostatni record. Lądowisko. Cóż, on też ma prawo próbować odlecieć.
Pospieszyłem pod tę śluzę. Na wszelki wypadek byłem w skafandrze. Usiadłem tam w ogródku opuszczonej willi
– jakieś dziesięć metrów od wrót śluzy – i czekałem. Mijali mnie w gruisach i D-muckach wyjeżdżający. Niektórzy tylko wymieniali między sobą spojrzenia, niektórzy machali mi na pożegnanie. Wszyscy wiedzą, oczywiście.
Pojawił się po godzinie. Zdjął hełm i zobaczył mnie. Myślałem, że będzie uciekał, ale on spokojnie wszedł do ogródka, usiadł na trawie. Patrzył teraz zupełnie inaczej: nie bał się. No tak, on też wiedział.
– Jak stąd odlecieć? – spytałem.
Wyszczerzył się głupkowato.
– Nie można.
– Dlaczego?
– Izmir nas przyjął.
Musiałem mieć nieprzyjemny wyraz twarzy, bo obronnym gestem wzruszył ramionami.
– Mówią, że podobne rzeczy przydarzają się ludziom w Jerozolimie, w okolicy Grobu Pańskiego. Jeśli ktoś zbliżył się tak i doświadczył… rozumie ksiądz… potem nie jest w stanie odejść na większą odległość, opuścić miasta. Grób go przyciąga jak magnes żelazo, można wykreślić linie potencjału. Ludzie wariują od tego, umierają albo zostają pustelnikami, albo wstępują do zakonu, albo się zabijają.
Chciałem go zapytać, jaką karierę przewiduje wobec tego dla siebie.
Powstrzymałem jednak szyderstwo.
– A pan – czego pan doświadczył?
– Ona żyje, wie ksiądz o tym. Prawda?
– Co?
– Katedra.
– Taak. Domyśla się pan przyczyny tego… uwięzienia?
– Dotknął nas. Przyjął. W każdym razie mnie. Należymy do niego, do Katedry.
– Ma pan na myśli Izmira?
– A kogo? Czy nie modlił się ksiądz przy jego grobie? Nie całował rąk?
– Pan się modlił i on wyprosił pana uzdrowienie.
– Tak. Tak. Tak.
– Co z tego, skoro i tak nie może pan stąd odlecieć? Dłużej by pan żył, gdyby pozostał na Lizonne. O ile wiem, schizofrenia nie jest śmiertelna.
Gazma poderwał się jak oparzony.
– I ksiądz to mówi?! Ksiądz?! – krztusił się nade mną.
Zanim opadł na ziemię, uspokoił się nieco.
– A jednak próbuje pan odlecieć – zauważyłem.
– Co?
– Nie po to chodził pan do ładowników?
– Odwiedzałem „Sagittariusa" – odwarknął spode łba (znowu stary Gazma) i odszedł.
Jeszcze przez jakiś czas widziałem go wyskakującego łukami ponad dachy budynków niższych kręgów, z taką wściekłą energią maszerował.
Odwiedzał „Sagittariusa". Cóż. Możliwe. Chociaż co niby miałby robić w tym pustym i zimnym, zdehermetyzowanym wraku holownika? Ale do Gazmy wszystko podobne.
Ja także raz tam poszedłem. W ramach pracy nad raportem. W końcu to też jest miejsce kultu, na tyle popularne, że pociągnięto doń od portu linię asekuracyjną. „Sagittarius", nie przystosowany do lądowania na powierzchni planet, nawet do takich przyziemień prawie zero-grawitacyjnych, siadł był na Rogu z konieczności krzywo, na burcie, miażdżąc część anten i wysięgników oraz jedną z dysz (siadając na rufie, zmiażdżyłby wszystkie). Śluza awaryjna znajduje się na wysokości ośmiu metrów nad poziomem gruntu, posadzono tam żywokrystną drabinkę, osiatkowaną z góry. Oboje drzwi śluzy jest otwartych. Fosforyzujące strzałki wskazują w ciasnych korytarzach drogę do kabiny Izmira. Sama kabina zarośnięta jest przezroczystym żywokrystem, dla zakonserwowania zabytku i uniemożliwienia kradzieży oraz celowych fałszerstw. Od drabiny przez równinę czarnej skały ciągnie się tak zwana Droga Predu. Co pięćdziesiąt metrów stoją wzdłuż niej żelazne krzyże. Droga prowadzi aż do samej Katedry. W czasach największego boomu kosmicznych pielgrzymek pątnicy tuzinami przemierzali ją na kolanach, niektórzy nawet czołgali się, powtarzając w ten sposób ostatnią wędrówkę Izmira. Głośno protestowali przeciwko propozycjom pociągnięcia tamtędy linii asekuracyjnej. Święty Izmir szedł bez asekuracji! Mhm, na pewno nie szedł na kolanach. Kilkoro się zabiło. Ich kamieniste mogiły znaczą Drogę Predu naprzemiennie z żelaznymi krucyfiksami.
Bardzo dobrze potrafię sobie wyobrazić Gazmę, codziennie w samotności odbywającego tę pokutę, pełznącego po chropowatej skale pod zimną kopułą kosmosu, od krzyża do grobu, od wraku do Katedry i z powrotem, z imieniem Izmira na ustach, biały skafander na czarnej planetoidzie, przykryty ciemnością, nikt nie słyszy chrapliwych modlitw, gdy radio wyłączone.
Jutro Bedusadus spróbuje wywieźć mnie w komie (właśnie zadzwonił). Chyba pójdę odprawić mszę, poproszę Mirtona, żeby koncelebrował. On też odlatuje tym czarterem. Madeleine właśnie wschodzi znad krawędzi krateru, wielka jak pięść i coraz większa, bardzo piękna.
•
Nie udało się.
Zostałem. Bedusadus odleciał, Mirton odleciał (większość ludzi już odleciała). I tak z mojego powodu znacznie opóźnili odlot „Winstona". Musieli mnie odstawić ze statku z powrotem na Róg. Nawet EEG miałem tam płaskie.
Nie żyłem.
Boże, daj mi siłę nadziei. Boję się. Jestem przerażony.
Że organizm tak alergicznie reaguje na oddalenie od Izmiraid – to jedno. Ale jakimże sposobem ich bliskość wraca mi życie, skórom już według wszelkich kryteriów -medycznych i nie medycznych – był martwy??
Aż nie chcę myśleć.
Z ładownika dzwonił Telesfer (odlatuje dzisiaj, wraz z resztą personelu CFG). Jego pytania podsunęły mi odpowiedzi, których wolałbym nie rozważać. Pytał bowiem, czy wszedłem kiedykolwiek w bezpośredni kontakt z Watą. Co, do cholery, ma znaczyć ten „bezpośredni kontakt"? W końcu mowa o formacji skalnej! Setki metrów pod powierzchnią gruntu! I zaraz zacząłem się zastanawiać, o co mogło mu chodzić. Że wówczas w laboratoriach CFG nie powiedział mi o Wacie wszystkiego, wiedziałem od początku. Zdradził tylko tyle, ile chciał. Zarzucał haczyk, sprawdzał wody. CFG robiła przecież setki odwiertów, na pewno wydobyli kilogramy Czarnej Waty. Inne kompanie również nie próżnowały. Jakie eksperymenty z nią przeprowadzali? Czego się domyślali? Telesfer najprawdopodobniej sądził, że poszedłem do konkurencji. I ta konkurencja… Co Wata może mieć wspólnego z uwięzieniem mnie i Gazmy na Izmiraidach?
Dzwonili również z Lizonne, z kurii i z Akademii. Właściwie przez cały dzień co chwila jakiś przekaz z planety. Wyobrażam sobie, o jaki ból głowy przyprawiła ich moja historia. Wieczorem biskup zwołuje w mojej sprawie radę. Pojutrze zamyka się okno dla najszybszego z okrążających Izmiraidy statków. Nie bardzo sobie wyobrażam, co właściwie mogliby oni tam uradzić. Ale-ale. Nadzieję trzeba mieć.
Wkrótce odlatuje również Honzl. Zdaje się, że jestem ostatnim jego klientem. Przekazał mi kod-klucz do wszystkich swoich nieruchomości na Rogu. Chciał coś powiedzieć na pożegnanie, ale zrezygnował i czmychnął. Musiałem mieć doprawdy osobliwy wyraz twarzy.
Mirton pozostawił swoją kwaterę w stanie takiego samego bałaganu, w jakim był w niej mieszkał. Wszedłem i coś z hukiem spadło na podłogę. Są też różnice: nagie ściany. Widać zabrał ze sobą zdjęcia Katedry. Włączyłem rzutniki, ale skasowano im pamięć. Zacząłem grzebać w rzeczach Mirtona – to dobry sposób na zabicie czasu, rozproszenie myśli: ogarnięcie tego chaosu z pewnością zajmie więcej niż dwa dni.
Na szafie znalazłem karton z kilkudziesięcioma rulonami folii, na których wytrawiono powiększenia czarno-białych zdjęć Katedry. Rozwinąłem je po kolei. Mirton bazgrał coś na nich, zamaszystym pismem czynił jakieś uwagi, strzałki wskazywały na objęte koślawymi okręgami fragmenty obrazu; wszystko to grubym czerwonym flamastrem. Przykleiłem kilka do ściany, żeby się dokładniej przyjrzeć. O co tu chodziło? Mirton zakreślał drobne szczegóły architektoniczne: gzyms jednej z wież, nibygargulce portalowe. Obok pisał: 2 MIEŚ. WYDAL.? PERILE-VIUM. I jeszcze: TRANSPORT MASY? A przy innym: 3 MM/H.
Zostawił też kilkanaście książek, nie oprawionych egzemplarzy typu self-printed. Były to głównie podręczniki akademickie technologii nanorodnych: Żywokryst: budowa i funkcje; Chaos spętany, czyli Drogi Życia; Programowanie otwartych systemów negentropicznych – wstęp; Samowykonawczy Język Maszyn Nanorodnych. Podręcznik i temu podobne. Przypomniałem sobie holo, w które pierwszego dnia omal nie wszedłem. Otóż Mirton studiował Katedrę od podstaw: jej architekturę i sposób powstania aż po technologie materiałowe.
O samym żywokryście wiem wystarczająco dużo, by móc przejrzeć te księgi bez uczucia, iż walę głową w mur ezoteryki hi-tech. Co prawda nigdy do końca nie pojąłem teorii jego programowania, umysł jakoś się buntuje i odmawia zrozumienia idei planowania nieprzewidywalnego, obliczania nieobliczalnego. Praktykę jednak znam, kiedyś nawet sam siałem. Była to co prawda tylko mała altanka nad jeziorem u dziadków na Hoolstalonie. Wykonałem wszystko ściśle podług instrukcji: zakreśliłem z grubsza kwadrat (ciągnąc czubkiem buta po ziemi), otworzyłem hermetyczne opakowanie żywokrystu (seria „Altana -Wenecja", o ile pamiętam; oczywiście autoletalna), odmierzyłem porcję ziaren na dłoń – i posiałem wzdłuż linii. Trochę jeszcze zostało, to dosypałem na rogach. Potem rzuciłem na wierzch przygotowane wcześniej dwa wiadra błota. Przez noc altanka urosła aż miło. Ileż to ja miałem lat, trzynaście? Już wtedy nurtowała mnie założona nieprecyzyjność owego procesu: nie miało znaczenia, czy posieję te ziarna dokładnie wzdłuż linii, czy rozsypię szeroką wstęgą; nie miało znaczenia, gdzie które z nich upadnie; nie miało nawet znaczenia, czy wysypię je wszystkie, czy też tylko ćwierć (w gwarancji było napisane, że może wystarczyć nawet kilkanaście ziaren – cała ich torebka, dwadzieścia deko, była po to, żeby podnieść prawdopodobieństwo uzyskania idealnego kształtu docelowego maksymalnie blisko jedności). Rzecz jasna, istnieje – nomen omen – fundamentalna różnica między seryjnym, zamkniętym żywokrystem, z którego powstała altanka moich dziadków, a oryginalnym, całkowicie unikalnym, otwartym żywokrystem Katedry. Różnica dotyczy sposobu preprogramowania ich kodów. Żywokryst Katedry należy do tych „niezupełnych": nie wszystkie dane formy docelowej ma sztywno określone na wejściu. Altanka, na ten przykład, wyrosłaby identyczna aż do struktury mikroskopowej, czy posiałbym ją na wulkanie, czy na dnie Oceanu Lizonne, czy na skale Rogu. Katedra natomiast – Katedra wyrosłaby znacząco inna już przy zmianie tak drobnych parametrów, jak na przykład pora siewu.