– Na pewno nie umarła śmiercią naturalną.
– Niech to szlag.
– Jezu, ale ją urządzili.
Ta ostatnia uwaga pochodziła od Matta. Jego głos brzmiał dziwnie skrzekliwie, jakby ktoś ściskał go za gardło, nie pozwalając mówić.
– Uważaj – przestrzegł go Buddy. – Nie wiemy jeszcze, co się stało. Nie zatrzyj śladów.
Hunter spojrzał na brata. Widział, jak ten skinieniem głowy odpowiada na uwagę ojca, widział, jak walczy ze sobą, usiłując zapanować nad emocjami.
– Spójrz. – Nachylił się nad ciałem. – Leży na prawym boku. Krew z lewej połowy twarzy powinna odpłynąć, a nie odpłynęła.
– Ktoś ją tu przyniósł.
– Bingo.
Zwykła ludzka ciekawość sprawiła, że Hunter spojrzał na kobietę. Spojrzał i natychmiast tego pożałował, ale nie mógł oderwać od niej wzroku.
Od pasa w dół była naga.
Ktoś zdarł jej majtki, podciągnął wysoko minispódniczkę…
Krew na udach, na brzuchu. Wszędzie mnóstwo krwi.
Żołądek podszedł mu do gardła. Odwrócił wzrok i wciągnął głęboko powietrze, walcząc ze wzbierającymi mdłościami.
– Trzeba natychmiast wezwać ekipę – powiedział Buddy nieswoim głosem.
– Chcesz, żeby biuro szeryfa włączyło się do sprawy, tato? – Matt był równie wstrząśnięty jak ojciec.
Pomimo lat pracy w organach ścigania nie mieli styczności z podobnymi przypadkami, pomyślał Hunter.
Przypadkami?
Nazwij rzecz po imieniu, poprawił się w duchu. To żaden „przypadek”. Zetknąłeś się ze zbrodnią. Okrutną, bezwzględną zbrodnią.
– Tak – mruknął Buddy. – Nie mamy odpowiedniego sprzętu… nie jesteśmy… przygotowani. Cholera, koszmar się powtarza.
W dwadzieścia minut później na miejscu była już ekipa złożona z ludzi Buddy’ego i ludzi szeryfa.
Jeden z policjantów zabezpieczył teren żółtą taśmą, drugi stanął u wylotu zaułka, broniąc dostępu gapiom. Technicy z biura szeryfa przystąpili do pracy. W świetle silnych lamp halogenowych zaczęli zabezpieczać ślady, fotograf robił zdjęcie po zdjęciu, dziesiątki ujęć, zbliżeń…
Hunter odwrócił się i potarł oczy pięściami. Ciągle widział zamordowaną kobietę, nie mógł pozbyć się koszmarnego obrazu, jakby ten na zawsze utrwalił się na siatkówce. Czy kiedykolwiek zniknie?
– Muszę zadać ci kilka pytań, Hunter – usłyszał głos Matta.
Opuścił ręce, spojrzał na brata i dopiero teraz dotarło do niego, jak bardzo jest zmęczony.
Można by powiedzieć, śmiertelnie zmęczony, gdyby nie to, że w zaistniałych okolicznościach określenie „śmiertelnie zmęczony” nabierało upiornego wydźwięku.
– Co chcesz wiedzieć?
– Opowiedz nam jeszcze raz wszystko po kolei. Szczegół po szczególe. Jak znalazłeś ofiarę.
Ofiarę. Hunter zerknął w jej stronę.
– Nazywa się jakoś?
– Owszem – burknął Buddy. – Elaine St. Claire. Zatrzymaj tę wiadomość dla siebie, dopóki nie zawiadomimy rodziny.
Nie zdziwiło go wcale, że ojciec zna nazwisko kobiety. Znał przecież wszystkich mieszkańców miasteczka.
– Kto to taki?
– Imprezowiczka. Lubiła bankietować. – Buddy skrzywił się. – Jakiś czas temu wyjechała z Cypress.
Nie ujechała daleko. Biedna dziewczyna. Czasami Cypress kojarzyło mu się z pajęczyną. Kiedy człowiek w nią wpadł, nie miał już ucieczki.
Jeśli Cypress było pajęczyną, to kto był pająkiem?
Matt chrząknął, wyraźnie zniecierpliwiony.
– Moglibyśmy zacząć?
– Jasne. – Hunter spojrzał na brata spod przymkniętych powiek. – Co chcecie wiedzieć?
Kiedy Matt powtórzył pytanie, Hunter raz jeszcze zrelacjonował, w jaki sposób znalazł Elaine St. Claire.
– To wszystko? Jesteś pewien?
– Tak.
Matt zasępił się.
– Nic nie słyszałeś?
– Nie, nic. Pracowałem.
– Pracowałeś?
– Siedziałem przy komputerze.
– A pies? Nie szczekał?
Hunter usiłował sobie przypomnieć, jak zachowywała się Sara.
– Nie, chyba nie.
– Chyba? Taki wielki pies musi mieć donośny szczek.
– Kiedy pracuję, wyłączam się.
– Nad czym pracowałeś?
Zawahał się. Nie chciał zwierzać się rodzinie, że pisze powieść. Wolał skłamać.
– Przygotowywałem pozew rozwodowy. Matt uniósł brew.
– Mówisz to bez specjalnego przekonania – zauważył z kpiącym uśmieszkiem.
– Przygotowywałem pozew – powtórzył Hunter.
– Dla kogo? Hunter pokręcił głową.
– Obowiązuje mnie tajemnica. Znasz chyba zasady. Poza tym nie ma to nic wspólnego ze sprawą.
Matt spojrzał na Buddy’ego.
– Mogła leżeć w zaułku przez jakiś czas?
– Wykluczone. W czasie dnia pełno tu ludzi. Pracownicy z pobliskich firm i sklepów wychodzą na papierosa, kręcą się dostawcy, dzieciaki jeżdżą na deskach.
– To znaczy, że ktoś ją tutaj przywiózł już po zamknięciu biur.
Buddy skinął głową.
– Jeden z moich ludzi przepyta Jean, dowiemy się, kiedy wystawiła skrzynki.
Hunter wiedział, że Buddy mówił o właścicielce sklepu spożywczego.
– No i czy nie zauważyła nic podejrzanego, kiedy zamykała sklep – dodał jeszcze.
– To już wszystko? – zapytał Hunter. – Mogę iść? – Miał dość przeżyć jak na jeden dzień. Chciał zostać sam, ochłonąć, pozbierać myśli. Przede wszystkim jednak chciał uwolnić się od towarzystwa ojca i brata.
– Wieczorem, po zamknięciu biur i sklepów, ktoś się kręci po zaułku?
– Nie uświadczysz żywej duszy, że użyję niezbyt fortunnego określenia.
– W ogóle nikt się tu nie pojawia?
– Czasami jakieś dzieciaki. Ktoś zapędzi się przez tu przez pomyłkę i zaraz zawraca. Ja i Sara robimy tu ruch, to wszystko.
– Słyszysz ze swojego mieszkania, jak ktoś wjeżdża samochodem?
– Na ogół tak.
– Ale dzisiaj wieczorem nic nie słyszałeś, nic nie widziałeś? – Matt uśmiechnął się ironicznie.
– Jeśli nie macie do mnie więcej pytań, chciałbym już iść. Nie muszę wam chyba wyjaśniać, że miałem wyjątkowo ciężki wieczór.
– Idź – zgodził się łaskawie Buddy. – Być może będziemy musieli przepytać cię jeszcze raz, kiedy zbierzemy więcej informacji.
Hunter odszedł powoli. Czuł na plecach spojrzenia ojca i brata. Korciło go, żeby się odwrócić, spojrzeć im w twarze, zobaczyć miny. Wewnętrzny impuls kazał mu tak właśnie zrobić.
Nic, nie spojrzy w ich stronę. Nie da im tej satysfakcji. Nie okaże żadnym gestem, jak dziwne było dla niego to spotkanie. Dziwne, nieprzyjemne i niesmaczne. Otrząsnął się, jakby chciał się uwolnić od niemiłego wrażenia.
Potraktowali go jak kogoś obcego.
Obcego i niewiarygodnego.
– Hunter? – zawołał za nim Matt. Zatrzymał się, odwrócił.
– Jeśli coś sobie przypomnisz, zadzwoń do mnie albo do ojca. Każdy detal jest ważny.
Rozdział 14
W dniu pogrzebu od rana świeciło słońce. Ludzi na cmentarzu pojawiło się znacznie mniej niż poprzedniego wieczoru na ceremonii w domu pogrzebowym. Stawili się głównie przyjaciele rodziny, ale Avery przypuszczała, że tak właśnie będzie.
Po prawej stronie miała Lilę, po lewej Buddy’ego. Trzymali ją mocno pod ramiona, dodając sił. Wyglądało, że Lila jest teraz w znacznie lepszej kondycji niż podczas czuwania, chociaż nie mogła powstrzymać łez. Matt stał za matką, obok niego Cherry. Naprzeciwko niej stanął Hunter. Sam.
Avery podniosła na niego wzrok. Nie dojrzała w jego twarzy bólu, przygnębienia, smutku. Tylko złość, zawziętość.