Выбрать главу

– Zrobiłem to, co musiałem.

– Dla pańskiej przeklętej polityki.

– Tu chodzi o coś więcej. Człowiek w Białym Domu zachowuje się jak Ben Chadbourne, ale nie ma jego poziomu etycznego ani jego umiejętności. Nie chcę, żeby ten facet nacisnął guzik, od którego zacznie się trzecia wojna światowa.

– Teraz nie jest pan już politycznym oportunistą, lecz patriotą?

– Do diabła z patriotyzmem. Bronię własnego tyłka.

– O tak, w to jestem skłonna uwierzyć.

– Nie musi mi pani wierzyć. Musi pani wiedzieć, że jesteśmy po tej samej stronie.

– Na pewno. Sam pan o to zadbał. Wciągnął mnie pan w sam środek całej tej zabawy – powiedziała z goryczą, opierając się wygodniej i zamykając oczy. – Czy wie pan, kim jest ten człowiek w Białym Domu?

– Sądzimy, iż to Kevin Detwil. Jest jednym z trzech sobowtórów, których używano w czasie pierwszego roku prezydentury Chadbourne’a – powiedział Gil. – Detwil wystąpił zaledwie dwukrotnie przy mało ważnych okazjach, a potem zrezygnował. Oznajmił, że wraca do domu, do Indiany, z powodów rodzinnych, a w gruncie rzeczy pojechał do Ameryki Południowej, gdzie przeszedł kolejne operacje plastyczne.

– Kolejne operacje?

– Częściowo operowano go w Waszyngtonie, nim podjął pracę w Białym Domu. Kiedy wciągnięto go w spisek, musiał wyglądać dokładnie tak jak Chadbourne, łącznie z bliznami w okolicach krzyża. Ponadto musiał przejść szczegółowe szkolenie w zakresie gestów, intonacji głosu, i tak dalej. Oraz dokształcić się w dziedzinie polityki i codziennego życia w Białym Domu. Miał wprawdzie do pomocy Lisę Chadbourne, ale nie mógł wejść w rolę z marszu.

– Zakładam, że to są tylko przypuszczenia.

Gil wzruszył ramionami.

– Pozostałe dwa sobowtóry żyją, mają się dobrze i od czasu do czasu występują. Detwil nigdy się nie zjawił w Indianie.

Udało mi się jednak wytropić go w prywatnej klinice koło miasta Brazylia, należącej do niejakiego doktora Hemandeza, producenta nowych twarzy dla oszustów, morderców i terrorystów. Detwil położył się do kliniki pod nazwiskiem Herberta Schwartza. Gdy pan Schwartz wyszedł z kliniki, biedny doktor Hernandez spadł z tarasu na wysokim piętrze.

– Kevin Detwil – powtórzyła wolno Eve. – Trzeba być niezrównoważonym psychicznie, żeby robić coś takiego. A przecież musiał przejść badania rządowe.

– Zgadza się, ale na świecie nie ma znowu tak wielu mężczyzn, którzy mogą uchodzić za prezydenta i wybór jest poważnie ograniczony. Służby specjalne upewniają się jedynie, czy facet potrafi być dyskretny i czy nagle nie zacznie strzelać. Detwil był normalnym, zdrowym dzieckiem o przeciętnej inteligencji, który wyrósł na zwykłego, nieciekawego mężczyznę. Wychowywała go matka, z którą mieszkał do jej śmierci pięć lat temu. Nieżonaty.

– A ojciec?

– Rozeszli się, kiedy Detwil był dzieckiem. Najwyraźniej dorastał pod wpływem matki.

– Co było doskonałą zaletą z punktu widzenia Lisy Chadbourne – wtrącił Logan. – Mężczyzna tego typu da się zdominować następnej kobiecie.

– I chciałby tak ryzykować? Powiedział pan, że był zwykłym, nieciekawym mężczyzną.

– Widziała pani taśmy. On to kocha. Błyszczy i promienieje. Przypuśćmy, że ktoś spędził całe swoje dotychczasowe życie jako nudny, stary kawaler i znienacka staje się najpotężniejszym człowiekiem na świecie. Wszyscy go szanują, wszyscy się mu kłaniają, wszyscy go słuchają. Jest męskim kopciuszkiem, któremu Lisa Chadbourne wręczyła szklany pantofelek.

– Ze sznurkami – powiedziała Eve.

– Na pewno mu to odpowiada. Jest przyzwyczajony do sznurków. One powodują, iż niektórzy ludzie czują się bezpiecznie.

– A zatem nie jest jej słabym ogniwem?

– Czasami zachowuje się nerwowo, ale tylko kiedy jest sam, a Lisa praktycznie nie spuszcza go z oczu. Najprawdopodobniej zrobiła z siebie najważniejszą osobę w jego życiu.

– Na tyle ważną, aby zabił dla niej Chadbourne’a?

– Przypuszczam, że nie angażowała go do samego przestępstwa – odparł Logan. – Na to jest za słaby.

– Jeśli to ona go zabiła. Nie ma pan dowodu, że został zamordowany.

– Miałem nadzieję, iż pani nam w tym pomoże. Wiedziała, że ma takie intencje, lecz nie miała zamiaru się na razie deklarować. Musiała to sobie wszystko przyswoić i zdecydować, gdzie leży prawda.

– Nie wątpię.

– Ma pani dość ograniczony wybór.

– Bzdura.

– W każdym razie z tych przyzwoitych.

– Niech mnie pan nie poucza o przyzwoitości.

– Pora włączyć radio – mruknął Logan. – Proszę się trochę zdrzemnąć. Obudzę panią, jak dojedziemy.

Włączył radio i dźwięki Peera Gynta Griega wypełniły samochód.

– O matko! – Gil skulił się na siedzeniu. – Niech mu pani powie, żeby to wyłączył i nie skazywał mnie na śmierć. Czuję, że czeka mnie nerwowe załamanie.

– Ratuj się pan sam – odparła Eve, której muzyka koiła sterane nerwy. – Nie zauważyłam, żeby się pan zbytnio o mnie troszczył. Zwłaszcza jeśli jest to sprzeczne z potrzebami Logana.

– Ups! Nie ma sprawy. Mogę się przyzwyczaić do muzyki klasycznej. Zanim dojedziemy do domu na plaży, pewno będę wolał Griega od Reby Mclntyre.

Rozdział dwunasty

– Jesteś pewien, że tak się stało, Jamesie? – spytała Lisa Chadbourne Timwicka. – Na litość boską, zabrało ci to strasznie dużo czasu. Nie mogę sobie pozwolić na kolejne błędy.

– Barrett House właśnie płonie. Opóźnienie wynikło z przygotowania właściwej przyczyny pożaru. Śledztwo wykaże, że zawiniła wadliwa instalacja elektryczna.

– I ludzie są już w drodze po ciało? Nie chciałabym, żeby sanitariusze ze straży pożarnej dotarli tam pierwsi.

– Nie jestem głupcem, Liso. Zabiorą ciało i przewiozą je do Bethesdy.

Timwick nie był w najlepszym nastroju. Zapewne zachowała się zanadto autorytatywnie. Z innymi zawsze szło jak po maśle, ale z Timwickiem trudno było utrzymać odpowiedni dystans. Oficjalnie zachowywał się z szacunkiem i usłużnie, kiedy jednak pozostawali sam na sam, nie pozwalał jej zapomnieć, iż są równorzędnymi partnerami.

– Przepraszam – powiedziała cieplejszym głosem. – Wiem, że robisz, co możesz. Po prostu się boję i czuję się trochę bezradna.

– Jak królewska kobra.

Lisa zdumiała się. Timwick po raz pierwszy pozwolił sobie wobec niej na sarkazm. Kiepski znak. Zauważyła, że ostatnio jest szalenie zdenerwowany, a teraz odbijał to sobie na niej.

– Czym na to zasłużyłam, Jamesie? Ustaliliśmy, że należy to zrobić i zawsze byłam wobec ciebie szczera.

Cisza.

– Tego się nie spodziewałem. Mówiłaś, że wszystko pójdzie gładko.

Nie wpadać w złość, myśleć pragmatycznie. Timwick jest jej potrzebny. Każde z nich ma swoją rolę do spełnienia. Powstrzymała rosnącą irytację.

– Staram się jak mogę. To ty za prędko opuściłeś zakład pogrzebowy – przypomniała mu łagodnie. – Nie mielibyśmy żadnych problemów, gdybyś się upewnił, że Donnelli wykonał pracę do końca.

– Siedziałem i przyglądałem się, jak płonie. Myślałem, że mogę już odejść. Skąd miałem wiedzieć, że człowiek się tak długo pali?

Ona by wiedziała. Dowiedziałaby się wszystkiego, co istotne. Z głupoty zaufała Timwickowi.

– Wiem. To nie twoja wina. Ale teraz musimy sobie z tym poradzić. I z Loganem. Nie znalazłeś śladów czaszki?

– Były ślady pracy tej Duncan i nic więcej. Jeśli jest naprawdę taka dobra, to musimy przyjąć, że wykonała swoje zadanie.

Lisa poczuła ucisk w żołądku.