Выбрать главу

Eve zamknęła drzwi samochodu i podeszła do falochronu.

– Eve.

Nie odwróciła się na dźwięk głosu Logana. Nie chciała wchodzić do domu. Jeszcze przez moment chciała od wszystkiego odpocząć. Potrzebowała trochę czasu dla siebie.

Zdjęła sandały, usiadła na falochronie i opuściła nogi. Woda obmywająca jej stopy była chłodna i jedwabista. Oparła głowę o słupek, słuchając szumu morza.

I wspominając Bonnie…

– Pójdziesz po nią, John? – spytał Gil. – Siedzi tam już godzinę.

– Za chwilę. Chyba nie zależy jej na towarzystwie.

– Nie powinna za dużo myśleć. Myślenie to niebezpieczna rzecz. Ona i tak jest niechętnie nastawiona.

– Jestem zmęczony ciągłym narzucaniem jej, co ma robić. Dajmy jej trochę spokoju.

– Wątpię, żeby dała sobie narzucić coś, czego by nie chciała.

– Można jednak zablokować wszystkie drogi i zmusić ją, żeby poszła tą jedną, która została.

Logan tak właśnie się zachowywał, odkąd poznał Eve. Cały czas. Teraz też. Czy dlatego postanowił przestać, bo miał niewielkie wyrzuty sumienia? Na pewno nie.

Musi na powrót zacieśnić zerwane więzy, by przywrócić jej zaufanie, i znów ją wykorzystać.

– Pójdę po nią.

Eve nawet nie podniosła głowy.

– Niech pan stąd idzie, Logan.

– Pora pójść do domu. Robi się zimno.

– Przyjdę, jak będę chciała.

Logan zawahał się przez moment, a potem usiadł przy Eve.

– Zaczekam na panią – powiedział, zdejmując buty i skarpetki, i wkładając nogi do wody.

– Przeszkadza mi pan.

– Ostatni raz siedziałem z nogami w wodzie, gdy byłem w Japonii. Wciąż mi brakuje czasu na odpoczynek.

– Chce pan stworzyć między nami jakąś więź, Logan?

– Może.

– To się panu nie uda.

– Nie? To kiepsko. Ale mogę tu posiedzieć i trochę się rozluźnić, co?

Milczenie.

– O czym pani myśli?

– Nie o Benie Chadbournie.

– O córce?

– Niech pan nie wykorzystuje Bonnie do swoich sztuczek. To nic nie da.

– Pytałem z ciekawości. Nie rozumiem pani obsesji na tle czaszek. Wiem, że pani córki nigdy nie odnaleziono, nie można jednak oczekiwać…

– Nie chcę o tym rozmawiać.

– Przyglądałem się pani, gdy zajmowała się pani Mandy, a potem Chadbourne’em. Robiła to pani z… z czułością.

– No więc jestem stuknięta. Każdy jest na jakimś tle stuknięty – odparła ostro. – Zapewniam pana, że nie sądzę, iż ich duchy krążą w pobliżu kości.

– Wierzy pani w nieśmiertelną duszę?

– Czasami.

– Tylko czasami?

– Przeważnie.

Logan się nie odzywał.

– Kiedy Bonnie się urodziła, nie była podobna ani do mnie, ani do mojej matki. Była… sobą. Miała indywidualność i była cudowną osobą. Skąd by to się brało, gdyby człowiek nie miał duszy?

– I ta dusza jest wieczna?

– Skąd mogę wiedzieć? Myślę, że tak. Mam nadzieję.

– Dlaczego więc tak bardzo zależy pani na tym, żeby zwracać kości rodzinom? Nie powinno to im robić żadnej różnicy.

– Mnie to robi różnicę.

– Dlaczego?

– Zycie jest ważne. Powinno się je traktować z szacunkiem, a nie odrzucać jak śmiecie. Każdy powinien mieć dom. Gdy byłam dzieckiem, nigdy nie miałam prawdziwego domu. Przenosiliśmy się z jednego wynajmowanego mieszkania do drugiego. Z motelu do motelu. Matka… To nie była jej wina. Jednakże każdy powinien mieć swoje stałe miejsce na świecie. Usiłowałam stworzyć Bonnie dom, najlepszy, na jaki mnie było stać, gdzie mogłam ją kochać i się nią opiekować. Kiedy Fraser ją zabił, śniło mi się, że leży gdzieś w lesie i zwierzęta…

Milczała przez chwilę, a później odezwała się drżącym głosem:

– Chciałam, żeby była w domu, żebym znów mogła się nią zaopiekować. Zabrał jej życie, a ja chciałam zachować choćby tę odrobinę troski o nią.

– Rozumiem.

Rozumiał więcej, niżby mu zależało.

– Nadal ma pani złe sny?

– Nie, złe nie – odparła po chwili, wyciągając stopy z wody. – Idę do domu. Jeśli zaspokoił już pan swoją ciekawość.

– Nie całkiem, sądzę jednak, że nic więcej już mi pani nie powie.

– Zgadza się. I niech pan nie myśli, że wkradł się pan w moje łaski przyjacielskimi rozmówkami. Nie powiedziałam panu niczego takiego, czego nie mówiłabym innym. Joe i ja ustaliliśmy, że powinnam rozmawiać o Bonnie.

– Musimy porozmawiać także o Chadbournie.

– O nie. Nie dzisiaj.

Eve odeszła. Twarda kobieta. Wyjątkowa. Przyglądał się, jak wchodzi po schodach do domu. Światło z okien zabłysło na jej czerwonobrązowych włosach i uwypukliło szczupłą, mocną sylwetkę.

Mocną, ale nie zawsze odporną. Ciało można zranić, złamać i zniszczyć. I to wszystko może się stać przez niego. Ta próba zyskania jej sympatii nie przestała mu się wydawać idealnym pomysłem. Odeszła jak zwykle silna i niezależna. Poczuł się zaniepokojony.

– Myślałem o czymś, Liso – mruknął jej do ucha Kevin. – Może powinniśmy… Co byś powiedziała… Dziecko?

O mój Boże!

– Dziecko?

Kevin oparł się na łokciu i spojrzał na nią z czułością.

– Dziecko przysporzyłoby nam popularności. Wszyscy kochają dzieci. Gdybyśmy zaczęli teraz, urodziłoby się na początku następnej kadencji. A ja… Ja bym bardzo chciał mieć dziecko.

Lisa pogłaskała go po policzku.

– Myślisz, że ja nie? – spytała cicho. – Nic nie sprawiłoby mi większej radości. Zawsze marzyłam o dziecku. Ale to niemożliwe.

– Dlaczego? Mówiłaś, że Chadbourne nie mógł mieć dzieci, teraz jednak możemy się tym zająć.

– Mam czterdzieści pięć lat, Kevinie.

– Och, jest tyle różnych specjalnych leków na płodność.

Przez chwilę odczuła pokusę. Mówiła prawdę – zawsze chciała mieć dziecko. Bardzo się o nie z Benem starali. Zażartował nawet kiedyś, że posiadanie dzieci jest korzystne dla każdego polityka, jednakże w tym jednym wypadku Lisie nie chodziło o korzyści polityczne. Chciała mieć kogoś dla siebie, kogoś, kto by do niej należał.

Nieważne. Niemożliwe. Łzy, które napłynęły jej do oczu, nie były całkiem udawane.

– Nie rozmawiajmy na ten temat. Boli mnie, że nie możemy mieć dziecka.

– Dlaczego nie?

– To za trudne. Kobiety w moim wieku mają szereg problemów. Co by się stało, gdyby doktor kazał mi leżeć przez kilka ostatnich miesięcy ciąży? To się zdarza. Nie mogłabym podróżować z tobą w czasie kampanii wyborczej. To byłoby wręcz niebezpieczne.

– Jesteś silna i zdrowa.

Musiał myśleć o tym od dłuższego czasu, skoro tak nalegał.

– To ryzyko, na które nie możemy sobie pozwolić. Oczywiście moglibyśmy zrezygnować z planów prezydentury na drugą kadencję – dodała, wiedząc, że to go przekona. – Jesteś jednak tak wspaniałym prezydentem, wszyscy cię podziwiają i szanują. Chcesz zrezygnować?

– Jesteś pewna, iż ryzyko byłoby aż tak duże? – spytał po chwili milczenia.

Już porzucał swój pomysł, tak jak się spodziewała. Nigdy nie powróciłby do anonimowości po tym wszystkim, do czego zdążył się przyzwyczaić.

– Teraz nie ma o tym mowy. Może później wrócimy do twego planu. Jestem szalenie wzruszona, że tak bardzo o mnie myślisz – powiedziała, dotykając palcem jego dolnej wargi. – Niczego bym tak sobie nie życzyła, jak… Zadzwonił telefon i Lisa sięgnęła po słuchawkę.

– Przywieźli ciało do Bethesdy – powiedział Timwick.