O Boże, ten człowiek umiał tylko zabijać.
– Nie, może nam się jeszcze przydać.
– Pilnują ją ochroniarze Logana i policja z Atlanty. Prosty ruch nie będzie łatwy.
– Postaraj się. Wyślij Fiske’a. Załatwił sprawę Barrett House wyjątkowo dobrze. Co z antropologiem sądowym?
– Obserwujemy Crawforda z Duke University.
– A ludzie, z którymi Eve Duncan współpracowała?
– Sprawdzamy całą listę. To musi trochę potrwać.
– Nie mamy czasu. To nie powinno być aż tak trudne. Szukamy człowieka z odpowiednimi kwalifikacjami i doświadczeniem w badaniach nad DNA.
– Jest ich więcej, niż ci się wydaje.
– Musimy ograniczyć listę. Przyślij ją mnie – powiedziała Lisa i spojrzała na zegarek. – Muszę iść. Mam spotkanie. Zadzwonię do ciebie.
Odłożyła słuchawkę i zaczęła wyłączać plik Eve Duncan. Potem zawahała się na moment, przyglądając się jej twarzy. Eve działała szybko, starając się uniknąć dalszych, strat. Lisa miała przeczucie, iż postara się chronić matkę, choć matka niewiele dla niej w życiu zrobiła. Pozwoliła córce wychować się na ulicy i nie uchroniła jej przed ciążą ani przed nieślubnym dzieckiem.
Eve najwyraźniej wybaczyła matce i pozostawała wobec niej lojalna. Lojalność jest rzadką i cenną cechą. Im dłużej Lisa studiowała informacje o Eve, tym bardziej ją podziwiała… I tym lepiej ją poznawała. Widziała między nimi obiema szereg podobieństw. Rodzice Lisy kochali ją i wspomagali, ale ona także znalazła własną drogę i walczyła z systemem wbrew wszelkim przeciwnościom.
Cóż to za bzdury – pomyślała niecierpliwie. Nie mogę zbaczać z raz obranej drogi tylko dlatego, iż odczuwam pewne współczucie dla Eve Duncan.
Niezależnie od tego, kto mi na tej drodze stanie.
Rozdział czternasty
Udało wam się – powiedział szorstko Joe, podchodząc do samochodu. – Dziwię się bardzo. Ten samochód nie wygląda najlepiej.
– Zwraca na siebie mniej uwagi.
Logan wysiadł z samochodu i stanął przed Joem.
– Wolałby pan, żebym woził Eve w czerwonym lamborghini?
– Wolałbym, żeby jej pan w ogóle nie woził. Wolałbym, żeby jej pan nigdy nie poznał.
Ależ jest spięty – pomyślała Eve. Joe wyglądał bardzo groźnie, a Logan cały się najeżył, jak wściekły pies. Szybko wysiadła z samochodu.
– Usiądź ze mną z tyłu, Joe. Logan, niech nas pan zawiezie do Emory.
Żaden się nie ruszył.
– Do cholery, ludzie się na was gapią. Wsiadaj, Joe. Wreszcie posłuchał. Odetchnęła z ulgą.
– Niech pan jedzie, Logan. Logan usiadł za kierownicą i ruszył.
– Zawiozłeś zdjęcie Margaret mojej matce?
– Wczoraj wieczorem – odparł ze wzrokiem utkwionym w kark Logana. – Sprawdziłem cały teren i nadziałem się na jego ochroniarzy. O mało ich nie aresztowałem, zanim się nie wylegitymowali.
– Był tam ktoś jeszcze? – spytał Logan.
– Nie zauważyłem.
– Są czujni i ostrożni. Zawodowcy. Z najbardziej wyszukanymi urządzeniami, jakie istnieją.
– Dlaczego? – zapytał Joe. – Co się tu dzieje? Opowiadaj – rozkazał Eve.
– Masz zdjęcia Timwicka i Fiske’a?
Sięgnął do kieszeni i wyjął kopertę.
– Właśnie. Sprawdziłem Fiske’a. To bardzo nieprzyjemny facet. Powinnaś się go wystrzegać.
– Staram się, jak mogę.
Nie wygląda nieprzyjemnie – pomyślała Eve. Raczej jak przysłowiowy lokaj. Ze zdjęcia patrzyły na nią łagodne brązowe oczy. Miał długi, arystokratyczny nos i porządne, równo przycięte, szpakowate wąsiki. Mimo że wyglądał na trzydzieści parę lat, jego krótko ostrzyżone włosy lekko siwiały na skroniach, a od czoła zaczynał łysieć.
W rysach Jamesa Timwicka nie było nic arystokratycznego. Miał szeroką, niemal słowiańską twarz, jasnoniebieskie oczy i kruczoczarne włosy. Był młodszy, niż myślała, ledwo po czterdziestce.
– Powiedz, dlaczego kazałaś mi je przynieść?
– Ponieważ musiałam zobaczyć twarze wrogów, ludzi, którzy być może zechcą mnie zabić.
Dla Joego, który wrzał gniewem, nie było to odpowiednie wyjaśnienie.
– Myślałam, że mi się przydadzą – powiedziała, chowając zdjęcia do torebki. – Dzięki, Joe.
– Nie dziękuj, tylko opowiadaj.
Postanowiła jeszcze raz spróbować.
– Nie musisz wiedzieć. Wolałabym, żebyś się w to nie angażował.
– Mów.
– Dobrze, ale pozwól, że zrobię to na swój sposób. Nie wypytuj mnie, Joe.
Dojechali do Emory i stali na parkingu dobre dziesięć minut, nim Eve skończyła mówić.
Joe milczał przez chwilę, wpatrując się w skórzaną torbę u jej stóp.
– To on?
– Tak.
– Trudno w to uwierzyć.
– Wiem. Ale to jest Ben Chadbourne, Joe.
– Jesteś pewna? Kiwnęła głową.
– I dlatego chcę, żebyś się wycofał. Nie mam pojęcia, co się wydarzy.
– Ja mam – odparł ponuro Joe. – Logan też. Od początku wiedział, w co cię pakuje.
– Zgadza się – powiedział spokojnie Logan. – To jednak nie zmienia istniejącej sytuacji. Musimy to zrobić sami.
Joe rzucił mu lodowate spojrzenie i zwrócił się do Eve:
– Nie możesz mu ufać. Byłoby lepiej, gdybym się go pozbył.
– Pozbył się?
– Mogę to uczynić bez najmniejszego trudu. I tak wszyscy myślą, że nie żyje.
– Joe! – zawołała, spoglądając na niego szeroko otwartymi oczyma.
Wzruszył ramionami.
– Nie przypuszczałem, że się zgodzisz. Zostań tu – powiedział, otwierając drzwi samochodu. – Zbadam teren i wybadam Kesslera. Skąd wiesz, że zechce się w to mieszać?
– Jest człowiekiem obdarzonym charakterem, ciekawością świata i ma obsesyjną naturę. Dlatego uprawia ten zawód.
– No tak, ty się znasz na obsesjach.
Joe trzasnął drzwiami i przeszedł szybkim krokiem przez parking.
– Bardzo gwałtowny człowiek jak na oficera policji – mruknął Logan.
– Nie jest gwałtowny, jest po prostu zły. Naprawdę nie…
– Jestem pewien, że to zrobiłby. Przez kilka minut mój kark znajdował się w niebezpieczeństwie. Muszę się mieć na baczności, gdy jest w pobliżu.
– Joe nie łamie prawa – zaoponowała ze złością. – Jest dobrym policjantem.
– Nie wątpię, choć jestem pewien, że trening w specjalnej jednostce bierze czasem górę. Zwłaszcza jeśli prawo nie działa należycie i chodzi o jego przyjaciół.
– Joe nie zabija.
– Teraz. Pytała go pani, ile ludzi zabił, kiedy był w specjalnej jednostce antyterrorystycznej?
– Nie. Nie prowadziliśmy wtedy żadnej wojny.
– Oni prowadzą różne akcje także w czasach pokoju.
– Dlaczego pan to robi? Dlaczego dąży pan do tego, żebym przestała ufać Joemu?
– Instynkt samozachowawczy – odparł z krzywym uśmiechem. – I dlatego, że chcę panią zmusić do przyznania, iż parę minut temu jedno skinienie pani głowy skazałoby mnie na śmierć.
– Niczego takiego nie przyznam.
– Niech pani będzie uczciwa.
Nie chciała być uczciwa, jeśli miałoby to oznaczać, iż nie zna Joego tak dobrze, jak jej się zdawało. Joe był jej opoką, kimś zrównoważonym i godnym najwyższego zaufania. Kiedy wszystko wokół niej rozpadało się na kawałki, Joe zawsze stał przy niej. Nie będzie się zastanawiać, czy kogoś zabił, bo to stawiałoby go w jednym rzędzie z Fraserem. Nie. Nigdy.
– Czy opowiadał pani o służbie w jednostce specjalnej?
– Nie.
– Czy wie pani, że zabił w ramach swoich obowiązków trzech ludzi, odkąd pracuje w Atlancie?
Spojrzała na niego z przerażeniem.
– Tak myślałem. Quinn nie jest głupi i dobrze panią zna. Tę część swojego życia ukrywa przed panią.