Выбрать главу

– Naprawdę?

– Mam nadzieję. Nie jestem Timwickiem, nie mam zamiaru przyjmować pańskiej zgody za pewnik.

– Ciekaw jestem, kogo pani zabiła? Kochanka? Szantażystę?

– Muszę mieć tę czaszkę.

– Jest pani amatorką i stąd teraz te problemy. Powinna pani zlecić zadanie ekspertowi.

– Wiem, że popełniłam błąd. Dlatego w tej chwili zwracam się do eksperta. – Lisa sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła złożoną kartkę papieru. – Proszę. Numer mojego telefonu cyfrowego jest na odwrocie. I niech pan nie dzwoni przed siódmą wieczorem, chyba że będzie chodziło o coś naprawdę pilnego.

Fiske spojrzał na papier.

– Ryzykuje pani. Na pewno są tu wszędzie pani odciski palców… – Rękawiczki. Nosiła skórzane rękawiczki. – Zakładam, że numer nie jest napisany odręcznie?

– Na komputerze. Jeśli chodzi o odciski palców, to znajdzie pan wyłącznie własne. Numer telefonu jest na inne nazwisko, a dokumenty są schowane tak głęboko, że musiałby ich pan szukać latami. Ja też jestem ekspertem, Fiske – powiedziała, sięgając do klamki. – Dlatego nasza współpraca będzie się harmonijnie układać.

– Jeszcze nie powiedziałem, że się zgadzam.

– Niech pan się zastanowi. Niech pan przeczyta listę i się zastanowi – poradziła, wysiadając z samochodu.

– Proszę zaczekać.

– Muszę wracać. Sam pan rozumie, że trudno jest mi się wymknąć bez zwracania uwagi.

– Ale zrobiła to pani. Jak? – spytał z zaciekawieniem.

– Zbadałam wszystkie możliwości w tydzień po wprowadzeniu się tutaj. Nie miałam zamiaru czuć się więźniem. Dyskretne wyjście nie jest niemożliwe.

– Ale nie powie mi pani, w jaki sposób. Słyszałem plotki o podziemnym tunelu łączącym Biały Dom z Departamentem Skarbu. Podobno korzystał z niego Kennedy, gdy się chciał spotkać z Marilyn Monroe. Czy tak…

– Nic nie powiem. Uznałby pan wdarcie się do Białego Domu za szczyt swych osiągnięć. Czynnik trudności mógłby sprawić, że nie potrafiłby pan odmówić sobie zabicia mnie, a ja chcę, żeby się pan skoncentrował na czymś innym.

Trzeba tę sukę nastraszyć.

– W każdej chwili w Białym Domu przebywa co najmniej trzydziestu pięciu tajniaków i ponad stu umundurowanych strażników. Dobrze wiedzieć, że można ich wykiwać.

– Pańskie informacje są bezbłędne – potwierdziła z twarzą bez wyrazu.

– Jak pani sama mówi, to pociągający scenariusz. Tego typu możliwości zawsze mnie pasjonowały.

– Musi pan jednak pamiętać, że każę Timwickowi ustawiać tajniaków w takich miejscach i godzinach, żebym ich mogła unikać. Panu Timwick nie będzie pomagał.

– Nawet jeśli mu powiem o naszym dzisiejszym spotkaniu?

– Tego pan nie zrobi. Działałby pan wbrew własnym interesom.

– Mnie pani nie zmyli – odparł Fiske po chwili milczenia. – Bała się pani tak jak wszyscy. Czułem, jak skacze pani serce. Teraz też się pani boi.

– Tak. Dla niektórych rzeczy warto się bać. Niech pan do mnie zadzwoni – powiedziała i odeszła.

Twarda baba. Twarda, sprytna i odważna. Znacznie odważniejsza niż Timwick.

Może jednak zbyt sprytna. Jej ocena Fiske’a sprawiła, iż poczuł się nieswojo. Nie podobał mu się fakt, że ktokolwiek potrafiłby przewidzieć jego zachowanie w konkretnej sytuacji. Poza tym nie był pewien, czy chciałby pracować dla kobiety.

„Niech pan przeczyta listę”.

Zgadła, w jaki sposób mężczyzna z jego charakterem doceni listę. Dlaczego jednak sądziła, że jej lista wpłynie na jego decyzję?

Rozłożył papier i przysunął go do światła na tablicy rozdzielczej.

Wybuchnął śmiechem.

Telefon zadzwonił, gdy Lisa wchodziła do sypialni.

– Zgadzam się – powiedział Fiske i odłożył słuchawkę.

Człowiek szybkich decyzji i niewielu słów – pomyślała sucho i schowała telefon do torebki. Nie wspominając o pewnej niebezpiecznej sytuacji, na którą nie była przygotowana. Będzie musiała dziś wieczorem ukryć siniaki przed Kevinem, a jutro włożyć apaszkę.

– Lisa? – zawołał z sypialni Kevin. – Gdzie byłaś?

– Na spacerze w ogrodzie. Chciałam odetchnąć świeżym powietrzem. – Lisa odwiesiła pelerynę do szafy i wzięła szlafrok z golfowym kołnierzem. – A teraz idę pod prysznic. Zaraz przyjdę.

– Pospiesz się, musimy porozmawiać. Porozmawiać. Wielki Boże, dlaczego nie poprzestanie na seksie? Nie chciało jej się słuchać Kevina ani obdarzać go słowami otuchy czy pochwały. Przez chwilę, gdy Fiske złapał ją szyję, myślała, że umrze. Trudno będzie nim kierować.

Jednakże zrobi to, musi to zrobić. Teraz nie będzie myśleć o tym, że najadła się strachu. Odwaliła kawał dobrej roboty. Fiske należał do niej.

Weszła pod gorący prysznic. Czuła się okropnie brudna. Siedzenie w tym samym samochodzie z obrzydliwym mordercą przyprawiało ją o mdłości.

Sama też była morderczynią.

Ale nie kimś takim jak Fiske. Nie może porównywać się do wstrętnej bestii. Nie trzeba o nim myśleć. Lisa zamknęła oczy i rozluźniła mięśnie. To był jej moment. Chwila odprężenia. Miała tak mało czasu dla siebie. Niemal żałowała, że nie jest tak wolna jak Eve Duncan.

Co teraz robisz, Eve Duncan? Czy jest ci tak ciężko jak mnie?

– Gdzie jesteś, Eve? – szepnęła Lisa, opierając głowę o ściankę kabiny.

Fiske ją znajdzie. Fiske ją zabije i Lisa będzie bezpieczna. Dlaczego ta myśl jakoś jej nie pocieszyła?

– Lisa?

Kevin stał przy drzwiach łazienki. Do cholery, czy nie może choć przez pięć minut być sama?

– Już idę.

Wyszła spod prysznica i wytarła łzy. Co się z nią dzieje? Fiske chyba naprawdę nią wstrząsnął. Włożyła szlafrok, zapinając go pod szyją i przesunęła szczotką po włosach.

Uśmiech. Ciepły, sympatyczny nastrój. Niech nie widzi, niech nikt z nich nie widzi. Otworzyła drzwi i pocałowała Kevina w policzek.

– Co masz takiego ważnego, że nie mogłeś się mnie doczekać?

– To nie jest miły motel – powiedziała Bonnie. – Tu chyba są pluskwy.

Eve przewróciła się na łóżku.

– Musieliśmy znaleźć miejsce na uboczu. Tobie pluskwy nie powinny przeszkadzać. Nie jesteś człowiekiem.

– Wszystko, co przeszkadza tobie, przeszkadza i mnie – odparła z uśmiechem Bonnie. – Nienawidzisz robactwa. – Usiadła na krześle przy łóżku. – Pamiętam, jak wrzeszczałaś na tego faceta, że nie wytępił karaluchów w moim pokoju.

To było w lecie na rok przed śmiercią Bonnie.

– Ojej! – zawołała Bonnie z przejęciem. – Nie chciałam ci przypominać o smutnych rzeczach.

– Czy nie przyszło ci do głowy, że to, iż się pojawiasz, automatycznie przypomina mi o czymś smutnym?

– Przyszło, ale mam nadzieję, że pewnego dnia zrozumiesz, iż zawsze jestem z tobą.

– Nie jesteś ze mną.

– Dlaczego wciąż się ranisz? Zaakceptuj mnie, mamo. Nieźle ci poszło z Benem – powiedziała, zmieniając temat – ale to mnie wcale nie dziwi.

– Teraz twierdzisz, że od początku wiedziałaś, kim jest?

– Nie, wciąż ci powtarzam, że nie wiem wszystkiego. Czasami mam przeczucia.

– Na przykład o pluskwach w tym obskurnym pokoju? To nic trudnego.

Bonnie zachichotała.

– To samo pomyślałam, kiedy tu weszłam – powiedziała z uśmiechem Eve.

– I myślisz, że wykorzystałam twoje myśli? – Bonnie zacmokała z dezaprobatą. – Jesteś bardzo podejrzliwa.