– Powiedz mi coś, o czym nie wiem. Powiedz mi, gdzie jesteś.
– Lubię pana Logana. Z początku nie byłam pewna, lecz teraz myślę, że jest dobrym człowiekiem.
– Kto powiedział, że duchy mają rację?
– Postęp. Po raz pierwszy przyznałaś, że nie jestem wytworem twojej wyobraźni.
– Opinię wytworu wyobraźni też można kwestionować.
– Twoja opinia również nie jest taka znów bezbłędna. Nie powinnaś się złościć na Joego.
– Nie potępiam Joego.
– Potępiasz. Przeze mnie. On też jest dobrym człowiekiem i zależy mu na tobie. Nie odpychaj go, mamo.
– Jestem bardzo zmęczona, Bonnie.
– I chcesz, żebym sobie poszła. Nigdy. Nigdy nie odchodź.
– Proszę, przestań mnie pouczać.
– Dobrze. Nie chcę, abyś była sama. – Uśmiech Bonnie znikł. – Teraz nie powinnaś być sama. To niebezpieczne. Boję się wszystkich złych rzeczy, które przyjdą.
– Jakich złych rzeczy? – Bonnie potrząsnęła tylko głową. – Dam sobie radę.
– Wydaje ci się, że dasz sobie ze wszystkim radę przez to, co przeżyłaś w związku ze mną, ale to nie jest pewne.
– Może wcale tego nie chcę – odparła ze znużeniem Eve. – Niech się dzieje, co chce. Boże, jestem tak strasznie zmęczona.
– A ja jestem zmęczona tym, że mnie wciąż opłakujesz.
– To idź sobie i zapomnij o mnie.
– To się nie da zrobić, mamo. Pamięć trwa wiecznie, tak samo jak miłość. Chcę jedynie, żebyś znów była szczęśliwa.
– Jestem… zadowolona.
– Idź spać - powiedziała z westchnieniem Bonnie. – Zrozumiesz mnie dopiero wtedy, kiedy sama zechcesz.
– Gdzie jesteś, skarbie? – szepnęła Eve, zamykając oczy. – Chcę cię zabrać do domu.
– Jestem w domu, mamo. Kiedy jestem z tobą, jestem w domu.
– Nie, chcę, żebyś…
– Ciii, śpij już. Tego ci teraz trzeba.
– Nie mów mi, co mam robić. Chcę wiedzieć, gdzie jesteś, żebym cię mogła zabrać do domu. Może wtedy przestaną mi się śnić te głupie sny.
– Nie są głupie i ty też nie jesteś głupia. Jesteś tylko uparta.
– A ty nie?
– Pewno, jestem twoją córką. Mam prawo. Idź spać, a ja tu zostanę i przez chwilę dotrzymam ci towarzystwa.
– Żebym nie była sama?
– Żebyś nie była sama.
Rozdział siedemnasty
Ośrodek Medycyny Wojskowej Bethesda,
Maryland 7.45
Spieszę się, Liso. – Scott Maren zacisnął dłoń na słuchawce. – Na litość boską, muszę przecież uważać. Dziennikarze nie wychodzą stąd nawet na chwilę. Zamieniłem zdjęcia zębów, ale podmiana próbek DNA będzie trudniejsza.
– Jednakże uda ci się, prawda? Musisz to zrobić, Scott.
– Zrobię – odparł z westchnieniem. – Mówiłem, że możesz na mnie polegać.
– Sądzisz, że myślę wyłącznie o sobie? Chodzi mi o ciebie. Mam wyrzuty sumienia, że pozwoliłam, abyś mi pomógł. Nikt nie może o tym wiedzieć.
– To nie twoja wina. Sam się w to wplątałem.
Wplątał się dwadzieścia lat wcześniej, kiedy Lisa przyszła do niego do mieszkania i zostali kochankami. Wówczas nie była jeszcze żoną Bena i ich romans trwał zaledwie rok, ale czas nie grał roli. Kochał Lisę od chwili, gdy ją poznał na pierwszym roku studiów w Stanfordzie. Mimo koszmarów, jakie wniosła w jego życie, nadal ją kochał. Nic nie mogło tego zmienić.
– Wszystko będzie dobrze – powiedział.
– Wiem. Nigdy mnie nie zawiodłeś.
– I nigdy nie zawiodę.
– Daj mi znać, jak skończysz. Jestem ci bardzo wdzięczna, Scott. Nie wiem, jak mam ci się odpłacić.
– Nie prosiłem o zapłatę.
Lisa zadbała o niego po śmierci Bena. Zaszczyty, sława, pieniądze. To mu jednak nie wystarczało. Kiedy opuści Biały Dom, będzie musiała do niego wrócić. Nie wiedziała, że teraz są ze sobą jeszcze bardziej związani niż kiedyś.
– Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła, Scott.
Lisa w łóżku. Lisa śmiejąca się z jego dowcipów. Lisa mówiąca ze łzami w oczach, że wychodzi za Bena.
– Dam ci znać, jak będzie coś nowego.
– Do widzenia, Scott – powiedziała i się wyłączyła.
– Doktor Maren?
Odwrócił się i zobaczył w drzwiach młodego rudego mężczyznę w fartuchu salowego.
– Tak? Jestem potrzebny?
– Ja nic o tym nie wiem. – Młody człowiek wszedł do gabinetu i zamknął za sobą drzwi. – Nazywam się Gil Price. Chciałbym z panem porozmawiać.
Bainbridge 8.40
Laboratorium Chrisa Tellera mieściło się w małym budynku na przedmieściach Bainbridge. Drewniane ściany oplatał bluszcz i domostwo bardziej przypominało siedzibę korporacji studenckiej Uniwersytetu Yale niż laboratorium naukowe. Nawet tabliczka z nazwą była tak mikroskopijna, że Eve nie zwróciłaby uwagi na dom, gdyby nie jechała tuż za Garym.
LABORATORIUM TELLERA – To ma być siedziba wybitnego laboratorium? – mruknął Logan.
– Nie należy sądzić po pozorach. Gary mu ufa i ja także. – Zaparkowała obok volvo i czekała. Gary wysiadł z samochodu i podszedł do nich. – Chcesz, żebyśmy z tobą poszli? – spytała Eve.
– Jeśli chcecie zaprzepaścić wszelkie szanse, to proszę bardzo – odparł sucho Gary. – Jesteśmy wprawdzie w małym południowym miasteczku, ale mają tu telewizję i gazety. Zostańcie tutaj. To może trochę potrwać.
Szybkim krokiem poszedł do budynku. Eve pomyślała, że idzie jak żwawy i pełen energii młodzieniec. Ivanhoe szykujący się do walki z Czarnym Księciem.
– Niech się pani rozluźni – powiedział Logan, delikatnie odrywając od kierownicy jej zaciśnięte dłonie. – Nie czeka go tam nic gorszego, jak tylko odmowa.
– Na razie. Nie powinniśmy się zgadzać, aby tu przyjechał.
– Wątpię, czy udałoby się nam go powstrzymać. Na czym polega badanie? Mówiła pani, że może potrwać kilka dni, nawet jeśli Kesslerowi uda się namówić Tellera do pośpiechu. Dlaczego oznaczenie DNA zabiera tyle czasu?
– To jest badanie sondą radioaktywną.
– Jakiego rodzaju badanie?
– Czy stara się pan odwrócić moją uwagę, Logan? – spytała Eve, unosząc brwi.
– To też, ale chciałbym się również czegoś dowiedzieć. Moja wiedza pochodzi głównie z procesu O. J. Simpsona – dodał, wzruszając ramionami. – A na sali sądowej trudno było poznać obiektywną prawdę.
– Próbka, którą pobraliśmy z Bena, zostanie rozpuszczona w roztworze enzymów, które wybierają z próbki specyficzne fragmenty i dzielą je na części. Niewielką ilość DNA wkłada się na tacę ze specjalnym żelem, a potem przepuszcza przez żel prąd elektryczny. Prąd zbiera wybrane cząstki i ustawia je według długości i wagi.
– A po co jest sonda?
Technik przenosi te cząstki do nylonowej membrany i zapuszcza się do niej radioaktywną sondę. Sonda wyszukuje i oznacza poszczególne punkty DNA. Na to zakłada się na kilka dni rentgenowską kliszę do wywołania. W końcu DNA pojawia się na kliszy w postaci ciemnych kółek.