Выбрать главу

Logan poszedł za Eve w stronę domu.

– Niech pan zaczeka – powiedział Joe. – Gdzie jest czaszka, Logan?

– Na przednim siedzeniu obok kierowcy. Niech jej pan pilnuje.

– Dobrze. Niech wszyscy wsiadają do samochodów – powiedział Joe, nie spuszczając oczu z drzew wokół domu.

Był tam. Joe czuł jego fizyczną obecność. Czuł zapach krwi i głodu.

Jego nerwy reagowały na obecność Fiske’a. Zupełnie jakby został przerzucony z powrotem w czasy sankcjonowanych zabójstw. To był świat zrozumiały dla Fiske’a. Był tam teraz, gotów. Do czego?

Żeby rzucić w dom paczką dynamitu?

Żeby zacząć strzelać, kiedy wyjdą z domu?

W takim wypadku Joe byłby pierwszym celem. Strażnik jest zawsze pierwszy do odstrzału. Fiske jednak znajdował się w niekorzystnej pozycji. Jego celem było nie tylko mordowanie.

Czaszka.

Joe uśmiechnął się ponuro. A zatem należy zakończyć sprawę. Niech myśliwy stanie się zwierzyną.

„Widzisz to, Fiske”?

Zdjął marynarkę, sięgnął do samochodu Logana i wyjął skórzaną torbę z czaszką.

„Przynęta, Fiske”.

Z premedytacją podniósł wysoko torbę.

„Widzisz”?

Zaczął biec zygzakiem, przez zarośla, w stronę lasu.

„Chodź i walcz, draniu”.

Zaszokowany Fiske szeroko otworzył oczy.

Ten gnojek go prowokował. Wymachiwał skórzaną torbą, w której na pewno była czaszka. Fiske przyglądał się, jak Quinn biegnie w kierunku drzew. Wiedział, co robi. Nie będzie łatwym celem.

Nagle Fiske poczuł przyjemną chęć działania. Ta dziwka, Chadbourne, kazała mu odzyskać czaszkę. To było dla niej najważniejsze. Nie spodziewał się, że sprawi mu to przyjemność. Ruszył ścieżką po przekątnej, żeby złapać Quinna.

– Margaret, pojedziesz mikrobusem z Piltonem – powiedział Logan, schodząc po schodkach. – My zabierzemy Sandrę.

– Mam wracać do Sanibel? – spytała Margaret. – Kiedy się ze mną skontaktujesz?

– Kiedy będziemy bezpieczni. Quinn zorganizuje spotkanie z dziennikarzem z…

– Gdzie jest Joe? – zapytała Eve, przystając na górnym stopniu.

– Musi gdzieś tu być – odparł Logan, rozglądając się wokół.

Eve spojrzała na samochód. Nie było tam Joego. Serce waliło jej z całej siły.

– Fiske.

– Wątpię, żeby Fiske go zaskoczył – rzekł Logan. – Quinn to twardy facet.

– Fiske zaskoczył Gary’ego.

– Quinn to nie Gary. Nie jest ofiarą. Prędzej bym się spodziewał, że… – Logan podszedł do swego samochodu. – A to drań!

– Co takiego?

– Torba. Quinn zabrał torbę.

– Dlaczego? – Co za durne pytanie. Wiedziała przecież dlaczego. Joe chciał zakończyć sprawę i, jak zwykle, wziął to w swoje ręce. – Joe myśli, że Fiske tu jest.

– Raczej bym się z nim zgodził. Ty tu zostań – powiedział Logan do Piltona. – Idę za nim. Jeśli nie wrócę za… Dokąd się wybierasz, Eve?

Biegła w stronę lasu.

– Nie pozwolę, żeby Fiske coś mu zrobił. Nie pozwolę.

Logan biegł tuż za nią, przeklinając głośno.

– I co masz zamiar zrobić? Nie jesteś komandosem. – Joe poszedł tam przeze mnie. Myślisz, że puszczę go samego?

– Co chcesz…

Nie zwracała na niego uwagi. Weszła do lasu i przystanęła, ciężko dysząc. Nie mogła krzyknąć, aby nie zwrócić uwagi Fiske’a. Tylko jak odszukać Joego, zanim znajdzie go Fiske?

Nie trzeba się nad tym zastanawiać. Iść spokojnie. Obserwować cienie.

Logan szedł obok niej.

– Wracaj, na litość boską. Ja go znajdę.

– Cicho bądź, staram się coś usłyszeć. Musi być… Przerwała na widok rewolweru w dłoni Logana.

– Jeszcze będziesz zadowolona, że go zabrałem – powiedział.

Z przerażeniem zdała sobie sprawę, że już jest z tego zadowolona. Gdyby broń miała uratować życie Joemu, sama by jej użyła. Gary zginął, bo był bezbronny.

Joe nie może zginąć.

Liście krzaków poruszyły się delikatnie tuż za nim i Joe uskoczył na lewo, za pień poskręcanego drzewa.

– Jesteś tu? – zawołał cicho. – Chodź do mnie, Fiske.

Krzaki poruszyły się niby echo szeptu.

– Chcesz czaszkę? Mam ją tutaj. – Wślizgnął się głębiej między drzewa. Wszystko wracało. Polowanie, ściganie, zabijanie. Jedyną różnicą było światło. Większość działań podejmowali w nocy. – Chodź i weź sobie.

Fiske był blisko. Joe czuł lekki zapach czosnku i pasty do zębów.

Skąd dochodził zapach? Z prawej i trochę z tyłu. Za blisko. Za mało czasu. Szybciej.

Odległość.

Cisza.

Prędkość.

Zapach był teraz słabszy. Miał więcej czasu.

„Chodź, Fiske. Zapraszam”.

Gdzie się podziewa ten skurwysyn – zastanawiał się poirytowany Fiske. Miał wrażenie, jakby ścigał ducha.

Przystanął za krzakami, nasłuchując i rozglądając się wokół siebie. Cisza. Nie słyszał Quinna już od jakichś dziesięciu minut.

– Tutaj.

Fiske spojrzał w lewo. Pod dębem w odległości piętnastu metrów leżała skórzana torba.

Pułapka.

Czy Quinn uważał go za idiotę? Wpakowałby mu kulkę, jak tylko Fiske by się pokazał.

Ale gdzie on był? Fiske nieustannie obserwował okolice torby. Głos Quinna dochodził chyba stamtąd, trudno jednak było stwierdzić to na pewno.

Lekkie poruszenie. Krzaki z lewej strony. Musi poczekać, upewnić się, podejść bliżej. Jeżeli strzeli, zdradzi swoją pozycję.

Liście naprawdę się poruszały. Zobaczył plamę niebieskiego dżinsu, która natychmiast znikła. Ale krzaki się ruszały.

Quinn się zbliżał. Fiske zrobił krok naprzód. Podniósł broń, czekając na następne poruszenie z prawej strony.

Jednakże następny szelest dobiegł z prawej strony, o wiele dalej. Odwrócił się i wycelował.

Logan. I ta Duncan.

Przycisnął mocniej cyngiel.

– Nie! – krzyknął mu ktoś nad głową. Fiske podniósł wzrok i zobaczył, jak Quinn zeskakuje z drzewa.

Fiske znów się odwrócił i strzelił w chwili, kiedy Quinn przewracał się razem z nim na ziemię. Drugi strzał.

Drań. Czekał na drzewie na dogodny moment. I mógłby wygrać, gdyby nie Logan i Duncan.

Ale wygrał Fiske, jak zawsze. Czuł na piersi ciepłą krew Quinna i jego bezwładne ciało.

Kolejne nazwisko do skreślenia z listy.

Najpierw jednak musi go z siebie zrzucić. Logan biegł w ich stronę i Fiske musiał uwolnić dłoń, w której trzymał broń.

Dlaczego nie mógł się ruszyć? Ból w piersi. Oprócz krwi Quinna także jego własna.

Drugi strzał.

Przegrał. Przegrał. Przegrał. Przegrał.

Ciemność i strach.

Fiske zaczął krzyczeć.

Fiske już nie żył, kiedy Logan ściągał Joego z jego ciała. Matko jedyna. Eve upadła na kolana. Pierś Joego. Krew…

– Żyje? – spytał Logan.

Widziała ledwo dostrzegalne drganie pulsu na skroni.

– Tak. Dzwoń – numer dziewięćset jedenaście. Szybko. Logan sięgnął do kieszeni po telefon i odszedł. Eve wpatrywała się w Joego.

– Nie waż się umierać. Słyszysz, Joe? Nie godzę się na to. – Podciągnęła do góry jego bawełnianą koszulkę. Przez moment zastanawiała się, gdzie się podziała dżinsowa koszula, którą nosił. Ucisk. Należało ucisnąć miejsce obok rany, aby zatamować krwotok.

– Fiske? – spytał Joe, otwierając oczy.

– Nie żyje. – Eve położyła rękę powyżej rany i mocno nacisnęła. – Po co to zrobiłeś?

– Musiałem… go zabić.

– To mnie nie obchodzi. Nie powinieneś ryzykować… Kto cię prosił? Wszyscy jesteście tacy sami. Gary, Logan i ty. Myślisz, że zbawisz… Nie zamykaj oczu. Nigdzie nie odejdziesz.

– Mam nadzieję. – Spróbował się uśmiechnąć.