Neil przeszukał stos podarowanych ubrań i wybrał dla siebie podkoszulek w żywym niebieskim kolorze oraz baseballową czapeczkę z symbolem odwołującym się do ekologii, pięknie wyszytym na daszku przez członkinię organizacji kobiecej z Sydney. Wśród ubrań znajdowały się także kurtki nieprzemakalne i aparat do oddychania pod wodą oraz transparent z malunkiem autorstwa przedszkolaków z Honolulu, przedstawiającym baśniową wizję atolu zamieszkanego przez miłe tygrysy i dostojne krokodyle. Odciągając na bok worek z listami, nadesłanymi przez sympatyków z całego świata, Neil doszedł do wniosku, że taka comiesięczna pomoc zapewniłaby zespołowi nieograniczone czasowo trwanie na wyspie. Pomógł Kimowi i Carline’owi rozbić największy namiot, który przeznaczyli na magazyn. Zaskoczyło go, że do wyposażenia tego namiotu należy kilka ciężkich kłódek.
W lagunie pozostało tylko pięć spośród jachtów przybyłych, żeby bronić załogi „Diugonia” przed Francuzami. Zgodnie z tym, co powiedział Neilowi Kimo, zapasy przybyszów były na wyczerpaniu. Bouquet wraz ze swoją grupą z „Croix du Sud” odpłynął, acz niechętnie, do Papeete po całonocnych tańcach przy ognisku na plaży i ostatnim spacerze z doktor Barbarą przy blasku księżyca. Andersonowie zostali – w podzięce za pracę przy akwedukcie ex officio dołączeni do siedmioosobowego zespołu zakładającego rezerwat. Otrzymali do dyspozycji namiot, łóżka polowe i materace. Teraz przysługiwały im posiłki przygotowywane przez Monique i panią Saito.
Gdy Neil zasugerował, że załogi pięciu jachtów powinny otrzymać z darów tyle żywności, by mogły spokojnie dopłynąć do Tahiti, napotkał sprzeciw Carline’a.
– Uważam, że nie. W rezerwacie potrzebujemy tego wszystkiego. – Amerykanin bawił się kłódką od magazynu. – Kto wie, kiedy przyleci następny samolot?
– Tak nam pomagali… Dali nam tyle rzeczy. Czeka ich długa droga na Tahiti.
– Dotrą bez problemów, jeśli zaraz odpłyną. Nie możemy ich zachęcać do dalszego zbijania bąków na wyspie. – Uśmiechając się z udawanym żalem, wyjął z rąk chłopca konserwy wołowe i z powrotem odstawił na jedną z uginających się pod ciężarem jedzenia półek. – Barbaro, czy nie mam racji?
Lekarka, wciąż w spłowiałym podkoszulku, spojrzała na stertę barwnych ubrań i kartony wypełnione puszkami, po czym wzięła Neila pod rękę i wyprowadziła go na dwór.
– David utrafił w sedno. Rezerwat to nie magazyn zaopatrzeniowy dla każdego zjawiającego się tu jachtu. Musimy myśleć o sobie i o pracy, jaką trzeba tu wykonać.
Neil uwolnił ramię z jej uścisku i stanął do niej twarzą. Carline i Kimo spoglądali na nich z wnętrza namiotu.
– Czyli, doktor Barbaro, nie damy nic członkom załóg, gdy nas tu odwiedzą? Nawet jeśli znajdą się w rozpaczliwym położeniu?
– Oczywiście pomożemy każdemu, kto naprawdę jest w potrzebie. Neil, nic nie wzięłam dla siebie. – Zapięła zardzewiałą agrafkę, która wyglądała pomiędzy jej piersiami jak talizman. – Ale bezwzględnie musimy wyznaczyć linię postępowania… wiele takich linii… w ciągu najbliższych tygodni. I pomożesz nam w tym, Neil…
Jakby w celu zweryfikowania jej postanowienia w trzy dni po odpłynięciu ostatniego z jachtów nieoczekiwanie przy rafie zarzucił kotwicę stateczek – sponiewierany przez sztormy jednomasztowiec „Parsifal” o żaglach jak patchwork i kadłubie w psychodelicznych kolorach. Różowofiołkowe i ostro zielone krechy migotały na falach niczym macki zagrożonej olbrzymiej ośmiornicy. Stateczek sprawiał wrażenie żywcem przeniesionego z lat sześćdziesiątych w lata dziewięćdziesiąte. Należał do hipisów, którzy upodobali sobie życie na morzu. Atol Saint-Esprit przyciągał tych tęczowych piratów – o długich włosach, związanych w kucyki, i ze skórzanymi, nabijanymi ćwiekami opaskami na przegubach dłoni – wizją życia tutaj, zrodzoną pod wpływem narkotyków. Jacht należał do dwóch Niemców – byłych pracowników architektonicznego biura projektów w Stuttgarcie. Towarzyszyły im dwie Niemki i dziecko, zabrani na pokład w Vancouver.
Neil był zdumiony, że nawet nie przyszli do obozu uczestników wyprawy i nie przywitali się. Żyli własnym życiem. Palili na plaży ogniska z drewna wyrzucanego przez morze, bawili się z dzieckiem i kąpali nago przy rafie. Wyławiali koral, cięli go na kawałki i robili z nich naszyjniki.
Ich obecność drażniła Monique. Dwaj męscy nieudacznicy rozpraszali ją, nie pozwalając się porządnie skupić na pracy związanej z zakładaniem obozu. Kimo się z nich śmiał, a Saitowie ledwie ich zauważali. Z kolei na Carline’a działali jak płachta na byka. Gdy kiedyś sam pilnował magazynu, ponieważ Kimo zamiatał pas startowy, ostrzegł lekarkę, że wkrótce hipisom skończą się zapasy żywności.
– Już widzę, jak kradną kurę i pieką ją nad ogniskiem. Wkrótce możemy mieć problemy z ochroną obozu.
– Kiedyś odpłyną. – Doktor Barbara odpoczywała w namiocie, popijając zrobioną jej przez Neila herbatę, i nie chciała sobie zaprzątać głowy Niemcami. – Nie ogrodzimy przecież wyspy i nie wypędzę ich.
– Mógłbym sporządzić listę dyżurów przy magazynie i ewentualnie zbudować budkę wartowniczą na plaży.
– Myślisz jak Francuzi.
– Barbaro, rezerwat musi być strzeżony. Wkrótce pojawi się tu mnóstwo okazów rzadkich gatunków.
– Jeden już jest. Posłuchaj go tylko, Neil… – Gdy Carline poszedł wypróbowywać kłódki, pociągnęła łyk herbaty i spojrzała w niebo. – Pewnego dnia on odejdzie, a po nim Kimo i Saitowie. Wcześniej czy później zostanę tu sama. Ciekawa jestem, Neil, kiedy ty mnie opuścisz?
Postanowił przynajmniej raz nie składać żadnych zapewnień. Doktor Barbara, spożywająca głównie słodzoną herbatę, żyła z głową w chmurach, razem z wielkimi albatrosami. Powróciło ich na wyspę już ponad sto, pokonując ocean tak niezmierzony jak marzenia tej kobiety. Ciałem była na ziemi, ale duchem na skrzydłach tych ptaków. Odmówiła wzięcia udziału w ważnej naradzie na temat ewentualnego racjonowania żywności, jakby rozmyślnie zapomniała, że przetrwanie zespołu zależy od darów przywiezionych przez dakotę. Neil zwrócił uwagę, że nie wyjęła nawet jednego listu z worka z korespondencją do niej, stojącego przy jej łóżku.
– Neil, ja odpoczywam. Zadbaj o to, żeby David nie wygłupiał się z tym pistoletem.
Głównie pomagała profesorowi Saito kopać tarasy. Z ciężką łopatą wspinała się po stoku wśród cykasów i paproci, w pocie czoła wbijając ostrze w zakurzone podszycie i oczyszczając ziemię pod pierwszy z tarasów.
Gdy po dwóch godzinach Neil wyjął łopatę z jej odrętwiałych rąk, usiadła obok niego, na niższej części powalonego masztu, i spoglądała na krążące w górze białe ptaki. Uśmiechała się niczym pogrążona w zadumie matka, jakby już pogodziła się z tym, że pewnego dnia odlecą z wyspy. Masując jej ramiona, Neil po raz pierwszy pomyślał, że byłaby szczęśliwa, gdyby została tu sama – bez Kima, Monique i Saitów, a nawet bez albatrosów.