– Więc odpłyńcie na Tahiti. Po co tu tkwić, głodując?
– Lubimy tę wyspę, pani doktor. Należy również do nas.
Lekarka walnęła pięścią w drucianą furtkę.
– To nie wasza wyspa! Należy do albatrosów i innych stworzeń, które muszą żyć w rezerwacie…
– Moje dziecko też potrzebuje rezerwatu. – Trudi przytulała zaniepokojonego Gubby’ego. – Niech pani da nam dla niego trochę mleka. Tylko dla niego.
– Mleko w proszku trzymamy na czarną godzinę. Poza tym nie jest wskazane dla dzieci.
– Doktor Barbaro… – Kimo trzymał drgającą furtkę. – Możemy dać coś dla dziecka. Ten jeden raz.
– Oczywiście… A co będzie jutro?
– Myślałem o dniu dzisiejszym, pani doktor.
– A ja myślę o przyszłości. – Spojrzała prowokacyjnie na obecnych, jakby sobie przypomniała, że nie jest sama w rezerwacie. – David, jestem pewna, że zgadzasz się ze mną!
– Oczywiście, Barbaro… – Malujące się na twarzy Carline’a sprzeczne uczucia świadczyły o tym, że toczy ze sobą walkę. – To trudna decyzja, ale podzielam twoją opinię.
– W porządku. A ty, Yukio?
– Moglibyśmy skorygować dietę… – Obawiając się reakcji żony, botanik ostatecznie nie zajął stanowiska. – Być może sporządzanie rozmaitych list jest słuszne.
– Z pewnością. Poświęcamy na to sporo czasu.
Neil, oglądając zajście ze schodów kliniki, miał poczucie, że jest świadkiem inteligentnie przeprowadzanego, lecz okrutnego eksperymentu. Nieważne, że hipiski słusznie domagały się jedzenia. Doktor Barbara poddawała próbie stanowczość uczestników wyprawy na Saint-Esprit. Wszystko na atolu podlegało jej „testom wytrzymałości”. Bez końca sprawdzała również, czy albatrosy i inne chronione okazy fauny i flory odpowiadają jej bezwzględnym oczekiwaniom.
Ku zaskoczeniu Neila to kobiety najbardziej nieustępliwie odmawiały pomocy hipiskom i choremu dziecku. Pani Saito i Monique solidarnie nacierały na wahających się mężczyzn, rzucając przestraszonej trójce za furtką groźne spojrzenia. Korzystając z ich wsparcia, lekarka przechadzała się wzdłuż ogrodzenia i sprawdzała wytrzymałość zardzewiałego drutu.
Na widok Neila z dwiema puszkami mleka w proszku w dłoniach strzeliła palcami.
– Neil, co to znaczy? Znalazłeś je na plaży?
– Wziąłem z półki w pani gabinecie. – Pokazał jej nie uszkodzone etykietki.
– Wziąłeś? – Wpatrywała się w niego z zawziętością, której dotychczas nie znał, jakby chciała przyspieszyć jego reakcję na czekającą go reprymendę. – To teraz je odniesiesz.
– Nie, pani doktor. Dam je Trudi, dla dziecka.
– A co będzie, jeśli stracimy wszystkie puszki? Jeśli pozbędziemy się całego jedzenia dzięki nierozważnej życzliwości dla innych?
– Nie dojdzie do tego, doktor Barbaro. A jeśli już, to nie tak szybko. Troszczymy się o zwierzęta, o albatrosy…
– Bo one są w niebezpieczeństwie. Dlatego zaczęliśmy tworzyć rezerwat. Ale nawet tu musimy wybierać. Wszystkiego nie da się uratować.
– Jednak nadal możemy być życzliwi, pani doktor. Gdy postrzelili mnie Francuzi, troszczyła się pani o mnie.
– I wciąż się troszczę. Tu też sytuacja może się pogorszyć i jeszcze będziesz mnie potrzebował. A teraz odnieś puszki do gabinetu.
– Nie. – Neil wyszedł za furtkę i stanął obok przykucniętych kobiet. Uśmiechnął się do niespokojnego dziecka, które pomachało do niego rączką. – Jeśli nie mogę dać tego mleka dla Gubby’ego, to zamieszkam z Trudi i Inger na plaży. Będę dla nich łowił ryby. Opuszczę rezerwat.
– Neil! – Lekarka usiłowała go przytrzymać za rękę. – Wspólnie dotarliśmy na Saint-Esprit. Nie możesz odejść…
– Założymy własny rezerwat, doktor Barbaro…
Carline podszedł do nich, chcąc ich rozdzielić. Uśmiechał się wyrozumiale jak misjonarz godzący dwóch rywalizujących ze sobą tubylców.
– Barbaro, zastanówmy się spokojnie. Mogę kazać przysłać na Saint-Esprit tonę mleka w proszku. Będziesz mogła się w nim kąpać.
– Neil najlepiej z nas łowi ryby – zwrócił jej uwagę Kimo. – Jest nam tu potrzebny, pani doktor.
Neil czekał na opinie pozostałych, świadom, że Japonka i Francuzka trzymają stronę lekarki. Już traktowały go jak banitę.
– Jest leniwy – oświadczyła z naciskiem pani Saito. – Nie pracuje, tylko marzy.
– Barbaro, niech odejdzie – poparła Japonkę Monique. – Już mieszka na plaży. Lepiej zatrzymać tu te kobiety. Nauczymy je pracować.
– Tak… – Ta sugestia sprawiła, że lekarce przeszła złość. Skinęła głową na Monique i krytycznym okiem spojrzała na Niemki. Myślami zdawała się przebywać daleko stąd, na innej wyspie i w innym rezerwacie, gdzie również nie ma miejsca na życzliwość. – No dobrze. Monique, powiedz im, że mogą mieszkać razem z dzieckiem w naszym obozie. Neil, to twoje podopieczne. Będą tu, jeśli je wyżywisz.
XI
Doktor Barbara pragnęła dziecka – nie własnego, co jednoznacznie dała do zrozumienia, lecz spłodzonego przez Neila z Inger lub Trudi – pierwszego urodzonego w rezerwacie. W ten sposób miało zostać uczczone powstanie nowego królestwa Saint-Esprit. Niemki właśnie czekały na Neila przy barbecue, gdy płynął do brzegu. Należało tylko ubolewać, że wciąż o wiele bardziej interesowało je, czy chłopiec potrafi zapełnić ich żołądki, a nie – w prezencie dla doktor Barbary – macice. Szedł z wysiłkiem ku brzegowi, zmęczony po godzinnym pływaniu w głębinie. Ciążył mu kombinezon nurka i butle tlenowe. Na widok nadzianego na metalową strzałę strzępiela Inger wiwatowała. Gubby pomachał rączką i zaczął chichotać, jakby dziwił się, że ryba jest taka duża, a Trudi pobiegła do Neila, żeby go podtrzymać.
– Neil, jaka ogromna. Nawet Jonasz nie miał z taką do czynienia… – Trudi usiłowała zachować równowagę w silnych falach. Po jej rękach płynęła krew ryby.
Inger odeszła od płonącego w barbecue ognia i wyciągnęła Neila z wody, odbierając od niego rybę i kuszę.
– Biedny Neil! Zapewne stoczyłeś z tym strzępielem prawdziwą bitwę. – Potarła ślad po masce wokół ust chłopca. – Trudi, znowu się całował. Chyba ma w morzu ukochaną…
– Dostaniesz największą porcję – zapewniła go Trudi, niosąc rybę do barbecue. - Zjesz połowę, a my resztę. Co za pływak… Mógłbyś wyruszyć do Honolulu.
– Nie podsuwaj mu takich pomysłów. Gdyby go tu nie było, głodowałybyśmy.
Neil kołysał się, stojąc na piasku i strząsał krople wody na zachwycone dziecko. Niemki odpięły mu szelki i postawiły na ziemi butle tlenowe, a następnie zdarły z niego czarny gumowy skafander. Inger przykucnęła i ściągnęła mu kąpielówki, odrywając od moszny splecione wodorosty, po czym posadziła go na piasku. Neil odpoczywał, bawiąc się z dzieckiem, a Niemki patroszyły rybę, ubrudzone po łokcie. Ostrze rzeźnickiego noża błyszczało w dłoniach jednej lub drugiej, gdy odcinały strzępielowi głowę, ogon i zdejmowały grubą skórę. W końcu nadziały dopiero co zabitą sztukę na bambusowy patyk. Z zadowoleniem słuchając skwierczenia pierwszych kropli tłuszczu na węglu drzewnym, zaczęły energicznie wycierać Neila ręcznikiem.
– Jesteś nowym Johnnym Weissmullerem – zagadnęła Inger. – Może pewnego dnia zabierzesz nas do Hollywood. Pomyśl tylko: Tarzan nie z jedną Jane, lecz z dwiema…
– Nikt tak nie potrafi łowić ryb – dołączyła się do pochwał Trudi i polizała pęcherze na skórze Neila. – Ani Wolfgang, ani, z całą pewnością, Werner. Zobaczysz, Neil, wkrótce się w tobie zakochamy…