Выбрать главу

Neil, nie chcąc uczestniczyć w napaści na pokojowo usposobionych Niemców, został przy pasie startowym. Kimo i pani Saito ruszyli na brzeg przez las, natomiast Carline zarekwirował łódkę Andersonów, najwidoczniej zamierzając zainscenizować nieoczekiwane wdarcie się na plażę od strony morza – w stylu generała MacArthura. Wsłuchując się w dźwięki wydawane przez silne uderzenia wioseł, Neil wsłuchiwał się również w dochodzący z kliniki uporczywy płacz Gubby’ego. Sądził, że Amerykanin chce spalić nędzne szałasy hipisów na plaży, ale okazało się, iż ten ma na oku bardziej kuszący cel. Bo oto nagle z tonącego jachtu buchnęły płomienie. Pod wpływem eksplodującej ropy dekoracja z psychodelicznych malunków na kadłubie „Parsifala” zaczęła się rozpadać, takielunek runął z masztu, a liny zwijały się w spirale. Z szałasu wyskoczył nagi Wolfgang i popędził do wody, lecz jacht zdążył się już wywrócić dnem do góry. Kajuta jarzyła się jak zapalona latarnia. Nawet Kimo i pani Saito, wraz z Neilem obserwujący z brzegu pożar, sprawiali wrażenie wstrząśniętych zniszczeniem stateczka. Carline zaś krążył wśród unoszących się na falach płonących części jachtu, odpychając je wiosłami i szczerząc zęby w uśmiechu jak pijany ojciec podczas dziecięcego przyjęcia w nienormalnej rodzinie. Neil odwrócił się nagle i przeciął pas startowy, oddalając się od laguny. Pod szałasem na plaży, który wybudował dla Trudi i Inger i gdzie je karmił oraz bawił się z Gubbym, fale zmywały resztki po pieczonych rybach. Ostatnie ości strzępiela zostały uniesione w głębiny i pogrążyły się w majestatycznej ciszy laguny.

Gdy po godzinie ruszył do obozu, na Saint-Esprit znowu panował mrok, bo wypalony kadłub jachtu zdążył już zatonąć. Zatrwożone niebo rozjaśniały tylko krążące nad atolem albatrosy, a ziemię fale oceanu, omywającego czarne plaże z jakimś maniackim uporem.

– Monique! Trudi!

W oknach kliniki widać było światła latarek. Na schodkach stała łkająca Inger. Pani Anderson próbowała ją pocieszyć. Przy drzwiach krążył Kimo, starając się zapanować nad nerwami jak wrażliwy policjant po tragicznym wypadku drogowym. Z laboratorium wyłonił się zaniepokojony hałasem profesor Saito. Zapinał przylegającą do wąskich ramion koszulę. Czyżby doktor Barbara umarła? Ziemia zdawała się usuwać Neilowi spod stóp. Wyobraził sobie ciało lekarki niesione na cmentarz nad białą koralową nawierzchnią pasa startowego. Pędząc do kliniki, miał poczucie, że Saint-Esprit wraz z postrzępionymi skałami najwyższego wzniesienia i albatrosami stacza się do laguny. Minął płaczącą Inger, usiłując w świetle latarek wyczytać coś z poważnej twarzy Kima.

Przy łóżku lekarki stał major Anderson. Uniósł moskitierę, jakby odblokowując zatrzask śmiertelnej pułapki, i oświetlił latarką białą, przesiąkniętą potem poduszkę, gdzie spoczywała głowa. Lepiące się od potu jasne włosy przypominały mokrą perukę. Na widok światła lekarka przewróciła oczami. Przez chwilę sprawiała wrażenie, że duszą znajduje się gdzieś daleko, może w płonącym „Parsifalu”.

– Doktor Barbaro… – Neil wysunął się przed majora Andersona i uklęknął przy łóżku. – To ja, Neil. Doktor Barbaro, niech pani nie umiera…

Monique odciągnęła go od łóżka, unikając spojrzenia lekarki. Objęła go tak mocno, że czuł bicie jej serca.

– Doktor Barbara nie umiera, gorączka jej spada. To bolesne, ale nie żyje ktoś inny…

Stojąca przy dziecinnym łóżeczku pani Anderson zdjęła z twarzy Gubby’ego dużą poduszkę. Dziecko leżało sztywno, z rączkami odrzuconymi do tyłu, ułożonymi tak z powodu przytłaczającej je poduszki. Źrenice były nieruchome. Pani Anderson uniosła lekko na dłoni głowę Gubby’ego, chcąc pokazać wszystkim jego niewidzące oczy. Ale Neil patrzył na poduszkę. Na wilgotnej poszewce widniały wymiociny i krwawy odcisk ust, tak samo jak na poszewce, którą palił po śmierci pana Didiera.

XII

Gorąca krew

Krzyk albatrosa przeszył powietrze. Ptak poderwał się do lotu, rozpościerając zakończone czarnymi piórami skrzydła, jakby chciał uderzyć Neila w twarz. Wzbił się ponad wierzchołek wzniesienia. Chłopiec opierał się o cokół masztu radiowego i machał ręką na samotnego albatrosa, niecierpliwie ścigającego wiatr. Inne, znużone lataniem, tkwiły na krawędzi skalnej ściany jak pasażerowie w nie znanym nikomu terminalu, spóźnieni na jedyny odlatujący stąd samolot, albo jak koczownicze plemię – wyrwane z macierzystego otoczenia i przeniesione w niewłaściwe miejsce i czas. Na Saint-Esprit żyły teraz tysiące albatrosów, co stanowiło jedyny niekwestionowany sukces doktor Barbary, zwycięstwo jej marzeń o stworzeniu rezerwatu. Gdy Neil przemierzał leśne ścieżki lub płynął do ławic piasku wokół atolu, miał wrażenie, że ptaki nawołują swymi monotonnymi głosami jasnowłosą kobietę, która je opuściła.

Szedł wzdłuż ściany skalnej, przeszukując zalesione zbocza ponad tarasami. Obóz rozbity przy pasie startowym, oglądany z wierzchołka wzniesienia, wyglądał na najspokojniejsze miejsce na świecie i takie wrażenie przekazywały do Papeete zdjęcia Saint-Esprit robione z patrolowych samolotów, od czasu do czasu krążących nad atolem. Z kuchennego piecyka, na którym Monique gotowała śniadanie, buchał coraz obfitszy dym, a Inger i Trudi zdążyły już spędzić godzinę na praniu pościeli w wannie. Na sznurach pomiędzy drzewami suszyły się prześcieradła. W spiżarni za laboratorium pani Saito soliła ryby i marynowała owoce morza, które znajdowała w rozlewisku pod ścianą skalną. W obozie nie było widać żadnego z mężczyzn. Minęła już dziesiąta, lecz Kimo i Carline nadal tkwili w namiotach, jakby czuli zmęczenie na samą myśl o spędzeniu dnia na ucieraniu bulw kolokazji i poszukiwaniu ignamów. Wkrótce Amerykanin ruszy spokojnym krokiem do spalonej wieży kontrolnej i zacznie dłubać przy tarczach radiofonów oraz przy mikrofonie, zatopiony w marzeniach o porcie lotniczym na odludnej wyspie. Z kolei Hawajczyk, bardziej nawet niż Neil zagubiony po zniknięciu doktor Barbary, wybierze kontakt z naturą. Kimo z upodobaniem spędzał czas wśród zamkniętych w zagrodach zagrożonych zwierząt, troszcząc się o nie, ale wypuścił na wolność kilka rzadkich ptaków. Po południu profesor Saito wyłoni się z laboratorium, mrużąc oczy z powodu słońca, i przez godzinę będzie wraz z panią Anderson pielił i podlewał wybujałą roślinność na tarasach, a major Anderson zostanie w kokpicie jachtu, spoglądając surowo na wyspę, która zawiodła jego nadzieje.

Na pozór na Saint-Esprit wszystko było po staremu, ale bez doktor Barbary rezerwat nie miał sternika. Neil dotkliwie odczuwał brak lekarki i nawet teraz, po trzech tygodniach od jej zniknięcia, nie mógł się pogodzić z tym, że już nie będzie go beształa, stojąc na schodach kliniki, za marnowanie czasu, ilekroć on zacznie kręcić się przy Inger i Trudi przed wyruszeniem na ryby. Przypuszczał, że Barbara Rafferty uciekła z wyspy, wsiadając na jakiś przepływający tędy jacht, świadoma, iż wkrótce zjawią się na Saint-Esprit przedstawiciele władz francuskich, by przeprowadzić dochodzenie w sprawie śmierci dziecka. Nikt nie miał całkowitej pewności, że to lekarka zabiła Gubby’ego, ale wszyscy zachowywali się tak, jakby przez cały czas widzieli w jej rękach zakrwawioną poduszkę.

Neil zapamiętał, z jakim lekceważeniem potraktowała następnego dnia rano pozostałych członków zespołu, popijając w milczeniu herbatę i dochodząc do siebie po ataku gorączki. Kimo spoglądał na swoje spracowane, zaciśnięte w pięści dłonie, uparcie natrząsając w myślach znaczenie śmierci małego, po czym ruszył na cmentarz i zaczął z furią kopać grób. Saitowie wycofali się do laboratorium – tej oazy zdrowia, dokonując w ciszy trudnych do wyobrażenia kalkulacji w związku z zaistniałym wypadkiem i jego moralnym wydźwiękiem. Z kolei Monique ostentacyjnie oglądała zdjęcie ojca, nie kryjąc się z przypuszczeniami, że również on został zamordowany. Carline zaś sprawiał wrażenie najmniej poruszonego śmiercią dziecka, choć uśmiechał się w napięciu i spoglądał na Barbarę Rafferty z nabożnym lękiem. Za to Andersonowie postanowili działać. Zbulwersowani prawdopodobnym uduszeniem Gubby’ego, przygotowywali swój jednożaglowiec do podróży na Tahiti, skłonni wyruszyć wraz z pierwszym odpływem i złożyć zeznania w prefekturze policji natychmiast po przybyciu do Papeete. Wraz z Neilem i czwórką pogrążonych w żalu Niemców stanowili orszak żałobny, podążający za Kimem niosącym martwe dziecko w trumience zbitej z desek po skrzynce na zabawki.