Выбрать главу

Martwił go bezbarwny głos lekarki. Omijał wzrokiem ślady nakłuć strzykawką na jej rękach, łudząc się nadzieją, że robiła sobie zastrzyki z witamin. Była wychudzona z powodu niedożywienia, a jej blada cera miała teraz odcień rzadkich arktycznych grzybów, hodowanych w laboratorium przez profesora Saito. Pomimo miłego przyjęcia traktowała Neila z dystansem, który rad byłby zlikwidować.

– Doktor Barbaro, rozumiem, dlaczego zabiła pani Gubby’ego – szepnął, pochylając się nad śpiącą lekarką, której jasne włosy rozsypały się po spoconej poduszce.

W godzinę po zapadnięciu zmierzchu obudziła się, pokrzepiona snem. Odgarnęła z czoła rozczochrane włosy i przesunęła językiem po zębach, jakby sprawdzała ich ostrość. Niebieskie oczy przeszukiwały ciemną jaskinię. Kilkanaście albatrosów polatywało nad stacją meteorologiczną. W mroku przypominały strzępy obdartej z ciała skóry, jakby ktoś rozpoczął wsteczną projekcję filmu przedstawiającego zrealizowane już, przerażające marzenia doktor Barbary.

Neil przez cały czas siedział przy niej. Bacznie śledził, jak lekarka odzyskuje pod wpływem snu swoje dawne siły, podniesiony na duchu jej basowym chrapaniem i głośnym jak u dziecka puszczeniem bąka. Odpędzał od niej moskity i wypatrywał na oceanie francuskiej łodzi patrolowej.

– W porządku, Neil. – Usiadła, wcielając się w rolę gospodyni. – Z pewnością jesteś głodny.

– Ravioli… frankfurtery… Ugotuję coś dla pani. – Szperał wśród puszek w torbie.

– Zostaw je. Twój organizm potrzebuje świeżego mięsa. Nie ma czasu na łowienie ryb, więc coś upolujemy.

– Upolujemy? Tu nie ma nic do upolowania.

– Wszystko jest tu do upolowania. Neil, każdy gatunek zwierzyny, jak się przekonasz…

Sen przemienił ją z letargicznej pustelnicy ze stacji meteorologicznej w stanowczą doktor Barbarę z „Diugonia”. Czekała niecierpliwie, aż zapadnie noc, z energią młodej kobiety chodząc w tę i z powrotem po występie u wyjścia ze stacji. W końcu poprawiła szorty, skinęła na Neila i ruszyła ku ścieżce. Schodziła tak szybko ze stromego zbocza, że z trudem za nią nadążał. Pędziła wśród tamaryndowców, siekąc maczetą liście. Błyskawicznie przedarli się przez paprocie do strumienia, kierując w wąską kotlinę w miejscu, w którym zbaczał on ku plaży. Wśród niepokojących cieni zamajaczyła wieża obserwacyjna. W jej szczelinach okiennych pojękiwał wiatr.

Doktor Barbara myła twarz i ręce, a Neil stał przy namalowanym krwią na murze graffiti.

– Dobrze. Poszukajmy naszej kolacji. – Wytarła z czoła błyszczące krople i skrzywiła się na widok obscenicznego malunku. – Ohyda… Mam nadzieję, że jestem lepszą lekarką niż artystką.

Ruszyła leśną ścieżką poniżej nie używanego akweduktu, ledwie dla Neila widoczna z odległości trzech metrów. Jej silne ramiona migały wśród drzew. Chłopiec potknął się, odwracając głowę, żeby zerknąć na graffiti. Usiłował zrozumieć motywy postępowania doktor Barbary. Zabiła kurę, a krew oraz wnętrzności rozmazała na ścianie, chcąc go sprowokować, następnie zaś zanieczyściła własnym kałem wodę w akwedukcie…

Przekroczyli palisadę z palm przy pasie startowym. Bez zatrzymywania się lekarka przeszła obok namiotów, w których spali członkowie zespołu. Z destylarki wydobywała się para – blade widmo unoszone przez wiatr. Doktor Barbara sprawdziła zamknięte na kłódkę drzwi kliniki i pomachała na Neila, kierując się do klatek zwierząt i ptaków.

– Poczekaj tu na mnie. Koguta, Neil, co? Jest smaczniejszy.

– Słucham? Doktor Barbaro?

– Kurę czy koguta? Co chcesz? Nie ma sprawy…

Z maczetą w ręku prześliznęła się przez druty ogrodzenia i rozpłynęła w mroku.

Neil usiłował unieruchomić rozkołysane druty i nasłuchiwał odgłosów paniki, docierających z zagród i klatek. Był przekonany, że Kimo zaraz zacznie budzić kobiety i w laboratorium oraz w namiotach rozbłysną latarki. Ale tylko przy jednej z klatek mignął rozedrgany welon piór i rozległ się odgłos szponów desperacko czepiających się sklejki.

Doktor Barbara zjawiła się przy ogrodzeniu, zanim Neil zdążył rozchylić druty, żeby mogła przejść. Z jej lewej dłoni kapała krew. W prawej trzymała podrygującego w śmiertelnych drgawkach rzadkiego bażanta mikado, którego przysłał do rezerwatu chirurg z Tajwanu. Pod bezwładnym grzebieniem wytrzeszczone oko ptaka wpatrywało się w lekarkę, jakby bażant dopiero teraz ją rozpoznał.

XIII

Myśliwi i kochankowie

Doktor Barbara siedziała na taborecie, rozdmuchując dogasający ogień. W miarę jak węgiel drzewny tracił blask, jej twarz, tak ożywiona i rumiana, stawała się na powrót blada i pozbawiona wyrazu. Rezygnując z dalszej próby podtrzymania płomieni, lekarka otarła tłuszcz z podbródka i schowała strzykawkę do skórzanej walizki. Obok, na skalnym podłożu, siedział Neil, pałaszując ciemne mięso bażanta, które przypomniało mu, jak nie znosił w dzieciństwie jeść zbyt skruszałego mięsa dzikiego ptactwa. Doktor Barbara rozkoszowała się bażanciną, odgryzając delikatną tkankę z piersi, która stanowiła prawdziwy przysmak. Neil wciąż był zaszokowany tym, w jaki sposób uśmierciła ptaka. Po prostu z nadzwyczajną wprawą ukręciła stworzeniu szyję. Jeśli nikt w rezerwacie nie był w stanie uchronić ptaków, to co potrafili ustrzec? Myśląc o tym, ile czasu spędził na karmieniu zagrożonego gatunku bażanta i sprzątaniu jego klatki, zdał sobie sprawę, że tuczył go na tę ucztę o północy. Kiedy Neil rozpalał ogień, doktor Barbara sprawiała ptaka ze zręcznością wyniesioną z prosektorium. Najpierw odcięła mu głowę, nogi i skrzydła, a następnie z werwą wypatroszyła. Śluzowate wnętrzności wciąż leżały w pobliżu ognia w kałuży krwi. Jej widok zdawał się lekarkę ożywiać nawet bardziej niż zastrzyk „witaminy”, którą sobie zaaplikowała jako aperitif, kiedy Neil szukał przy leśnej ścieżce drewna na podpałkę.

Gdy ogień zgasł, zanurzyła we wnętrznościach palec wskazujący, szukając serca, i z namaszczeniem pomazała czoło Neila.

– Zapamiętasz mnie na zawsze. – Z podziwem spojrzała na krwawy deseń na swoich rękach. – A pewnego dnia, kto wie, może nawet mnie zjesz…

– Wolfgang i Werner jedzą albatrosy. Co się stanie z rezerwatem?

– Wciąż tu jest, bardziej realny niż kiedykolwiek wcześniej. Żyjąc po swojemu, odnalazłam ten rzeczywisty rezerwat, którego szukaliśmy.

– Rzeczywisty? – Neil wydłubał odłamek kości spomiędzy zębów. – Przed trzydziestoma minutami ten bażant był czymś rzeczywistym.

– Nie! – prychnęła. – Saint-Esprit to twór naszej fantazji, świat na niby, odwołujący się do całego tego sentymentalizmu ruchu obrońców praw zwierząt.

– Nie chodziło tylko o sentymentalizm, pani doktor. Chciała pani ratować albatrosy.

– I nadal chcę. – Z troską wytarła mu krew z czoła. – Przykro mi, Neil. Najpierw na twoich oczach wykradłam bażanta, a potem kazałam ci go jeść.

– Smakował mi… bardziej niż strzępiel czy terpuga. Ale jeśli zaczniemy zjadać zwierzęta, to nic nie zostanie z rezerwatu.

– Nie, Neil… Zastanów się, czemu naprawdę miał służyć ten rezerwat. Dlaczego przypłynęliśmy na Saint-Esprit? Nie chodziło o ptaki. Na świecie nie brakuje albatrosów.

– Mówiła pani, że są zagrożone.

– Bo są, ale przetrwają. Śmierć paru albatrosów, szczurów laboratoryjnych czy psów gończych właściwie nie ma znaczenia. To my jesteśmy zagrożone: ja, Monique, pani Saito, Inger, Trudi, nawet biedna stara pani Anderson w roli ordynansa majora… Dziwię się, że nie nauczył jej salutować.

– Monique i pani Saito? Ma pani na myśli kobiety?

– Tak! Nas, kobiety! – Spojrzała triumfalnie na sklepienie jaskini, jakby witała nowo nawróconego. – Saint – Esprit to nie jest rezerwat dla albatrosów, lecz dla kobiet, a w każdym razie mógłby być. To my stanowimy najbardziej zagrożony gatunek. Przybyliśmy tu, żeby ratować albatrosy, a co osiągnęliśmy? Zamieniliśmy Saint-Esprit w kolejny przytulny domek na przedmieściu, w którym to my, kobiety, wykonujemy wszelkie prace. Dźwigamy ciężary, doglądamy wszystkiego, troszczymy się o przyszłość i na nasze głowy spadają rozmaite zmartwienia.