Выбрать главу

Oczy Neila przyciągnęła wynoszona z ładowni bambusowa klatka z jaskrawo upierzonym ptakiem. Może był to altannik od kogoś z Papui Nowej Gwinei albo rzadka ara modra od sympatyka z Peru. Niestety, jak przekonali się Neil i doktor Barbara, olśniewająco piękne ptaki, które najsilniej poruszały sumienia pasjonatów z ruchu obrońców praw zwierząt, miały najbardziej żylaste mięso. Członkowie zespołu potrzebowali zwyczajnego drobiu – kaczek i gęsi.

– Doktor Barbaro… – zawołał lekarkę myjącą się w wodzie, którą przyniósł ze strumienia. Namydlała ręce i ramiona ku zaciekawieniu obserwujących ją albatrosów.

– O co chodzi, Neil? Czy przywieźli nam krowę? Monique zacznie robić ser…

– Nie, ale dzieje się coś dziwnego… David i Kimo ruszyli się ze swoich miejsc.

Carline zdjął słomkowy kapelusz i podążył na przystań. Zasalutował wysiadającym z hydroplanu ludziom jak pełnomocnik rządu witający delegację konsularną. Kimo zsunął się z hamaka, porzucając wianek z trawy, który właśnie wił. Major Anderson płynął do brzegu swoją łódką, a jego żona wyszła z kuchni i w pośpiechu ruszyła przez pas startowy na przystań. Podobnie Monique otrzepała pobrudzone mąką ręce, porzucając pieczenie chleba. Stanęła za panią Saito przy sznurze z trzepocącymi na wietrze prześcieradłami. Patrzyła na Carline’a witającego przybyszów – dwóch umundurowanych mężczyzn z przypiętymi do pasów rewolwerami. Ale uchylili przyjaźnie czapki.

– Doktor Barbaro… – Neil wytężał wzrok, bo widok zasłaniały mu wzbijające się w niebo, rozwrzeszczane albatrosy. – To są francuscy żandarmi…

Lekarka zapięła bluzkę i stanęła obok Neila, spoglądając na przystań. Po raz pierwszy sprawiała wrażenie pozbawionej pewności siebie. Wąchała swoje czyste paznokcie, jakby starała się wyczuć uspokajający fetor brudu i krwi.

– Neil… Wygląda na to, że musimy tam pójść. Naprawdę nie sądziłam, że się zjawią.

– Po co tu przyjechali, pani doktor? Czyżby zostali powiadomieni o Gubbym?

– Ktoś to musiał zrobić. To nie była tajemnica. Większość jachtów ma radiostacje. – Spojrzała na niego nieprzytomnie, uśmiechając się i obejmując go. – Przygotuję się.

Ubrała się pospiesznie, zapakowała do torby kilka ciuchów oraz strzykawkę i stanęła w drzwiach stacji meteorologicznej, obrzucając błędnym wzrokiem atol, jak rozkojarzona marzycielka, która musi porzucić nawiedzającą jej umysł wizję. Nawet albatrosy ją opuszczały. Tysiące ptaków, spłoszonych przez hydroplan, poderwało się do lotu z zarzuconych kośćmi skał pod szczytem wzniesienia i zaczęło krążyć nad rafą.

– Idziemy, Neil. – Wsłuchiwała się w zamierające krzyki ptaków. – Będzie lepiej, jeśli oni nie odkryją jaskini. Zostawię śpiwór. Możesz się tu schronić, jeśli zapragniesz być sam. Będziesz o mnie myślał?

– Pani doktor, pojadę z panią do Papeete. – Usiłował dodać jej otuchy, ale już zamykała się w sobie. Przestała być ognistą kochanką i łowczynią, na powrót stając się ginekologiem-położnikiem, lekarką w wyświechtanych ciuchach, którą kiedyś poznał w Waikiki. – Zeznam, że nie zamordowała pani dziecka.

– Ależ ja je zamordowałam, Neil. Zamordowałam. Chcę, żebyś tu został i nadzorował prace. Pani Saito wie, co należy robić.

Niosąc jej torbę, podążał za nią ścieżką. Na przystani żandarmi rozmawiali z Carline’em i z Monique. Wskazywali dłońmi na laboratorium, zagrody dla zwierząt, magazyn i klinikę jak zaintrygowani turyści. Neil, przekonany, że zaraz zaaresztują doktor Barbarę, postanowił odlecieć wraz z nią hydroplanem i zapewnić jej przynajmniej jednego przychylnego świadka na czekającym ją w Papeete procesie. Zastanawiał się nad jakimś chytrym sposobem wybawienia jej z opresji. Ponownie rozważał możliwość poślubienia jej. Matka byłaby zaszokowana synową, ale pułkownik Stamford mógłby nawet pochwalić wybór Neila.

Gdy po dwudziestu minutach wynurzyli się z lasu, na przystani zebrali się już wszyscy. Neil oczekiwał, że Trudi i Inger oskarżycielsko wskażą doktor Barbarę, ale one siedziały na plaży i z podziwem wpatrywały się w zgrabny kadłub hydroplanu. Lekarka i chłopiec mogli jeszcze uciec. Mogli dopłynąć do jednej z wysepek wokół atolu, których były setki, i żyć tam, na zawsze w ukryciu, łowiąc ryby i polując na ptaki.

– Neil… – Doktor Barbara zatrzymała się przed pasem startowym. – Posłuchaj… Co to za dźwięk?

– Silniki… – Natychmiast torba wydała mu się lżejsza. Śmigło obróciło się i rozbłysło w słońcu, rzucając blask na widniejącą za nimi ścianę skalną. – Doktor Barbaro… Oni odlatują… Żandarmi odlatują!

Barbara Rafferty oparła się o buldożer. Gdy hydroplan oddalał się od brzegu, wyprostowała ramiona. Jeden z żandarmów przykucnął przy luku i zasalutował Monique oraz pani Saito. Pani Anderson już wróciła do kuchni. Jej zawiedziony mąż tkwił obok swojej łódki, nadal rozglądając się wśród wzgórz w poszukiwaniu chłopca i lekarki, nieświadomy, że stoją za buldożerem. Kimo zmierzał spokojnym krokiem do hamaka wśród tumanów koralowego pyłu, poderwanego z pasa startowego pędem powietrza wzbudzonym przez pracujące silniki maszyny. Trudi i Inger wciąż siedziały na piasku, podciągając sukienki i machając młodym mężczyznom z załogi hydroplanu.

– Doktor Barbaro… – Neil uniósł torbę niczym wojenne trofeum. – Nie zawiadomili policji… Nie musi pani wyjeżdżać. Może pani zostać na Saint-Esprit.

– To znaczy więcej, o wiele więcej. – Lekarka uśmiechnęła się powściągliwie do siebie i chwyciła Neila żelazną ręką, gdy chciał przekrzyczeć warkot silników.

Na przystani stały trzy bambusowe klatki z kakadu o zielonożółtych czubach. Papugi jak na komendę odwróciły się od hydroplanu i utkwiły wzrok w groźnej postaci swej nowej pani.

Carline czuwał przy szczątkach wieży kontrolnej ze zniszczonym przez pożar mikrofonem w ręku, czekając, aż hydroplan dotrze do miejsca, z którego będzie mógł wystartować. Spoglądał na zbliżającą się do wieży lekarkę z przyjemnością. Nie skakał z radości, jednak otwarcie podziwiał jej odwagę i cieszył się, że dochował złożonej sobie obietnicy. A Barbara Rafferty podeszła do niego wyprostowana jak władczyni – gotowa wydać pierwsze tego dnia polecenie.

Część III

XIV

Poczęta córka

Wielka ryba, obijana przez fale, leżała w niewodzie koło rafy. Z jej żółtych skrzeli ciekła krew. Neilowi, znajdującemu się w bezpiecznej odległości dziesięciu metrów, równowagę zapewniała lina cumownicza, przyczepiona do nadburcia rufy „Diugonia”. To była największa ryba, jaką udało mu się kiedykolwiek złowić – rzadki gatunek płaszczki. Zabłąkana w oceanie, zaplątała się w niewodzie, pracowicie zrobionym przez Neila i Kima z siatek do wolanta, podarowanych zespołowi rezerwatu przez producenta sprzętu sportowego z Tokio.