Выбрать главу

– Są przepracowani. Nigdy nie dała im pani chwili wytchnienia.

– Nie pracowali racjonalnie. – Wyciągnęła rękę, w której trzymała kieliszek z winem. – Nie potrafili zachować właściwego tempa. A najgorsze ze wszystkiego jest to, że nie pracowali wspólnie. I mieli zbyt wiele skomplikowanych projektów.

– Myśli pani o pomyśle Davida otoczenia obozu palisadą? Albo o planie profesora Saito założenia farmy rybnej?

– Wspaniałe idee, ale absolutnie niepraktyczne. To kobiety potrafią ze sobą współpracować i współżyć. Stoimy mocno na ziemi i nie rywalizujemy ze sobą nieustannie. – Zmarszczyła brwi, gdy profesor Saito zaczął ją przywoływać drżącym głosem. – Szkoda tylko, że przed wyruszeniem z Honolulu nie zwerbowałam więcej kobiet. Być może powinniśmy przyjąć do rezerwatu nowe wolontariuszki. Ucieszyłoby cię to, Neil, co?

– Oczywiście. Ale w końcu będę musiał wyjechać… jak David czy Kimo. Będzie pani potrzebowała nowych pomocników.

– Tyle wspaniałych kobiet czeka, żeby do nas dołączyć. – Zaczęła przerzucać stos listów, dostarczonych przez przepływający w pobliżu atolu rejsowy statek pasażerski, i wyjmować załączone do nich zdjęcia. – Silnych młodych kobiet, zapalonych do pracy w rezerwacie.

– I silnych mężczyzn. Mogłaby pani wybrać sam kwiat.

– Nie potrzebujemy tu więcej mężczyzn. Jeden silny i zdrowy w zupełności wystarczy. Mamy ciebie.

Dotknęła brody Neila i przesunęła pachnącym formaliną palcem po jego ustach, ale nie odważył się jej objąć. Wyposzczony seksualnie zaczął się kręcić po klinice, w nadziei że oszołomiona wypitym winem lekarka weźmie go do łóżka. Opróżnił basen profesora Saito i zmienił mu zakrwawione prześcieradło. Następnie doktor Barbara oczyściła Neilowi głęboko przeciętą koralem skórę na ramieniu i założyła szwy, po czym zaczęła go pieścić z macierzyńską tkliwością. Czas jej zmysłowych uniesień przeminął. Neil obserwował ją, gdy rozkładała nadesłane zdjęcia jak karty taroka i postukiwała połamanymi paznokciami w szczere, przyjacielskie twarze – jasnowłosej dentystki ze Sztokholmu, trzydziestoletniej krupierki z Atlantic City, lesbijek z Sydney, uczennic z południowego Londynu, absolwentki fizyki na Sorbonie, kelnerki z koktajlbaru na Florydzie i dwóch zakonnic.

– Pokażę im wszystko, co potrafię – zapewnił doktor Barbarę. – A kiedy Inger i Trudi urodzą, będę uczył dzieci łowić ryby na harpun.

– Myślałam o czymś innym. – Pozbierała zdjęcia i cisnęła je do szuflady. – Neil, czas to jest nasze prawdziwe utrapienie. Cykl rozrodczy człowieka trwa tak długo… Gdyby tylko natura zapewniła nam krótszy okres ciąży, stworzyłabym dziecięcą cieplarnię, żeby przyspieszyć nadejście przyszłości, i zapełniłabym rezerwat kobietami.

– Byłby to rezerwat dla kobiet? – spytał, jakby głośno myślał. – Dla kobiet, które nie lubią mężczyzn?

– Kobiety nie czują antypatii do mężczyzn. – Lekarka sprawiała wrażenie zaszokowanej takim stawianiem sprawy. – Rodzimy ich i przez całe życie pomagamy im zrozumieć samych siebie. A mówiąc ściślej, jesteśmy dla nich zbyt łaskawe, dopuszczając, żeby się bawili w te swoje niebezpieczne zabawy. Jednak ciebie nie krytykuję, Neil. Jesteś najbardziej lojalny ze wszystkich; od początku zachowujesz się właściwie. To dzięki tobie Inger i Trudi są w ciąży.

– Monique też.

– Tak… i to jest prawdziwe osiągnięcie. Nie sądziłam, że tego dokonasz. Potrzebujemy tyle córek, ile tylko zdołamy powołać do życia. Jest jeszcze jedna kobieta na Saint-Esprit, z którą powinieneś teraz zetknąć się bliżej.

– Z kim? – Neil zbliżył się do lekarki. Już wcześniej spoglądał na wąskie łóżko za biurkiem. – Z panią, pani doktor?

– Nie… – Odwróciła się do niego plecami. – To przykre, ale jestem za stara na urodzenie dziecka. Myślę o pani Saito.

– O żonie profesora Saito? – Neil patrzył przez okno na laboratorium. Japonka krzątała się wśród rzadkich roślin, opryskując je środkiem owadobójczym i wygłaszając połajankę wątłym liściom, jakby chciała je w ten sposób zmusić, by szybciej rosły. Ta mała sztywna kobieta, skłonna zaspokoić każdy kaprys profesora Saito, a zarazem trzymająca go żelazną ręką, nigdy nie pozwoliłaby Neilowi zbliżyć się do siebie. – Doktor Barbaro, pani Saito nie zechce, nawet gdyby profesor nie żył. Znam ją…

– Ja też. – Lekarka uśmiechnęła się, spuszczając oczy. – Rozmawia ze mną o wszystkim. Jednak pani Saito aprobuje to, co musi aprobować.

Neil próbował protestować, ale uświadomił sobie, że od kilku miesięcy Japonka poświęca o wiele mniej czasu na pielęgnowanie chorego męża. W małżeństwie dwójki botaników nastąpiła znacząca zmiana. Neil podejrzewał nawet, że profesor Saito usiłował załatwić z kapitanem Garfieldem przelot samolotem do Japonii. Kiedyś wieczorem zastał botanika w szałasie na plaży, kiedy ten czytał przy świetle latarki otrzymaną korespondencję.

– Pani doktor, wciąż nie mogę uwierzyć, że ona…

– Nie obudź profesora Saito. – Lekarka wyjęła z sejfu doniczkę z drzewkiem bonsai i wręczyła ją Neilowi. – Idź do niej teraz i daj jej to. Spodziewa się ciebie…

XV

Nowe wolontariuszki

W dwadzieścia minut później Neil stał na schodach laboratorium. Zastępująca drzwi moskitiera zamknęła się za nim. Pani Saito była już ubrana i zajęta pracą. Cmokała, krzątając się wśród roślin. Po chwili pchnęła pięścią okienko nad drzwiami, chcąc się pozbyć najdrobniejszego śladu zapachu Neila i nie zważając na wytworzony we wnętrzu przez system klimatyzacyjny mikroklimat. Zdumiała go gwałtowność, z jaką odbyli stosunek seksualny. Wciąż dysząc, dotknął siniaków na ramionach w miejscach, w których pani Saito ściskała go swymi silnymi dłońmi. Spojrzał na pogrążony w ciszy obóz. Zakłócał ją tylko krzyk makaka, wtórującego jękom profesora Saito. Osobliwe eksperymentowanie ze śmiercią, które miało się odbywać na tej wyspie za sprawą prób z bronią jądrową, doktor Barbara zastąpiła równie osobliwym eksperymentowaniem z życiem. Ale po raz pierwszy Neil uprzytomnił sobie, że oba projekty mają ze sobą więcej wspólnego, niż dotychczas sądził. Miękkie teraz jądra wciąż bolały go od uścisku dłoni pani Saito.

„Leniwy chłopiec”, mamrotała, sterując jego biodrami, by doznać orgazmu. Robiła to w taki sam sposób, w jaki manipulowała parzącymi się pekari, doprowadzając je do szczytowania. Gdy wszedł do laboratorium z drzewkiem bonsai, stanowiącym, jak się domyślał, znak uzgodniony wcześniej pomiędzy doktor Barbarą i Japonką, uśmiech na twarzy tej ostatniej pojawiał się i znikał z szybkością wyzwalania migawki w aparacie fotograficznym. Wzięła z ręki Neila doniczkę i zaprowadziła go w głąb laboratorium, gdzie rozebrał się do naga i położył na materacu w otoczeniu hodowli grzybów o odrażającym zapachu. Czekając na panią Saito, żywił pewne podejrzenia, że ona przyniesie „rumaka” na baterie z elektrycznym ejakulatorem. Nie zamknęła drzwi. Natomiast zdjęła ubranie w taki sposób, jakby chodziło o popis zręcznej iluzjonistki. Wyglądała niczym dziewczynka z piersiami dojrzałej kobiety. Natychmiast Neila dosiadła. Jej biała twarz poruszała się nad nim jak maska kryjąca wszelkie emocje, ale patrzyła na niego jak na jakiegoś osobliwego stwora, podstępnie wyłowionego z głębin laguny i ograbianego z nasienia cennego niczym ikra królewskiego jesiotra.

Neil – świadom tego, że jest bezwzględnie wykorzystywany, lecz zarazem pogodzony z rolą, jaką faktycznie spełniał na Saint-Esprit – ruszył obok pogrążonych w ciszy namiotów na pas startowy. Koralowa nawierzchnia była tak samo biała jak twarz pani Saito. Ta biel była tak agresywna, że zieleń pobliskich drzew sprawiała wrażenie coraz bledszej. Wieże obserwacyjne dla kamer i bunkry jakby wycofały się do lasu z chwilą, w której wyspa wchłonęła w siebie śmierć, wypartą teraz przez wolę doktor Barbary powołania do życia nowych ludzkich istot.