— Maudi! — zawołał Care.
Kobieta spojrzała na niego. Nieznana kobieta ubrana w biały kitel. Care, niezupełnie jeszcze zdając sobie sprawę, gdzie się znajduje, odwrócił się. Leżał bez ruchu w obawie, by nie stwierdzić, że został kaleką. Nigdzie nic nie bolało. Może narkotyki zagłuszają ból? Henry leżał nie poruszając się, dopóki całe ciało nie zdrętwiało. Ale wraz z tym przejmującym uczuciem odrętwienia przyszła świadomość, że ciało to istnieje, jak dawniej posłuszne Henry’emu, i że każdy mięsień, choć zdrętwiały, jednak też istnieje i gotów jest do działania. Świadomość uwalniała się od senności. Na tę chwilę widocznie czekano. Szerokie oszklone drzwi rozsunęły się bezgłośnie i do pokoju, jak zresztą można się było spodziewać, wszedł ktoś o powierzchowności zwykłego prowincjonalnego lekarza. Pachnącą lekarstwami dłoń położył na czole Henry’ego. Ręka, nadspodziewanie ciężka, wtłoczyła głowę w poduszkę.
— Obudziliśmy się — rzekł lekarz profesjonalnym, pochlebnym, dodającym otuchy tonem. — Czujemy się świetnie. Nasza struktura psychiczna jest absolutnie normalna. Gotowi jesteśmy spojrzeć prawdzie w oczy. Czyż nie tak, mister Care? Nie zaczynam od słów pocieszenia. Zostawmy je tchórzom. Będziemy się do siebie odnosili z szacunkiem. Szacunek dla pacjenta to gwarancja powodzenia. Jest pan człowiekiem współczesnym, mister Care, powinien więc pan lubić technikę. Nie przestraszy się pan pewnych nowinek medycznych. Nie powinien się pan przestraszyć!
Odrzucił koc i nacisnąwszy palcami czoło Henry’ego, zmusił go do odwrócenia głowy tak, aby zobaczył…
Na brzegu łóżka tkwiła ośmiornica. Wypukłe niklowe pudło wysuwało cienkie czerwone rurki, karbowane węże, powrósła różnobarwnych przewodów. Przewody i węże poruszały się ledwo dostrzegalnie. Teraz kiedy zrzucono z niego koc, Henry zrozumiał, skąd się bierze to uczucie unieruchomienia. Był przykuty do łóżka. Metalowe bransolety w kilku miejscach obejmowały jego ręce i nogi. Pierś stanowiła bezkształtną niemal bryłę śrub. Rurki i węże ośmiornicy wpijały się w tę bryłę. Henry poczuł mdłości i zakręciło mu się w głowie. W pokoju pociemniało. Dalsza krawędź łóżka, gdzie leżały skrępowane nogi, uniosła się i popłynęła w górę. Przez ścianę z waty usłyszał jeszcze kilka zdań:
— Kierownica samochodu osadzona była zbyt sztywno. Odłamki żeber dostały się do serca… Uszkodzenia funkcjonalne…
Henry stracił świadomość. Potem przez wiele dni trudziły się nad nim białe kitle. Bez wyraźnego współczucia, bez ciekawości — wszystko już chyba sprawdzono na tysiącach małp, na tysiącach świnek morskich, na dżdżownicach. Kiedy wieczorem szczególnie starannie mierzono temperaturę i badano ultradźwiękiem dawne blizny operacyjne, znaczyło to, że nazajutrz nowy krok. Jeszcze jeden krok ku temu, że wykreśli się z ciebie wszystko, co ludzkie, i zastąpi także czymś żywym, ale odrażająco obcym. Kiedyś równocześnie ze stołem operacyjnym ujrzał malutką małpkę rozciągniętą w narkozie. Bezradne, wygolone do czysta, siniejące ciało. Tylko łapy w kosmatych rękawicach. Na pewno owego dnia skalpel tknął ją pierwszą i drobniutki kawałeczek wykrojony z małpich tkanek zastąpił coś w ciele Care’a. Zastąpił… co mianowicie? Fragment nerwu czy zdruzgotaną kość? Tak czy owak przeobrażał się w chimerę, w troisty stop tykających przyrządów, ludzkiej świadomości i narządów ukradzionych mieszkańcom ogrodu zoologicznego.
Czy w pobliżu znajdowali się jeszcze tacy sami półludzie? A może dla innych proces przekształcania w żywy przyrząd kończył się agonią, życie ulegało przerwaniu pod uderzeniem defibrylatora usiłującego po raz ostatni pobudzić serce prądem elektrycznym?
Operacje odbierały mu jedną cząstkę ludzką po drugiej, dopóki wszystkiego nie zastąpiła Kula.
Podobnie jak inwalidzi uczą się używać protez, Henry uczył się obchodzić z Kulą. Drobiazgową instrukcję należało wykuć i zapamiętać na całe życie. Właściwie dla Care’a całe życie mieściło się teraz w Kuli. Kuli Care nie był potrzebny. Żyła ona swoim życiem. Komórki i mikropory Kuli kryły w sobie złożony łańcuch istot żywych. Łańcuch zaczynał się od mikroorganizmów, które egzystowały wyłącznie kosztem promieniotwórczego rozpadu izotopów cezu. Organizmy następnego szczebla żywiły się radioaktywnymi drobinami i wytwarzały elementarne białka. Jeszcze wyżej zorganizowane mikroby pochłaniały białkowe pozostałości drugiego szczebla, kwas węglowy i wydzielając tlen przekazywały go bezpośrednio do tętnic Care’a. Czwarty szczebel dostarczał Care’owi wysokoenergetycznych substancji odżywczych, piąty — fermentów niezbędnych do przyswojenia produktów czwartego szczebla. I tak dalej. Wszystko mieściło się w Kuli. Kultury zespołu były niepowtarzalne. Kula kosztowała miliony. Był to cud, był więc — jak każdy cud — przeciwny naturze.
Kiedy Kula zastąpiła pożywienie i powietrze, oddech skórny stał się zbędnym luksusem, Care’a zmuszono do zanurzenia się z głową w lepką ciecz wypełniającą cylindryczny zbiornik. Wskutek tej procedury ciało zostało powleczone błoną plastykową supertrwałą, superwytrzymałą, super… super… super… Jakież to jeszcze wspaniałe właściwości miała ta nowa skóra? Zapomniał już, chociaż mu wszystko wyjaśniano. Wiele mu wyjaśniono. Człowiek powinien umieć się obchodzić z maszyną, którą mu powierzono. Tym bardziej jeśli sam jest tą maszyną. W dzieciństwie Henry lubił kukurydziane racuszki z powidłami jabłkowymi. Teraz nos i usta zalepiła nieporównana, supertrwała błona. Care nie może już poczuć aromatu jabłek, kwiatów, świeżego ciasta. Nie jest mu już potrzebne zwyczajne jedzenie. Chwała ci, troskliwa Kulo! Wdmuchujesz tlen w arterie i siłę w mięśnie! A co zrobić z aromatem jabłek? Gdzież się podział? Znikł wraz z głodem, smakiem, pragnieniem. Tylko w jakimś zakamarku mózgu poniewierają się resztki wrażeń. Na co ci one teraz? Wybij je sobie z głowy, tłucz się po łbie wygolonym do połysku, zalanym supertrwałym plastykiem. Nawet uderzenia odczuwa się przezeń tępo jak przez poduszkę… Co teraz robią Maudi i syn? Chłopiec też lubi kukurydziane racuszki z powidłami jabłkowymi. Ma obrzmiałe wargi, a górna jest nieco wywinięta. To wszystko dlatego, że oddycha ustami. Słabiutki chłopaczek. Ale powietrze Parku Narodowego Rollstone wyjdzie mu na zdrowie…
…Z południowego wschodu leci śnieżna kurzawa Gdzie kończy się biel obłoków? Wzrok nie znajduje horyzontu, od tej jaskrawej bieli kręci się w głowie. Znowu przyszły oblodzenia, górą wygryzione przez słońce, od dołu poszarpane przez wiatr. Słowem, sam diabeł szykując się do wieczornej herbatki zwalił na dno niezmierzonej białej czary bryły nadtopionego, porowatego cukru. Gdzieś tam z wytężonej pamięci wychynął instynkt pragnienia. Henry nie potrzebował wody. To wiedział dobrze. A jednak odwieczny instynkt pragnienia malował w jego wyobraźni kostki lodu w oszronionym pucharze, karafki z wodą, blaszane krążki, kurki wodociągowe i znowu kostki lodu. Lód i woda…
Chciał oblizać wargi, ale były zaszyte; porywisty wicher nie powinien przenikać do resztek niepotrzebnych już płuc. Bezmyślne pragnienie. Cóż jeszcze można mu odebrać, skoro zabrano najprostszą radość zaspokajania pragnienia?
Nie, coś pozostało, coś…
Dziś rano ocknął się radosny, przypomniał sobie coś dobrego. Zrozumiał, że mimo wszystko wyprowadził w pole swoich panów, owinął na palcu, podsunął im niedoskonały fragment swojego ciała. Nie wyzwoliwszy się jeszcze z mgły porannego snu, potajemnie z nich szydził. Działo się to wszystko w półśnie, nadawało więc zbyt wielkie znaczenie jego drobnemu w istocie zwycięstwu. To nawet nie zwycięstwo, to wybieg. Zdołał zachować dar wyłącznie ludzki — zdolność do płaczu. Można płakać nad swoim losem i cieszyć się z płaczu. Chociaż to poniżający triumf, łzy jednak są przywilejem człowieka, maszyna nie zna gorzkiej cieczy strat i współczucia.