Pachniało zimnym powietrzem, widocznie mówiący otworzył drzwi w głębi korytarza. Ten sam głos oddalając się powtórzył całkiem cicho: „Spele…” Znowu podmuch powietrza — drzwi się zatrzasnęły. Wszystko ucichło. Ale i w ciszy zdarzają się szmery. W uszach Henry’ego wraz ze szmerem zaszeleściło: „Spele… Spele… Spele…” Wcisnął głowę w ramiona, by zagłuszyć te dźwięki. Zamiast nich usłyszał jęk i hardzo szybkie mamrotanie. Coś, co przypominało magnetofon puszczony z większą szybkością. Nic nie można zrozumieć:,ra — ra — ra, bu — bu — bu, ra — ra — ra…” Mamrotała jednak nie taśma magnetofonowa, lecz człowiek.
Drzwi sąsiedniego pokoju rozwarte na oścież. Otwarte! Niepojęte! Henry nie widział jeszcze w klinice ani jednych chociażby nie domkniętych drzwi (idealne rygle i podkładki uszczelniające — w większości pomieszczeń gmachu utrzymuje się nadciśnienie powietrza nie pozwalające przeniknąć mikroorganizmom). Wejść7 Dlaczego do siebie zwraca to pytanie? Czyż nie jest wolny we wszystkim z wyjątkiem Kuli? Jeszcze zaledwie kilka kroków. W pokoju sąsiada było ciemno, ale gdy Henry przestąpił próg, światło rozbłysło. Pośrodku superhigieniczne łóżko, bez sensu ustawione, na ukos przegradzające pokój. Leżał na nim ktoś nakryty z głową niebieskim prześcieradłem.
Care pochylił się i ostrożnie zsunął prześcieradło z głowy leżącego. Ten od razu, jak gdyby automatycznie, podniósł rękę i nieprzyjemnie białe, bezkostne zdawało się palce obmacały twarz Henry’ego.
„Niewidomy — zrozumiał Care. — Blady jak nie dopieczone ciasto. Pewnie dawno go nie wynoszono na słoneczko”.
Ręka sąsiada namacała Kulę i na niej się zatrzymała.
— To znam — z wysiłkiem, lecz nader wyraźnie rzekł sąsiad. — Widziałem takie kule. Kiedy mogłem widzieć. Nie wszyscy je mamy…
— Kto — my?
— Ci, którzy trafili do tej kliniki. Czyż nie wiesz? Agenci wyjeżdżają do każdej katastrofy. Zabierają tych, co się nadają. Nie wszyscy się nadają. Tylko absolutnie zdrowi.
— Dlaczego zdrowi? Po kraksie… Tylko kalecy — jak ja…
— Powiedziałem — zdrowi. Błahe obrażenia się nie liczą. I ty byłeś zdrowy. Zwyczajny! I ja. Z każdego szpitala wypisano by nas po tygodniu. Zalepiono by zadrapania plastrem i wypisano…
— Ale mnie powiedziano… — Care zaczynał rozumieć.
— Że zebrano cię po kawałeczku? Wszystkim tak mówią. Potem zjawia się Kula i koniec ze wszystkim. Od Kuli się nie odczepisz, tak jak się nie da odczepić od własnej głowy.
— Łżesz! — półszeptem krzyknął Care. — Kłamiesz, straszysz! Po prostu zawistny jesteś o to, że przynajmniej widzę. Byłem kaleką, rozumiesz? Zupełnym kaleką. Wyleczyli mnie i jestem wdzięczny!
— Przed śmiercią ludzie pozwalają sobie na taki zbytek: nie kłamać. Wyleczyli cię? Toś ty ślepy, nie ja. Mnie także leczyli. Gdzie moje oczy, nie wiesz? Leżą w chłodni i czekają na mnie. Jako przyszła nagroda za wszystko, czego powinienem dokonać. Resztki nerwów wzrokowych zakonserwowano. O, tu…
Białymi palcami dotknął kącików oczu.
— Ale po co im to wszystko? Po co?
— Mnie nazwano Spele. To znaczy Jaskinia. Uczyniono mnie takim, abym pracował w jaskiniach. Węszył, macał, nasłuchiwał — ślepi robią to lepiej niż widzący. I ciemność jaskiń ich nie przeraża, nie działa im na nerwy. Dla nich cały świat jest jaskinią, przywykli. Rozumiesz? Świetnie pomyślane. Od ciebie też tego i owego potrzebują… Jesteś im przecież tak wdzięczny…
Spele zająknął się, kilkakroć ciężko i ochryple westchnął i szybko coś zamamrotał. To samo „bu — bu — bu”, które Henry słyszał już na korytarzu.
— Co ci jest bracie? Przestań! Bredzisz… Przestań! Jestem tu… Przestańże no!
W rozpaczy Henry potrząsnął Spelem złapawszy go za barki. Ten zamilkł i znów ciężko westchnął.
— M — mm… Jeszcze jeden ich pomysł. Operacja gardła. Ślepemu, sam rozumiesz, trudno pisać. I długo to trwa. A ręce? Przy pisaniu ręce zajęte, ślepy nie może pisać i patrzeć równocześnie… Przecież patrzy rękami. Trzeba więc mówić, mówić, mówić… Wszystko, coś namacał, powiedz, wszystko, coś usłyszał, powiedz. Aparat notuje. Aparat zawsze z tobą, podobnie jak twoja Kula. Ale człowiek mówi powoli. Według nich zbyt wolno. Uczono mnie mówić szybko, jeszcze szybciej, jeszcze… Potem zrobiono operację. Coś tam z wiązadłami głosowymi. Teraz można mnie puścić z dowolną szybkością. Jak magnetofon. Sam się wprawiam w ruch. Przywykłem. Trudno mi teraz mówić jak wszyscy. Zwyczajnie. Gdybyś ty wiedział, jak trudno… A oczy gdzie?… Obiecano mi je zwrócić przed śmiercią. Może sądzą, że nie przetrzymam operacji. Tę operację przetrzymam. Ostatnią… Zawołaj kogoś! Dlaczego nikt nie idzie? Zawołaj… Nie, idź sobie! Jeśli cię tu znajdą, będzie z nami krucho. Idź sobie, idź!..
Odszedł. Złamany, zrozpaczony, bezsilny. Przed spotkaniem ze Spelem sądził, że tylko on jest taki — z Kulą. Wydawało się, że wyjątkowość sytuacji stanowi pośmiertną gwarancję współczucia i uwagi. Cóż, gwarancja pozostała — gwarancja uwagi eksperymentatora dla myszy doświadczalnej. A jednak, jeśli takich jak on jest wielu, to dobrze. Ciężkie brzemię podzielone na sto części przestaje być ciężkie. Nie, to nie pocieszenie, ciężaru moralnego nie dzieli się na części. Takich jak on jest wielu… Czy to dodaje otuchy, czy odbiera nadzieję? Jeśli jest ich wielu, to znaczy, że usiłują oni zjednoczyć swoje siły. To dodaje otuchy. Jeżeli jest ich wielu, to znaczy, że każdy już próbował i opadał z sił. To odbiera nadzieję.
Ilu ich jest? Dziesięciu, stu, tysiąc? Odpowiedź na to pytanie wydała mu się niezwykle potrzebna i ważna.
Odpowiedź uzyskał, kiedy ujrzał „bibliotekę”. Niewielka sala rzeczywiście przypominała pomieszczenie katalogu bibliotecznego. Albo muzeum. Albo kolumbarium. W każdej szufladce „katalogu” biło serce. Tak, było ich wiele. I wszystkie przezornie oddzielone od siebie metalowymi ściankami komórek.
Henry, ma się rozumieć, nigdy nie mógłby się przedostać do „biblioteki”, gdyby nie jego ucieczka.
Postanowił uciec z kliniki. Nawet z powodu najcięższych okaleczeń nie skreśla się przecież wolnych obywateli z ewidencji. Nie zaczynać tylko na ten temat dyskusji z lekarzami i administracją kliniki. Wnikliwa pogawędka kończy się zastrzykiem i jakimś draństwem.
Ucieczka wydawała się sprawą łatwą. Skrzydło szarego, bardzo długiego gmachu kliniki sięgało do niewielkiego parku. Park szerokim łukiem ogradzała wysoka siatka, brama nigdy jednak nie była zamknięta i nikt jej nie strzegł. Niedbalstwo wyglądało na pułapkę. Ale za siatką była ulica, miasto, życie. Zazwyczaj Care spacerował w innym parku, osłoniętym ze wszystkich stron betonowymi ścianami wiwarium i laboratoriów. Ale trzy razy w tygodniu, wieczorami, przyprowadzano go na galerię, tę samą, z której obserwował ceremonię przekazania prochów. Tam czekał, aż wezwą go do gabinetu na kolejne badanie serca aparaturą kimograficzną. Skomplikowane przyrządy wymagały starannego przygotowania, trzeba więc było czekać piętnaście do dwudziestu minut.