Выбрать главу

Kansas City to centrum sąsiedzkich układów utrwalonych przez związki rodzinne przez dziesiątki lat.

Czas, jakby je omijał. Dzieci bawiły się na trawnikach, a dorośli siedzieli w chłodzie wieczoru na werandach, tak jakich dziadowie i pradziadowie. Nie ruszyliby się nawet, gdyby dookoła trwało bombardowanie. Dziwaczne, stare, olbrzymie budynki miały jakiś swoisty czar starych przytulnych miejsc. Widząc to, można się zastanawiać dlaczego Kansas City ma tak okropną reputację. Te domy z ich spokojnymi mieszkańcami stanowiły enklawę nietykalności, bezpieczeństwa, stałości starych wartościi zasad.

Krążyłem po ulicach, próbując wczuć się w nastrój dzielnicy. Była akurat leniwa pora dnia, czas na pierwszego drinka, na podlewanie trawników i sąsiedzkie pogawędki.

Tak właśnie to wyglądało. Przed sobą zobaczyłem kobietę pracującą w ogródku. Była w stroju do opalania, odsłaniającym plecy. Wyraźnie nie miała nic wspólnego z pasożytami, tak jaki dwoje małych dzieci biegających obok niej. Więc wszystko było w porządku.

Panował upał — większy niż w Waszyngtonie. Rozglądałem się za „nagimi plecami”, za ludźmi biegającymi w skąpych letnich strojach i sandałach. Kansas City należało do miast religijnych i czuło się tu purytańskie wpływy. Ludzie nie rozbierali się z powodu upałów z tak radosną jednomyślnością, jak w Laguna czy Corel Beach. Całkiem ubrani mieszkańcy nie byli rzadkością nawet w najbardziej gorący dzień. Owszem, biegała po ulicach masa dzieciaków skąpo odzianych, ale na kilkanaście mil, które zrobiłem jeżdżąc po mieście, spotkałem pięć kobiet i dwóch mężczyzn z nagimi plecami. A widziałem w sumie może z pięćset osób. Tego dnia słońce grzało bezlitośnie.

Wziąwszy pod uwagę, że kilku ubranych prawdopodobnienie było zarażonych, reszta — jakieś dziewięćdziesiąt procent populacji to żywiciele.

Kansas nie było tylko kontrolowane, jak na przykład Brooklyn, było skomasowanym siedliskiem tych potworów. To miasto pasożytów. Poczułem paniczne pragnienie, żeby natychmiast stąd zwiać. Przecież wiedzieli, że uciekłem z pułapki na rogatkach. Będą mnie szukać. Możliwe, że pozostałem jedynym wolnym człowiekiem. A oni są wszędzie dookoła.

Próbowałem opanować rozdrażnienie. Agent, który daje się w takiej sytuacji złamać, jest bezużyteczny dla Sekcji.

Policzyłem do dziesięciu i starałem się uspokoić, by przemyśleć sytuację. Przecież to niemożliwe, żeby pasożyty mogły opanować całe miasto liczące milion mieszkańców. Przypominałem sobie swoje doświadczenia sprzed dwóch tygodni. Ilu nowych żywicieli mogliśmy wtedy złapać? Oczywiście to była mało znacząca część inwazji, podczas której byliśmy uzależnieni od dostawcy nowych pasożytów. Tymczasem Kansas City musiało mieć własny latający talerz, który wylądował gdzieś niedaleko. To nadal wydawało się absurdem. Przecież do opanowania takiego miasta potrzeba nie jednego statku kosmicznego, ale tuzina, albo i więcej. Ale jeśli byłoby ich tak wiele, stacje kosmiczne musiałyby je spostrzec. Radary wykryłyby to.

Zastanawiałem się, w jaki sposób przenoszą się z miejsca na miejsce.

Może po prostu się pojawiają, zamiast spadać w dół jak rakiety. Może używają przestrzeni czasowej? Nie wiem, co to wszystko naprawdę oznacza i chyba nie ma nikogo, kto by wiedział. Nie domyślamy się nawet, do czego są zdolne pasożyty, jakie są ich możliwości techniczne i chyba bezsensem jest oceniać ich stopień rozwoju przez pryzmat naszej wiedzy.

Ale dane jakie zebrałem nasuwają wniosek, który zaprzecza logice. Dlatego muszę wszystko sprawdzić zanim przekażę te informacje. Jedno było pewne: jeżeli założymy, że pasożyty chcą opanować miasto, zachowują to w tajemnicy. Starają się, by Kansas wyglądało jak normalne skupisko wolnych ludzi. Może dlatego nie rzucałem się w oczy tak bardzo, jak sądziłem.

Nagle spostrzegłem, że mijam tereny należące do dzielnicy plażowej. Zawróciłem. Pomyślałem, że na terenie kąpieliska powinienem spotkać tłumy ludzi, a tu teren wyglądał na zupełnie opustoszały. Brama była zamknięta i wisiało na niej ogłoszenie: „Na czas sezonu zamknięte”. Basen kąpielowy zamknięty podczas najgorętszej części lata? O co chodzi? Może po prostu przestało się komuś opłacać? Z drugiej strony było sprzeczne z logiką ekonomii zamykanie takich miejsc w okresie największych zysków.

Ale przecież kąpielisko to jedyne miejsce, gdzie maskarada pasożytów nie udałaby się. Z punktu widzenia ludzi, zamknięty basen był mniej podejrzany niż basen opustoszały w tak upalną pogodę. Wiedziałem, że pasożyty próbują postępować zgodnie ze sposobem myślenia ludzi.

Przesłanki: pułapka na rogatkach, za mało letnich ubrań, zamknięty basen.

Teza: pasożytów jest niewiarygodnie więcej niż ktokolwiek z nas przypuszczał.

Wnioski: Akcja Powstrzymanie była oparta na błędnym rozpoznaniu liczebności wroga i jej powodzenie nie jest możliwe.

Kontrargument: wszystkie moje przypuszczenia są trudne do udowodnienia. Już słyszę powstrzymywany sarkazm ministra Martineza, widzę jak rwie mój raport na strzępy. Poza tym moje spostrzeżenia dotyczą tylko Kansas City, gdzie indziej mogą być bezużyteczne. „Dziękujemy panu bardzo za wysiłek, ale chyba potrzebuje pan odpoczynku, żeby uspokoić rozkołatane nerwy. A teraz panowie…”

Cholera! Muszę mieć jakiś mocny argument, na tyle mocny, żeby Starzec mógł przekonać Prezydenta i jego doradców. Powinienem zdobyć go natychmiast. Co naprawdę przekonywującego mógłbym tu znaleźć? Przejść się śródmieściem wśród tłumu i powiedzieć Martinezowi, że jestem pewien, iż każdy człowiek którego mijałem był żywicielem? Jak mógłbym to udowodnić? A właściwie, dlaczego jestem tego tak pewien? Nie mam talentu Mary. Przybysze z Tytana organizują życie w zajętych przez siebie miejscach podobnie jak my i trudno będzie znaleźć dowody na ich istnienie.

Najsilniejszym dowodem była pułapka na rogatkach. Teraz już wiedziałem, w jaki sposób można opanować dosłownie całe miasto, kiedy ma się wystarczającą ilość pasożytów. Czułem, że spotka mnie podobna niespodzianka w drodze powrotnej, i że pewnie to samo dzieje się na platformach startowych, a także przy wszystkich innych wyjściach i wejściach do miasta. Każda osoba opuszczająca Kansas jest następnym agentem władców, a każdy wjeżdżający, nowym niewolnikiem.

Tego byłem absolutnie pewien, nie musiałem sprawdzać. Sam przecież zorganizowałem taką pułapkę w Klubie Konstytucyjnym.

Na rogu jednej z ulic zauważyłem automat gazetowy „Kansas City Star”. Zawróciłem i podszedłem tam. Wrzuciłem dziesięć centów i czekałem na gazetę. Wydawało mi się, że trwato bardzo długo. Czułem, że każdy przechodzeń przygląda mi się. Zawartość dziennika, jak zwykle emanowała tępo nudną mieszanką szacunku i godności, żadnego podniecenia. Ani słowa o stanie zagrożenia, czy akcji odsłaniania pleców. Główna informacja z nowości nosiła tytuł: „Łączność telefoniczna zerwanana skutek huraganu”; podtytuł brzmiał: „Miasto prawie odizolowane”. Zamieszczono również kolorowe, trójwymiarowe zdjęcia Słońca zniekształcone przez jakąś wysypkę. Fotografie nieźle podrobiono, albo były przedrukiem.

Reszta gazety wyglądała normalnie. Wsadziłem ją pod pachę, żeby później dokładnie przejrzeć i zamierzałem wrócić dowozu… Właśnie w tym momencie samochód policyjny zatrzymał się. Gliniarz wysiadł.

Nie wiadomo skąd, nagle pojawił się tłum. Przed chwilą było jeszcze pusto. Teraz dookoła roiło się od przechodniów, a policjant szedł prosto do mnie.