Выбрать главу

— Przedtem nazywano mnie Allucquere.

— Allucquere — powtórzyłem, wsłuchując się w brzmienie tego niezwykłego słowa. — Allucquere. Dziwne i piękne imię. Brzmi niepokojąco i majestatycznie. Moja ukochana Allucquere.

— Teraz mam na imię Mary.

Kiedyś, gdzieś została skrzywdzona, bardzo skrzywdzona. Miałem wrażenie, że nigdy niczego nie zdradzi mi na ten temat. Przypuszczałem, że kiedyś miała męża, było to dla mnie dziwnie oczywiste. Może ten fakt powodował jej błysk w oczach, kiedy wspominałem o jej przeszłości. Postanowiłem nie myśleć o tym. Była terez moją żoną i czułem się szczęśliwy, mogąc rozkoszować się ciepłem jej uczuć. Dalej mówiłem do niej Mary, bo wiedziałem, że tego chce. Ale imię Allucąuere zapadło mi w pamięci i wciąż je powtarzałem w myślach. I zupełnie przypadkiem trafiłem na ślad pochodzenia jej imienia. W mojej pamięci odnalazłem informację, która wydawała mi się do tej pory bezużyteczna.

Istniała kiedyś społeczność, która używała własnego, przez siebie stworzonego języka, nadawano w niej także imiona jej członkom. To był Whiteman i anarchistyczno-pacyfistyczna społeczność, którą wyrzucono do Małej Ameryki. Pamiętam książkę napisaną przez ich proroka — „Entropia Radości”. Nie czytałem jej, tylko przejrzałem kiedyś. Pełno tam było pseudomatematycznych formuł mających zapewnić szczęście. Wszyscy są szczęśliwi i tym samym stają przeciwko złu. Praktyki kultowe owej sekty były niezwykle twarde.

Mieli przedziwne i bardzo już stare rozwiązanie problemu seksu. Rozwiązanie, które zdawało się im odpowiadać, ale które wywoływało niesamowity efekt, gdy kultura Withemanów zetknęła się z innymi wzorcami zachowań. Nawet Mała Ameryka okazała się niewystarczająco daleko. Gdzieś słyszałem, że wyznawcy tego kultu wyemigrowali na Wenus. Pewnie wszyscy już nie żyją.

Starałem się o tym nie myśleć. Jeżeli nawet Mary należała do tej społeczności, czy w niej została wychowana, to jest to tylko jej sprawa. Nie pozwolę, żeby kiedykolwiek kwestia kultu czy religii rozdzieliła nas. Jeśli nie chciała, żebym o tym wiedział, to po prostu omijaliśmy drażliwe tematy. Nie szperałem pośród tych informacji po to, by nasycić swoją ciekawość. Po prostu szukałem Mary.

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI

Kiedy po raz drugi wspomniałem o pigułkach czasowych, już się nie sprzeciwiała. Zaproponowała tylko, żebyśmy wzięli minimalną dawkę.

Przygotowałem zastrzyki, żeby zaczęło działać szybciej. Zazwyczaj, kiedy je brałem, patrzyłem na zegarek. Kiedy wskazówka pokazująca sekundy zatrzymywała się, wiedziałem, że zaczęło działać. Tutaj nie mieliśmy żadnego zegarka. Właśnie wstało słońce. Nie spaliśmy przez całą noc i leżeliśmy teraz na tapczanie przy kominku.

Po zrobieniu zastrzyków przytuliliśmy się rozmarzeni i szczęśliwi. Zastanawiałem się, czy pigułki już zaczęły działać. I wtedy spostrzegłem, że słońce zatrzymało się. Znajdowało się przez cały czas w jednym punkcie. Patrzyłem na ptaka, który przelatywał za oknem. Mogłem dostrzec ruch jego skrzydeł.

Spojrzałem na swoją żonę. Słoneczny blask odbijał się na jej pięknej, szlachetnej twarzy. Pirat leżał obok zwinięty w kłębek.

— Co ze śniadaniem? — zapytałem. — Chyba jestem głodny.

— Bardzo chętnie. Przygotuj coś, ja nie mogę się ruszyć, bo obudzę Pirata — odpowiedziała sennie Mary.

— Przysięgałaś mi miłość, szacunek i śniadanie — zażartowałem i połaskotałem ją w piętę.

Mary poderwała się. Kot wrzasnął i skoczył na podłogę.

— I widzisz, co zrobiłeś? Poruszyłam się zbyt gwałtownie i przestraszył się. Na pewno czuje się urażony.

— Nie przejmuj się kotem. To ja jestem twoim mężem.

Wiedziałem, że popełniłem błąd. Człowiek pod wpływem pigułek czasowych powinien zachowywać się wobec innych bardzo ostrożnie. Nie pomyślałem o tym. Przecież kot pomyślał sobie, że jesteśmy kompletnie pijani. Musiał się nieźle przestraszyć. Spróbowałem go przywabić. Ale nic z tego. Zaczaił się przy drzwiach i wyglądał na całkiem obrażonego. Pomyślałem, że jeśli będę próbował złapać go, przestraszę go jeszcze bardziej. Dałem spokój i poszedłem do kuchni.

Właściwie Mary miała rację. Zawirowanie czasowe, to nie jest najlepszy pomysł na miodowy miesiąc. Ekstatyczne szczęście, które czułem dzięki przebywaniu z Mary zostało wyparte przez euforię wywołaną przez narkotyk. Wyraźnie odczuwałem różnicę i sztuczność tego, co się ze mną działo. Przeczuwałem, że coś tracę. Zmieniłem prawdziwą magię szczęścia, na chemiczny substytut. Nie czułem się źle, ale wolałem rzeczywistość.

Wieczorem zaczęliśmy dochodzić do siebie. Odczuwałem lekkie podenerwowanie, które zawsze się pojawia, kiedy narkotyk przestaje działać. Sprawdziłem swoje reakcje — były normalne. Mary doszła do siebie jakiś czas przede mną.

— Czy chcesz wziąć jeszcze? — zapytała łagodnie. Przytuliłem ją i pocałowałem.

— Nie, kochanie. Tak bardzo cieszę się, że wróciłem.

— To dobrze — wyszeptała i pocałowała mnie w czoło. Narkotyk przestał działać i poczułem się wściekle głodny.

Powiedziałem o tym Mary.

— Może za chwilę — zaproponowała. — Chciałabym poszukać Pirata. Nie ma go już cały dzień.

— Nie przejmuj się, to mu się często zdarza.

Ale ja wiem, że on się na mnie obraził.

Jest na pewno u starego Johna. Zawsze ucieka do niego, kiedy się na mnie pogniewa. Na pewno jest bezpieczny.

— Ale jest już tak późno. Boję się o niego. Przecież jakiś kojot może go dopaść.

— Ależ kochanie tutaj nie ma kojotów.

— No to może lis, albo coś innego. — Była naprawdę zaniepokojona.

— Pójdę go zawołać. Może jest gdzieś niedaleko.

— Załóż coś na siebie — powiedziałem. — Na dworze może być teraz chłodno.

Zawahała się. Po krótkiej chwili wróciła do sypialni i założyła szlafrok. Kiedy wyszła, dołożyłem do ognia i poszedłem do kuchni. Musiała zostawić otwarte drzwi, bo kiedy próbowałem zrobić coś do jedzenia, usłyszałem jej głos.

— Niedobry kot! Zmartwiłeś swoją panią.

— Złap go i zatrzaśnij drzwi! — krzyknąłem. Mary nie odpowiedziała. Nie usłyszałem też, żeby wchodziła, więc wróciłem do salonu. Kiedy wróciła, kota z nią nie było. Chciałem już coś powiedzieć, ale zobaczyłem wyraz jej oczu. Patrzyła na mnie, a w jej spojrzeniu było coś strasznego, nie do opisania. Przerażenie i ból.

— Mary! — krzyknąłem i podbiegłem.

Ze spazmatycznym wrzaskiem, rzuciła się w kierunku drzwi Kiedy się odwróciła, zobaczyłem jej ramiona. Pod szlafrokiem miała pasożyta.

Nie wiem, jak długo stałem bez ruchu. Pewnie ułamek sekundy. Dla mnie to była wieczność. W końcu skoczyłem i złapałem ją za ramiona. Nie mogłem pozwolić jej uciec. Spojrzała na mnie. W jej oczach nie było już przerażenia, były puste.

Kiedy mnie kopnęła uświadomiłem sobie, że teraz jest moim przeciwnikiem i będę musiał z nią walczyć o nią samą. Wiedziałem, że do wroga podchodzi się z wyciągniętymi ramionami, ale w końcu to była moja żona. Musiałem uważać, żeby nie zrobić jej krzywdy. Tymczasem pasożyt nie miał wobec mnie żadnych skrupułów. Nie mogłem zabić Mary, nie chciałem tego. Musiałem zabić pasożyta, aby uwolnić Mary.

Uderzyłem ją z całej siły w twarz. Ale to nawet jej nie osłabiło. Upadliśmy na podłogę. Uderzyłem ją głową w twarz, żeby mnie nie gryzła. Próbowałem ją sparaliżować, uciskając odpowiednie punkty na jej ciele. Nie pozostało mi nic innego, jak usunąć pasożyta. Wiedziałem jaki szok to powoduje, miałem nadzieję, że to nie zabije Mary, chociaż na pewno zrani dotkliwie. Chciałem pozbawić ją przytomności, a potem delikatnie go usunąć. Mogłem to zrobić przy pomocy ognia, tylko, że to było bardzo bolesne.