Zacisnęła wargi.
— Sypiasz z nim teraz — mówił oschle. — Wszyscy o tym wiedzą.
— Traktuje mnie lepiej, niż ty to robiłeś — rzekła powoli, kiwając głową.
— Lepiej niż ja? — spytał, naprawdę zaskoczony. — A cóż ja ci takiego zrobiłem.
— Nic. W ogóle nic — rzekła, błyskając oczyma. — Traktowałeś mnie jak papier toaletowy, który wyrzuca się po użyciu.
— Do diabła! To nie jest uczciwe z twojej strony!
— Ale jest prawdziwe, Keith.
— I dlatego odeszłaś, by związać się z McDermottem. Zaproponował ci lepszy interes.
— Och, ty frajerze! Faktycznie zaproponował mi lepszy interes, ale i dla ciebie.
— Co to ma oznaczać?
Zaczęła mówić, ale zaraz przerwała i odwróciła się doń tyłem. Chwycił ją za ramię i obrócił twarzą ku sobie.
— O czym ty mówisz? — zawołał. — Jaki lepszy interes?
Sądził, że ona płacze, lecz jej oczy były suche. Panowała w pełni nad sobą.
— Jaki lepszy interes? — powtórzyła z przekąsem. — Zostawiłam cię samego, tak abyś mógł się poświęcić bez reszty pracy. Swoim zdjęciom Jowisza i wydrukom komputerowym. Tylko to było ci zawsze potrzebne, prawda? Trochę fizjologicznej wygody i żadnych więzów uczuciowych, które mogłyby przeszkadzać.
Chwiejąc się nieco na nogach, cofnął się o krok i stanął dalej od niej.
— Jezu Chryste — powiedział wzdychając — zdaje mi się, że słyszę Doris.
— Doris? Twoją byłą żonę?
Skinął głową.
Jo opadły ramiona, a z oczu zniknął ogień.
— Ja cię nie opuściłam, Keith — powiedziała cicho. — Ja nigdy nie byłam częścią twego życia. Nigdy mi nie pozwoliłeś, abym nią mogła być.
Odwrócił się od niej i przez chwilę obserwował horyzont, wodząc oczyma za grzbietami fal. Z wolna zaczął mu powracać spokój. „Muszę ją zostawić w spokoju — przemknęło mu przez myśl. — Jest zbyt młoda, by się ze mną wiązać. Nie jestem dla niej odpowiednią partią.”
— Słuchaj, Jo — rzekł, zwracając się znowu ku niej — to jest diabelnie mała wyspa, a my się będziemy spotykać prawie codziennie. Zawrzyjmy więc rozejm i zapomnijmy o wszystkim, co się między nami wydarzyło. W porządku?
— Czemu nie? — W jej głosie zabrzmiało napięcie. — Ja tylko spacerowałam sobie po plaży, żeby zobaczyć, jak to miejsce wygląda. Trzymaj się!
Oddaliła się, a on został sam. Wzruszył ramionami i powoli ruszył przed siebie po plaży w przeciwnym kierunku. Jo dopiero po kilkunastu minutach, gdy trzykrotnie upewniła się, że Keith zniknął w oddali, pozwoliła sobie zapłakać.
Stoner szedł wolno po plaży, przeklinając swą głupotę, ale nie wiedząc, co mógł innego zrobić. W pewnej chwili zobaczył Jeffa Thompsona, który siedział oparty o gruby pień pochyłej palmy.
Widząc zbliżającego się Stonera Jeff wstał.
— Jak ci się podoba nasz tropikalny raj? — spytał, zamiast wypowiedzieć słowa powitania.
— Zastanawiałem się właśnie, ile razy śniłem o przybyciu na taką wyspę, gdy byłem dzieckiem — odparł, ukrywając głęboko myśl o Jo.
— No i przybyliśmy.
— Taak, niewątpliwie. — Stoner nabrał w płuca pachnącego solą powietrza. — Twoja rodzina zdecydowała się do ciebie przyjechać?
— Nie — odparł Thompson. — Gloria nie chce, aby dzieci przerywały naukę. Uważam, że ma rację. Będę więc przez parę miesięcy słomianym wdowcem.
— Może przed końcem maja będziemy już w domu.
— Duża szansa.
— Mhm. Całkiem możliwe.
— Dziś po południu przylatuje samolot z Rosjanami.
— Nie wiesz, ilu ich wysłali?
— Z tego, co słyszałem, około dwudziestu. Ciekawe, gdzie ich zakwaterują.
— W pokojach sypialnych, w domach. Niektórych w przyczepach kempingowych. Myślę, że będzie dla nich miejsce, o ile nie zechcą trzymać się razem.
— A jutro mają podobno przybyć inne samoloty — dodał Thompson. — Jeden z kwatery NATO, drugi wysłany przez ONZ z naukowcami reprezentującymi trzeci świat.
Stoner przez chwilę rozgarniał butem piach.
— Ta wyspa to nie stacja naukowa — mruknął wreszcie. — To cholerny cyrk polityczny. Następną rzeczą, jaką tu sprowadzą, będzie królowa Anglii i mormoński chór „Tabernacle”.
— Występy tylko w niedzielę…
— Uwaga! Uwaga! — rozległo się nagle z pobliskiego głośnika, jednego z wielu zainstalowanych w różnych punktach wyspy.
Thompson i Stoner jednocześnie spojrzeli w stronę megafonu przymocowanego do pnia palmy.
— Należy się spodziewać, że radziecka delegacja przybędzie o godzinie szesnastej trzydzieści. Spotkanie zapoznawcze z członkami radzieckiej delegacji zostało przesunięte na godzinę dwudziestą pierwszą, po kolacji.
Beznamiętny, metaliczny głos zamilkł tak nagle, jak się odezwał, i Stoner przez chwilę miał wrażenie, jakby w powietrzu dookoła niego powstała dziura. Zaraz jednak powiała bryza, rozległ się krzyk mewy, wiatr zaszeptał w koronach palm. Wyspa powróciła do normalności.
— Są spóźnieni — rzekł Thompson.
— Pewnie lecą radzieckim samolotem? — zaśmiał się Stoner. — Z niezawodną, radziecką załogą.
Markow z przejęciem obserwował wyspę przez okno, gdy samolot zaczął ją okrążać, wciąż szybując na znacznej wysokości.
Maria siedziała obok niego, na siedzeniu od strony przejścia, trzymając się poręczy fotela tak kurczowo, że aż zbielały jej stawy palców. Lot trudno byłoby nazwać spokojnym. Najpierw musieli okrążyć gwałtowną burzę nad Uralem, potem lądowali ponadplanowo niedaleko jeziora Bajkał, aby uzupełnić paliwo. Tam dowiedzieli się, że jeden z silników ma usterkę i wymaga reperacji albo wymiany.
Nie nastrajało to wesoło do lotu nad Pacyfikiem. Nieprzyjemny był też fakt, że przez sześć godzin trzymano wszystkich pasażerów wewnątrz samolotu, nie dając im szansy zobaczenia czego innego, jak mongolskich mechaników łamiących sobie głowy nad usunięciem defektu.
Teraz jednak krążyli wreszcie nad celem podróży i widać było nie tylko srebrną plamkę wyspy, ale także czarną wstęgę pasa startowego. Samolot okrążał lotnisko niby pies, który okrąża swą matę do spania, zanim ułoży się wreszcie do drzemki.
Markow nie zwracał większej uwagi na zalegające zachodni horyzont Wdzięczne formacje chmur, które zmieniły niebo w czerwono-pomarańczowe jezioro. Skoncentrował wzrok na wyspie.
Nie było tam wiele widać. Grupa budynków na jednym końcu, pas startowy, a potem znów budynki na drugim końcu. Jedna jedyna droga. Kilka czasz radioteleskopów.
Inne wyspy, ciągnące się wzdłuż owalnej rafy koralowej, wydawały się puste i bezludne. Białe plaże i bujna, tropikalna zieleń listowia. Markow ocenił, że każda liczyła nie więcej niż kilkaset metrów długości. Jedynie główna wyspa była znacznie większa, ale odarto ją niemal całkowicie z drzew, by zrobić miejsce dla budynków i lotniska.
Sięgnął po leżący pod siedzeniem futerał.
— Co robisz?
— Szukam lornetki.
— A co chcesz przez nią zobaczyć? Tańczące dziewczyny w spódniczkach z trawy?
Markow westchnął. Przestał fantazjować na ten temat po tym, jak oficer KGB poinformował ich, że już przed dwudziestu z górą laty Amerykanie przekształcili Kwajalein w bazę wojskową.
— Ależ skąd! — mruknął.
— Te radioteleskopy — jego żona wskazała czasze pod nimi, nie przestając się kurczowo trzymać poręczy drugą ręką — były kiedyś antenami radarowymi. Amerykanie śledzili nimi końcową fazę lotu próbnych pocisków, odpalanych w Kalifornii.