Выбрать главу

— Tak, oficer mówił o tym.

— Teraz zostały zaadaptowane do obserwacji tego statku kosmicznego — kontynuowała wykład.

— Mhm — przytaknął znudzony.

Nigdzie nie było ani śladu tubylców. Nikt nie wyszedł im na spotkanie. Żadnego tradycyjnego powitania przez ciemnoskóre dziewczęta, które nakładają przybyszom na szyje utkane z kwiatów wieńce i całują ich w oba policzki. Jedynie sprawne maszyny, urzędowi Amerykanie i ich oryginalny wynalazek — przyczepy kempingowe jako namiastka domów.

Markow wyobraził sobie twarz Sonii Własowej i przez chwilę zastanawiał się, co teraz może robić w Charkowie, w fabryce traktorów. „Z jaką rozkoszą przyjechałaby tutaj — pomyślał. — Muszę jakoś jej pomóc. Muszę znaleźć sposób, by Maria wymazała z jej akt ten brzydki kleks, który zrobiła.”

Zerknął na żonę, ale siedziała z przymkniętymi oczyma, gdyż samolot wszedł już w ostania fazę lotu. Pilot opuścił podwozie i kabinę wypełniło tak głośne zgrzytanie i ryk, że drzemiący po drugiej stronie przejścia starszy mężczyzna obudził się i zaczął rozglądać dookoła szeroko otwartymi oczami.

Markow przypomniał sobie ostrzeżenie żony, że nie pozwoli mu się samemu ruszyć ani na krok. „W porządku — postanowił w myślach. — Będę idealnym mężem. Będę ją czarował, jak nigdy dotąd.”

Jednakże rzut oka na twarz Marii nie zachęcił go bynajmniej do takiego zachowania się. Patrzyła prosto przed siebie, próbując nie dać po sobie poznać, że się boi. Tymczasem samolot kołysał się i drżał nisko nad wodą w objęciach bocznego wiatru, zbliżając się szybko do lotniska. Za oknem przemknęły fale.

Markow przypomniał sobie przykre chwile w ich moskiewskim mieszkaniu, kiedy Maria z triumfującym obliczem oznajmiła mu o popadnięciu Sonii w niełaskę, utracie przez nią statusu studentki, przeniesieniu jej do fabryki traktorów.

Pamiętał też przypływ nienawiści do żony.

„Niełatwo będzie wyjednać sobie jej względy — powiedział do siebie — ale muszę to zrobić. Ta dziewczyna nie może cierpieć z mojego powodu.”

Za oknami mignęły korony palm i samolot dotknął kołami ziemi. Zapiszczały opony na cementowym pasie, maszyna podskoczyła znów do góry, po czym osiadła po raz drugi i potoczyła się po pasie. Silniki ryknęły na ciągu wstecznym, a lotki rozłożyły się do hamowania.

Gdy samolot kołował już wolno w stronę samotnego budynku dworca lotniczego, policzki Marii zaczęły powoli przybierać normalną barwę.

— Pamiętasz tego Amerykanina, Stonera, który do ciebie napisał? — spytała szeptem, przechylając się ku niemu.

Skinął potakująco głową.

— Musisz się z nim spotkać i zaprzyjaźnić. On ci ufa.

— A ja mam zawieść jego zaufanie, czy tak?

Spojrzała nań spode łba, ukazując znów swoje ego.

— Musisz zrobić, co jest konieczne — rzekła stanowczo. — Cokolwiek by to nie było.

Markow westchnął i zdał sobie sprawę, że postąpi zgodnie z jej wolą. „To chyba będzie lepsza droga do zyskania jej przychylności niż pocałunki” — pomyślał.

ROZDZIAŁ XX

Rejon Yukonu, Alaska

George Umaniak schował swój sztucer pod kocami w tylnej części sań motorowych. Choć nawet nie widział tego dnia karibu, wiedział, że policjant miałby mu za złe, gdyby zobaczył w jego saniach broń myśliwską.

Wiatr wzmagał się, schodząc z jęczącym zawodzeniem po ośnieżonych zboczach gór. Niebo było znów ciemne, a wiatr opowiadał o duchach i tańcach zmarłych. Drżąc cały z zimna, George, postawił kołnierz swej eskimoskiej kurtki.

Przeklęty silnik sań nie chciał zapalić. Kilkakrotnie przekręcał kluczyk zapłonu, ale bez rezultatu. George zaklął w gniewie. To nie mogła być wina akumulatora! Sprawdził go przecież przed wyjazdem.

Nagle kątem oka dostrzegł błysk światła na ciemniejącym niebie. Podniósł wzrok i zobaczył zorzę polarną, migocącą nad górami. Zielone, bladoróżowe, upiornie żółte Światło Północy tańczyło nad szczytami gór w rytmie wyjącego wiatru.

George z trudem przełknął ślinę i wreszcie udało mu się uruchomić silnik. Dał pełny gaz i pomknął ku domowi. Nie była to noc nadająca się do spędzenia na dworze, w zimnie i ciemnościach.

* * *

Sala wykładowa była jedynie w połowie wypełniona. Kiedyś mieściło się w niej kino dla personelu wojskowego, pełniącego służbę w Kwajalein i Stoner miał nadzieję, że będą tam znowu wyświetlane filmy. Tego wieczoru jednak sala stała się audytorium, miejscem spotkania naukowców i inżynierów zaangażowanych w projekt Jupiter”.

Prawie sto pięćdziesiąt osób obojga płci usiadło na niewygodnych, składanych krzesłach z blachy, takich, na jakich sadza się rekrutów. Jeff Thompson zajął miejsce obok Stonera, w jednym z ostatnich rzędów, natomiast Wielki Mac i Tuttle usiedli w pierwszym rzędzie, skąd dzielił ich tylko krok od podium. Nie było jednak nigdzie widać Jo Cameraty.

Gwar dziesiątków rozmów ucichł natychmiast, gdy na podium wspiął się niezgrabnie profesor McDermott. Zaraz za nim wszedł na podwyższenie Cavendish niosąc swoje krzesło; rozłożył je i usiadł za McDermottem, po chwili dołączył do nich jeszcze starszy Rosjanin i usiadł obok Cavendisha na krześle, które już tam stało.

— Dobry wieczór, państwu — zaczął McDermott swym donośnym głosem, ale zaraz sprzężenie mikrofonu sprawiło, że jego słowa utonęły w wysokim pisku.

Mówca rzucił gniewne spojrzenie w bok sali, gdzie przy stoliku z aparaturą elektroniczną siedział operator dźwięku, zaś pozostali uczestnicy imprezy zerknęli z grymasem na twarzach ku zainstalowanym w suficie głośnikom.

— Na dobrą sprawę, Mac nie potrzebuje mikrofonu — mruknął Stoner, a Thompson pokiwał głową z aprobatą.

Niemniej jednak McDermott nie zrezygnował z aparatury nagłaśniającej, która sprawiła, że od jego grzmiącego głosu trzęsły się ściany. Najpierw przedstawił akademika Zworkina — astronoma, który przewodził grupie rosyjskich naukowców. Uczony wstał i podszedł do mikrofonu. Był to starszy już, łysawy mężczyzna o siwych włosach i śniadej twarzy. Mimo panującego na sali gorąca miał na sobie zmięty, szary garnitur. Widząc, że mikrofon sterczy nad jego głową, dostosował jego pozycję do swego wzrostu.

— Dziękuję panu, drogi profesorze McDermott — powiedział wysokim, cienkim i śpiewnym głosem. Jego angielszczyzna była całkiem dobra, a akcent oksfordzki.

— Choć uczestniczyłem już w dwu konferencjach w ramach programu SETI — mówił akademik, zwracając się do zebranych — trudno mi pretendować do roli eksperta w kwestiach dotyczących inteligencji pozaziemskiej. Któż jednak może nim być?

Po sali przebiegł szmer uznania i uprzejmej wesołości.

— Dziedziną, w której mogę się uważać za specjalistę, jest astronomia planetarna — ciągnął badacz. — Nie jestem ani astrofizykiem, ani astrochemikiem. Jestem, o ile można użyć takiego zwrotu, astrogeologiem. W związku z tym nie bardzo wiem, co tu robię wśród państwa. Być może fakt ten można wytłumaczyć tym, że będąc człowiekiem zbyt starym i zbyt powolnym, nie zdołałem uniknąć przydzielenia mi tej pracy.

„Ostrzega nas, abyśmy nie oczekiwali od niego żadnych rewelacji — pomyślał Stoner, gdy na sali znów zapanowało wesołe podniecenie. — Widzi, że tu woda za głęboka dla niego, i chce możliwie szybko wracać do domu.”