ROZDZIAŁ XXI
Edouard Reynaud sączył swą czwartą brandy, przechyliwszy się tak daleko do tyłu w fotelu, jak to było możliwe. Zdawało mu się, że ta podróż czarterowym samolotem trwa całe wieki: Rzym, Amsterdam, Nowy Jork, San Francisco, Honolulu, a teraz — czy będzie wreszcie koniec? A może to był czyściec? Być zapuszkowanym przez milenium czy dwa w aluminiowym kanistrze i nie móc robić nic poza jedzeniem, spaniem, wydalaniem.
„To tak, jakbym był znowu niemowlęciem — pomyślał, na wpół drzemiąc pod wpływem alkoholu. — Latający żłobek z metalu — oto gdzie mnie ulokowali. A stewardessy to pielęgniarki…”
Próbował walczyć z sennością. Wiedział, że jeśli się rozluźni psychicznie, zaśnie, a to będzie oznaczało złe sny, koszmary zrodzone z poczucia winy. Jedynym antidotum przeciw nim był odpowiedni poziom alkoholu we krwi. Pił więc kieliszek za kieliszkiem, zamawiając następny, gdy tylko było widać dno poprzedniego.
W fotelu obok niego spał niewinnie młody blondyn o wyglądzie renesansowego aniołka. Jego usta były lekko otwarte, a oddech tak spokojny i miarowy, jak fale morskiego przypływu i odpływu.
Reynaud stłumił w sobie pragnienie, by dotknąć jego słodkiej twarzy, pogłaskać jego gładki policzek.
Zamiast tego odwrócił się ku oknu i zapatrzył w ciemne, gwiaździste niebo. Łatwo rozpoznał gwiazdozbiory Oriona, Byka, Psów Gończych. Tak, wszystko było, jak zwykle, na swoim miejscu. Reynaud wiedział, że gdzieś w głębi tego nieskończonego nieba rodzą się nowe gwiazdy, a stare są rozrywane na strzępy monstrualnymi eksplozjami. Galaktyki wirowały w czeluściach nocy, a kwazary płonęły z gwałtownością, która przerasta ludzką zdolność pojmowania.
— Jak długo — wyszeptał do siebie Reynaud — będziecie trzymać swe sekrety dla siebie? Jeśli Bóg powołał was do istnienia, kiedy to uczynił? I jak?
Nie przyszło mu do głowy, by zapytać „Dlaczego?”. To była domena teologów, a on był kosmologiem.
Zobaczył swe odbicie w szybie samolotu i nachmurzył się. Otyła, okrągła twarz wieńcząca otyłe, pękate ciało. Obwisłe policzki, worki pod oczami — nabiegłymi krwią i krótkowidzącymi. Człowiek, który szukał ucieczki w życiu klasztornym, gdy świat zaczął mu za bardzo dokuczać, lecz wciąż potrafił się upić, wciąż potrafił od czasu do czasu oddawać się rozkoszom homoseksualnym, mimo wszelkich kontroli i kar, jakimi ćwiczył go opat.
Reynaud uśmiechnął się na wspomnienie wyrazu twarzy opata, gdy ten srogi mistrz klasztoru dowiedział się, że sam papież chce, aby przysłano mu Reynauda.
— Zamiary Jego Świątobliwości wobec ciebie przerastają moją wyobraźnię — powiedział wówczas opat ze swą jastrzębią twarzą ściemniałą od samokontroli i z ogniem w swych przenikliwych oczach. — Gdyby Watykan uznał za stosowne zapytać mnie o radę w tej sprawie, spędziłbyś resztę swych dni, czyszcząc stajnie. Bo na to sobie zasłużyłeś.
Reynaud pokiwał głową na znak zrozumienia.
Niemniej jednak Watykan prosił o niego, o Reynauda, słynnego kosmologa, laureata nagrody Nobla. „A dostaną Reynauda, pijaka i dewiata — powiedział do swego odbicia w szybie samolotu. — Ruinę człowieka, którym był kiedyś.”
Młody człowiek obok niego poruszył się w fotelu, cicho westchnął i otworzył swe błękitne oczy.
— Spał pan dobrze? — spytał Reynaud po francusku.
Młodzieniec odpowiedział w jakimś germańskim języku i Reynaud Przypomniał sobie, że on wsiadł na pokład w Amsterdamie. Potrząsając głową, kosmolog zapytał:
— Może mówi pan po angielsku?
— Owszem. — Zapytany uśmiechnął się.
Z uczuciem, że jest stary i bardzo, bardzo zmęczony, Reynaud odwzajemnił uśmiech.
— Nazywam się Hans Schmidt — mówił młody człowiek. — Jestem z uniwersytetu w Lejdzie.
Reynaud skłonił się nieznacznie.
— A ja jestem Edouard Reynaud — przedstawił się. — Nie jestem związany z żadnym uniwersytetem, ale byłem…
— Edouard Reynaud! — wykrzyknął Schmidt. — Czytałem pana książki.
Czując się jak stulatek i bardzo niezgrabnie w swym wyświechtanym, czarnym garniturze, z nie ogoloną brodą, Reynaud rzekł:
— Napisałem je dawno temu. Dziś już są nieaktualne.
— Tak, oczywiście — odparł Schmidt z nieświadomym okrucieństwem młodości — ale były klasyczne w swej dziedzinie. Musieliśmy z nich zdawać egzaminy na studiach.
— Jest pan astronomem?
Entuzjazm młodzieńca natychmiast zgasł.
— Byłem — powiedział smutniejąc. — Teraz jestem więźniem.
— A więc wszyscy jedziemy na tym samym wozie — odparł Reynaud. — Ale proszę się nie martwić. Samolot niedługo wyląduje w Kwajalein i wtedy będziemy mogli sobie porozmawiać w świetle dziennym.
— Pan nic nie rozumie — ciągnął Schmidt. — Wszyscy inni pasażerowie tego samolotu, astronomowie i astrofizycy z całej Europy, zgłosili się ochotniczo do tych badań. Cieszą się, że lecą na Kwajalein badać sygnały obcego statku.
— A pan nie?
Schmidt wolno potrząsnął głową…
— Ja odkryłem te sygnały — rzekł. — Ale to nigdy nie zostanie uznane za moją zasługę.
— Nie będzie tak źle — pocieszył go Reynaud.
— Latem zeszłego roku pracowałem u profesora Voorne’a przy duży radioteleskopie w Dwingeloo. Zarejestrowałem te sygnały, zanim jeszcze zrobili to Amerykanie czy ktokolwiek inny — ciągnął Schmidt, a jego głos stawał się coraz smutniejszy. — Porównywaliśmy to z ich danymi. Ja odebrałem te sygnały przed nimi.
— W takim razie to powinno być panu uznane — rzekł Reynaud.
— Słaba nadzieja. Voorne jest powolniejszy i bardziej konserwatywny niż moja prababka. Nie pozwolił mi wysłać notatki do pisma astrofizycznego, zanim nie sprawdziliśmy wszystkiego trzy razy. Ale wtedy pojawili się biurokraci z NATO i przyłożyli pieczątkę „tajne” na każdym skrawku papieru, jaki miałem. Nie zezwolili mi nic opublikować. Ani słowa!
— Tak, to niezbyt przyjemne — powiedział Reynaud w zadumie.
— A teraz zesłali mnie na tę przeklętą wyspę — żalił się młodzieniec. — Nie chcę tam jechać! A oni mnie zmusili. Mam w Lejdzie dziewczynę. Za kilka tygodni mieliśmy się zaręczyć. Ale rząd powiedział, że albo pojadę do Kwajalein, albo pójdę do wojska, a potem też zostanę wysłany na Kwajalein.
Reynaud potrząsnął głową.
— To wszystko sprawka Amerykanów — mruczał Schmidt. — Oni stoją za tym wszystkim. Chcą, żeby cała zasługa przypadła im, a ja żebym został pominięty.
Reynaud zacisnął usta i rzekł:
— Czy nie sądzi pan, że poszukiwania inteligentnych istot poza Ziemią są sprawą ważną?
— Oczywiście, że są! Dlatego Amerykanie chcą, żeby cała zasługa za odkrycie przypadła w udziale im.
— No, cóż… Mnie też kazano lecieć na Kwajalein. Nie miałem takiego pragnienia. Ale moi przełożeni mimo to mnie wysłali. Dlatego lecę tym samolotem, razem z panem. Ale naprawdę nie sądzę, aby to był jakiś amerykański spisek.
Schmidt nic nie odpowiedział.
— Zostałem wysłany na tę misję przez samego Ojca Świętego — dodał Reynaud.
— Papieża?
— Tak.
— Dlaczego on się interesuje astronomią?
Reynaud zachichotał.
— Wcale się nie interesuje — rzekł z goryczą. — Kardynałowie, którzy go otaczają, też nie. Oni są jedynie zainteresowani utwierdzaniem swej władzy i trzymaniem prawdy z dala od ludzi.