Выбрать главу

Schmidt popatrzył nań zaskoczony.

— Jest pan kapłanem i mówi pan takie rzeczy? — W jego głosie zabrzmiało niedowierzanie.

— Ja? Kapłanem? Och, nie! Nie jestem właściwie nawet mnichem. Nie składałem żadnych ślubów.

— Sądziłem… chodziły słuchy, że obrał pan życie klasztorne.

— Tak, to prawda. Ale Ojciec Święty przerwał moje odosobnienie. Jestem więc znowu na świecie i widzę, że różni się on bardzo od tego świata, który porzuciłem przed laty.

Po niebie rozlały się poranne zorze i nad bezkresem szarych wód Pacyfiku wzeszło słońce, a oni wciąż rozmawiali. Inni pasażerowie zaczęli się z wolna budzić, wyprostowując skurczone nogi, ziewając, stękając, ustawiając się w kolejkach do łazienek.

Pojawili się stewardzi. Składali rozrzucone na siedzeniach koce i poduszki. Reynaud zauważył, że byli to sami młodzi mężczyźni. W końcu zaczęli roznosić tace ze śniadaniem, lecz Reynaud nie mógł się nawet zmusić, żeby zerknąć na postawione przed nim jadło. Było szare i wyglądało na zrobione z jakiegoś plastiku, podobnie jak pojemniki, w których zostało podane.

Przez pokładowy radiowęzeł pilot wesoło oznajmił, że za parę godzin będą lądowali na Kwajalein.

— O ile go znajdę — dodał śmiejąc się.

Reynaud lekko zadrżał. Zerknął na Schmidta, który spałaszował już wszystko, co było na jego tacy, i teraz zapadał w nową drzemkę.

Kosmolog, potrząsnąwszy smutno głową, zwrócił twarz ku oknu i zapatrzył się w szary, monotonny przestwór oceanu nisko pod nimi. Chciał, by zstąpił nań sen, ale bez koszmarów.

Obudził go głośny hałas i wstrząsy kadłuba samolotu.

— Podwozie się wysunęło — poinformował go Schmidt, który już otrząsnął się ze snu. — Właśnie miałem zamiar pana obudzić…

Reynaud podziękował mu i zerknął przez okno. Na tle morza rysował się pierścień zielono-białych wysepek.

Samolot okrążył największą wyspę grupy i zaraz wylądował z łomotem, który bardziej przypominał kontrolowaną kraksę niż prawdziwe lądowanie. Jednakże Reynauda przepełniała wdzięczność za cud, którego doznał: męki czyśćca dobiegły końca i mógł teraz wstąpić do raju.

Naukowcy wyszli z samolotu wprost na oślepiające słońce gorącej, tropikalnej wyspy. Lotnisko wydawało się być wypełnione Amerykanami. Większość z nich była w mundurach koloru khaki, pozostali w rozpiętych pod szyją koszulach i szortach.

Młodzi mężczyźni, uśmiechnięci i sprawni, o szerokich barkach, poprowadzili naukowców ścieżką, wysypaną koralowym żwirem, ku cementowemu budynkowi. Był klimatyzowany i to tak skutecznie, że panował w nim niemal mróz. „Ach, ci Amerykanie — myślał sobie Reynaud. — Zawsze tacy ekstrawaganccy.” Sprawdzono im dokumenty, odebrali swój bagaż. Reynaud pozwolił się zapakować do jeepa wraz ze Schmidtem i jeszcze innym mężczyzną.

— Pana bagaż pojedzie ciężarówką — powiedział kierowca, dziarsko wyglądający marynarz.

Posadził Reynauda obok siebie, a dwaj pozostali usadowili się na tylnych siedzeniach.

— Jest pan księdzem katolickim? — spytał uruchamiając silnik.

— Nie — odparł Reynaud po angielsku. — Jestem bratem zakonnym, dominikaninem. Należę do tego samego zakonu co Tomasz z Akwinu. I Torquemada — dodał po cichu.

— Och, zastanawiałem się, kim pan może być… w tym czarnym ubraniu… i w ogóle. — Jego słowa niemal tonęły w hałasie silnika. — Bo my tu mamy kapelana na wyspie, ale on nie jest katolikiem. Księdza katolickiego przywożą tu co niedziela samolotem z Jaluit, żeby odprawił mszę i wybuchał spowiedzi.

— A pan jest katolikiem? — spytał Reynaud, trzymając się kantu siedzenia gdy samochód toczył się już koralową drogą.

— Hm, czasami tak — zająknął się marynarz. — Pan wie, jak z tym jest.

Reynaud nic nie odpowiedział, ale pomyślał sobie, że faktycznie wie, jak z tym jest. I to bardzo dokładnie.

Po kilku minutach szaleńczej jazdy wzdłuż betonowych budynków które w oczach Reynauda zlewały się w jeden rozmyty ciąg, kierowca zjechał na skraj drogi i przystanął przy akompaniamencie piskowi zgrzytów swego wehikułu.

— Hotel „Kwajalein Hilton” — wyjaśnił mrugnąwszy okiem.

Reynaud zerknął przez okno i zobaczył dwupiętrowy, szarobury budynek.

— Kwatery dla oficerów kawalerów — wyjaśnił z uśmiechem, gdy wzbudzony przez niego tuman kurzu trochę się rozwiał. — My to nazywamy „Żłobek”. Ale to nie dla księdza. — Pociągnął Reynauda za rękaw, po czym zwracając się do Schmidta i drugiego naukowca, rzekł: — Wy dwaj tu zostaniecie.

Wygramolili się z samochodu, a Reynaud pozostał na swoim miejscu.

— Księdza bagaż będzie na miejscu za parę minut. — Marynarz włączył bieg i ruszył, a oni zostali w kurzu drogi. — Ksiądz ma tu specjalne względy — mówił marynarz. — Dostał ksiądz całą przyczepę kempingową dla siebie.

— Nie jestem księdzem — zaprotestował Reynaud. — Powinien mnie pan nazywać bratem.

Marynarz roześmiał się i zrobił zakłopotaną minę.

— To brzmi trochę dziwnie. Ale jak sobie życzysz… w porządku, bracie. Jesteśmy na miejscu. — Zahamował tak silnie, że wóz aż zarzuciło, po czym z gracją wskazał ręką przyczepę, jedną z kilkunastu stojących rzędem na piaszczystym podłożu i błyszczących metalem swej okładziny. — Cała dla księ… przepraszam, dla brata.

Weszli we dwóch do środka i marynarz pokazał Reynaudowi zlew, lodówkę, wąskie tapczaniki, szafy ścienne, ubikację.

— Jak na tutejszy standard, to jest „Ritz”.

Reynaud skinął głową i wymamrotał słowa podziękowania. Marynarz uśmiechnął się i włączył klimatyzację.

— Bielizna pościelowa jest tutaj. — Otworzył jedną z szaf. — Czy mam posłać łóżko?

— Och, nie, dziękuję. Pościelę sobie sam.

— W porządku. Jest tu bieżąca woda i nikt nie będzie przeszkadzał. Czego więcej chcieć? Do zobaczenia w niedzielę, na mszy.

Reynaud skinął głową w zadumie, a marynarz wyszedł, zamknąwszy starannie za sobą liche, metalowe drzwi. Naukowiec odniósł wrażenie, że uwolnił się od towarzystwa figlarnego pieska. Stał przez chwilę w miejscu, czując się zupełnie oszołomiony. Chcąc nie chcąc, słuchał grzechotu i jelców klimatyzatora, który szybko wypełniał przyczepę wilgotnym, kostniczym chłodem.

„To jest zesłanie — pomyślał. — Tak to określił Schmidt i miał rację. Zostaliśmy wszyscy zesłani do tego okropnego miejsca. Szukałem spokoju i ochrony w murach klasztoru, ale wyciągnęli mnie stamtąd i zesłali na tę koszmarna wyspę. Jeśli znów mnie coś napadnie, będzie to nie moja, lecz ich wina.”

Stoner wyszedł z klimatyzowanej lodowni budynku administracji i natychmiast ogarnęło go ciepło zachodzącego słońca. Było to słońce przymglone, ale działało na niego dobrze po sztucznej suchości powietrza wewnątrz budynku i upartym obstrukcjonizmie McDermotta.

„Muszę się przejść — postanowił, wciąż jeszcze kipiąc z gniewu. — Muszę znaleźć jakieś odludne miejsce na plaży i co najmniej godzinę poćwiczyć, zanim walnę Wielkiego Maca w jego durną gębę.”

McDermott robił wszystko co mógł, aby storpedować jego plan kosmicznego rendez-vous. Nie wysłał jeszcze do Waszyngtonu pisma ze swym poparciem dla takiej misji i nie pozwalał, aby zrobił to ktoś inny. Stoner spędził okrągłą godzinę na spieraniu się z nim. Wszystko na darmo.