„Dlaczego nie chce się na to zgodzić? — zapytywał Stoner samego siebie już po raz chyba dwudziesty. — Co mu jest, że nie może…?”
W tym momencie dostrzegł Jo, jak szła ku niemu jedyną ulicą osiedla od strony ośrodka komputerowego.
— Cześć, Keith! — pozdrowiła go wesoło, gdy już była blisko. — Jak się — Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że Stoner jest niemal zielony z gniewu. — Ua! — zawołała. — Co ci siadło na nosie?
— Twój kumpel, McDermott… — warknął.
Jej twarz stężała z gniewu.
— „Mój kumpel”, mówisz? Co on takiego zrobił?
— To samo, co od początku. Opóźnia wszystko, aż będzie za późno zrobić to, co powinno być zrobione.
Rzuciła mu przekorne spojrzenie.
— Przypuszczam, że to przez ten upal — rzekła wesoło. — Zupełnie powalił Wielkiego Maca. Dosłownie.
— Ja też mam ochotę go powalić — mruknął. — Dosłownie.
— Wciąż się nie zgadza na rendez-vous? — spytała.
— Nawet nie podpisał jeszcze memorandum w tej sprawie.
— No, cóż, to jest daleki lot — powiedziała.
— Jesteśmy tutaj, aby nawiązać kontakt z inteligentnym przybyszem z kosmosu, a ty mi tu mówisz o dalekim locie?
— A czemu ty bierzesz wszystko tak bardzo poważnie? — spytała, dotykając jego nosa koniuszkiem swego palca. — Rozluźnij się! Jesteśmy tu również po to, aby się tym cieszyć.
Odsunął od siebie jej rękę, jak gdyby to był jakiś natrętny owad.
— Jesteśmy tu, aby nawiązać kontakt z tym statkiem.
— Wiem o tym.
— A więc, jak to będzie wyglądało, jeśli pozwolimy temu diabelstwu odlecieć w siną dal?
— Nie pozwolimy — rzekła.
— Już wszystko wyliczyłaś, czy tak?
— Nie — odparła potrząsając głową. — Ale znam ciebie. Ty to wyliczysz w taki czy inny sposób. Postarasz się nawet, że Mac też wyjdzie na bohatera.
— I to nie przeszkodzi też tobie w karierze?
— Jak sądzisz, dlaczego ja jestem tutaj?
— Bo przywiózł cię tu ze sobą Mac — wybuchnął Stoner.
Przez chwilę na jej twarzy gościł smutek, tak jakby poczuła się zdradzona.
— Och, gdybyś ty wiedział — powiedziała cicho.
— Kiedyś będziesz musiała mi o tym opowiedzieć. Albo może lepiej napisz o tym w swoim życiorysie. To zrobi cholerne wrażenie na tych facetach z NASA.
— Wiesz, Keith? Ty, jak chcesz, to możesz być naprawdę sukinsynem.
— To ten upał. Zupełnie mnie powalił.
— Idź do diabła.
— Ale nie mów mi, że nie przerobiłaś już swojego życiorysu. Ja wiem, jak pracuje twój mały ambitny móżdżek.
— Naprawdę?
— Oczywiście. Widzę to dobrze. Na samej górze listy, gdzie wymieniasz swoje osiągnięcia napisałaś: „Pomocnik naukowy w projekcie »Jupiter«. Praca w międzynarodowej ekipie doborowych naukowców, w priorytetowym programie nawiązywania kontaktu z inteligentnymi istotami spoza Ziemi.”
— To brzmi fantastycznie — powiedziała Jo z uśmiechem zadowolenia. — Ile dziewczyn mogłoby tak napisać w swoich życiorysach?
— Zdawało mi się, że chcecie aby was nazywano kobietami, nie dziewczynami.
— Ja mogę powiedzieć „dziewczynami”, ale ty powinieneś nazywać nas „kobietami”.
— Taaa — mruknął. — To niegłupie.
Jej twarz stała się poważna.
— Keith, czy ty wciąż jeszcze masz do mnie jakąś urazę? — spytała.
— Wciąż śpisz z Wielkim Makiem?
— Och, Boże! Ty nigdy tego nie zrozumiesz, prawda?
— Ja już ciebie zrozumiałem, Jo.
Zacisnąwszy z frustracji pięści, wypaliła:
— Czy nie rozumiesz, że ja gwiżdżę na niego? On mnie zupełnie nie obchodzi!
— A jakże, rozumiem — wycedził lodowato przez zęby. — I dlatego tak mi to wszystko śmierdzi!
Już otwierała usta, żeby coś powiedzieć, lecz zawahała się i opuściła ręce na biodra. Bez słowa przeszła obok niego i skierowała się w stronę budynku administracji.
„Idzie do McDermotta” — pomyślał Stoner, stojąc samotnie w pyle drogi i obserwując, jak Jo oddala się od niego.
ROZDZIAŁ XXII
Jo zadrżała z zimna w ciemnościach.
— Dlaczego zrobiłeś z tego pokoju taką lodownię? — zapytała McDermotta, odpinając stanik i opuszczając majteczki wzdłuż swych smukłych nóg.
— Dlatego, żebyś się bardzo szybko do mnie przytuliła i ogrzała mnie — rozległo się z tapczana basowe skrzeczenie McDermotta.
Jo była rada, że nie zapalił światła i szczelnie zasunął zasłony w oknach swej przyczepy. Nie mógł więc widzieć wyrazu jej twarzy. „Przeklęta prycza — myślała idąc ku tapczanowi. — Za mała na jego tłusty tyłek, a cóż dopiero na nas dwoje.”
Odchyliła kołdrę i położyła się obok niego na kilku calach twardego, gumowego materaca, jakie pozostawały wolne. „Uszkodzę sobie kręgosłup” — powiedziała do siebie.
— Jak się dziś czuje moje słodkie stworzenie? — spytał McDermott, sięgając po jej pierś.
Te same ruchy, ta sama gra, wszystko możliwe z góry do przewidzenia, jak wschód słońca. Trudno było wszakże przewidzieć, kiedy nastąpi u McDermotta wzwód. Potrzebował wiele pomocy ze strony Jo, aby zademonstrować swą męskość. A nieraz bywało, że nawet i ona nie mogła mu w tym pomóc.
Jo pracowała nad nim spokojnie i beznamiętnie, jak świeżo upieczony magister pracuje nad jakimś eksperymentem, aby zyskać sobie uznanie profesora. Czuła, jak pod wpływem jej masażu i pieszczot napięcie powoli ustępuje z ciała McDermotta.
— Robisz to wspaniale — zagruchała. — Duży, silny tatuś pokazuje swą klasę.
McDermott cicho jęczał, leżąc na plecach z rękami po bokach, a Jo zginając się nad nim, szeptała:
— Dobry chłopiec… Robisz się coraz większy i silniejszy dla mnie…
Wreszcie usiadła na nim okrakiem i kiwała się do przodu i do tyłu, aż ogarnęły go spazmy rozkoszy. Gdy położyła się znów obok niego, wciąż cicho kwilił, a po twarzy ciekły mu łzy.
— Co ci jest? — spytała z niekłamanym zdziwieniem. — Czujesz się dobrze?
— Chcą mi go odebrać — rzekł przez nos McDermott — A to jest przecież mój projekt, ja jestem szefem. A oni chcą go zmienić w jakiś kosmiczny cyrk.
— Nikt nie chce ci go odebrać — uspokajała go. — Jesteś dyrektorem całego projektu.
— To ten Stoner tak mi bruździ. — Głos McDermotta był teraz wysoki i drżący, jak głos małego chłopca. — Bez przerwy się mnie czepia. A teraz chce wzlecieć na spotkanie z tym statkiem…
— Nawet jeśli to zrobi, ty pozostaniesz nadal szefem projektu. — Jo pogłaskała go po piersi. — Cóż więc ci przeszkadza, że on chce lecieć?
Poczuła, że jego ciałem wstrząsnął dreszcz.
— Lecieć mu na spotkanie? — spytał z sarkazmem. — A może również dotknąć? Przypuśćmy, że są tam jakieś zabójcze zarazki. Albo jakiś oślizły, okropny stwór?