— Nie martw się, nie ma. Wszystko skończy się dobrze, zobaczysz. Wszystko będzie w porządku.
— To coś może być złośliwe… niebezpieczne. Przecież to jest obca istota… nie taka jak my.
— Tylko spokojnie. Wszystko będzie dobrze. Nikt nie chce twojego zła. Spróbuj się rozluźnić i zaśnij.
Jo wydało się, że upłynęły całe godziny, zanim Wielki Mac zapadł wreszcie w sen. Patrzyła jeszcze przez chwilę na jego pokrytą siwymi włosami pierś, miarowo unoszącą się i opadającą w rytmie pochrapywania, po czym wyśliznęła się spod kołdry i zerknęła w stronę wnęki prysznica „Zaraz by się obudził” — pomyślała i zaczęła wkładać szorty, a potem bluzkę. Zdecydowała, że przed powrotem do swego hotelowego pokoju wykąpie się jeszcze w lagunie.
— Ależ to jest dobry pomysł — rzekł Markow do żony. — Bardzo potrzebny.
Na zewnątrz panowały już ciemności, a oni wciąż siedzieli i rozmawiali w pokoju gościnnym swego małego bungalowu. Amerykanie przydzielili bowiem każdemu małżeństwu osobny betonowy domek. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiła Maria po wprowadzeniu się do niego, było dwugodzinne poszukiwanie ukrytych mikrofonów.
Każde z nich trzymało na kolanach tacę z gotową kolacją, podgrzaną w mikrofalowej kuchence — jakieś rozmiękłe, amerykańskie warzywa i cienkie plasterki trudnego do zidentyfikowania mięsa.
— Mówisz, że dobry? — wymamrotała, nie przestając żuć białej bułki z masłem.
— Tak — rzekł Markow. — Doskonały pomysł.
— Technicznie może i nie najgorszy — zauważyła ze swego wyściełanego fotela. — Ale politycznie — beznadziejny.
— Politycznie?
Skończyła jeść bułkę. Wyraz jej twarzy świadczył, że jest, jak zwykle, zdenerwowana i rozczarowana tym, co mówi jej mąż.
— Zdaje się, że nie rozumiesz — powiedziała — dlaczego Amerykanie wysunęli pomysł kosmicznego spotkania z obcym statkiem.
— Aby nim zawładnąć i sprowadzić go na Ziemię dla zbadania.
— A kto ma to zrobić?
— Stoner, były astronauta — odparł wzruszając ramionami. — Przypuszczam, że chce wziąć w tym udział…
— Ano właśnie! Amerykański astronauta.
— Przecież razem pracujemy nad tym projektem.
— Ha! Razem nie zawsze znaczy to samo.
Markow popatrzył jeszcze raz na swą tacę i zdecydował, że nie weźmie już do ust ani jednego kęsa mdłego jadła. „Może ona ma i rację — pomyślał — Jeżeli chodzi o żywienie, zdecydowanie nie możemy ufać Amerykanom.
— Odkąd powstał ten projekt — mówiła tymczasem Maria — Amerykanie próbują za wszelką cenę zatrzymać przy sobie całą wiedzę o tym statku.
— My robimy to samo — zaprotestował niepewnie Markow, ale żona zignorowała go.
— Teraz jeden astronauta z ich ekipy sugeruje — ciągnęła — żebyśmy wylecieli w przestrzeń i wprowadzili ten statek na orbitę wokół Ziemi!
— To jest przecież doskonały pomysł — upierał się Markow.
— A w jaki sposób oni to zrobią? — miażdżyła go. — Użyją swoich promów orbitalnych, swoich wyrzutni, swoich astronautów?
— Podzielą się informacjami z nami.
— Skąd o tym wiadomo? Jak możemy być pewni, że oni się podzielą z nami wszystkimi danymi, jakie uzyskają?
— Zworkin uważa, że sprawa jest warta przemyślenia.
— Zworkin! — Maria omal nie splunęła. — Ten Żyd! On prawdopodobnie idzie ręka w rękę z kapitalistami.
— Mario!
— To prawda — upierała się. — Naszym zadaniem jest dopilnować, aby ludzie, którzy dotrą do tego statku, byli nie amerykańskimi, lecz radzieckimi kosmonautami. Nie możemy dopuścić, aby Amerykanie ukradli ten statek i przywłaszczyli go sobie. I nie możemy pozwolić, aby Związek Radziecki był zdradzany przez naiwnych naukowców i nieświadomych zdrajców.
Markow, czując się żenująco słaby w ogniu argumentów swojej żony, rzekł nieśmiało:
— Ja już powiedziałem Zworkinowi, że chętnie zasiądę w komisji, która zbada sugestie Stonera.
„Hmmm — mruknęła. — A czy już zaprzyjaźniłeś się ze Stonerem, jak miałeś nakazane?
„Nakazane? — Markow podniósł brwi. — Teraz daje mi rozkazy” — pomyślał, jednak głośno powiedział co innego:
— Spotkaliśmy się dwa razy w obecności innych osób. Wymieniliśmy tylko pozdrowienia, nic więcej.
— Mówisz „nic więcej”? — rzekła ponuro.
— Ale Zworkin przyjął mnie do komisji, więc w najbliższej przyszłości będę miał okazję często widywać się ze Stonerem.
Wyraz jej twarzy nieco złagodniał.
— Dopilnuj, aby każde rakietowe przedsięwzięcie, w jakim weźmiemy udział, było przeprowadzone przez radzieckich kosmonautów.
Markow skinął smutno głową, wstał i ruszył w stronę kuchni z tacą nie dojedzonej kolacji.
— Dokąd idziesz? — zawołała za nim.
— Trochę się przejdę. Nie chce mi się spać.
Choć ich bungalow był wyposażony w pojedyncze tapczany i sypiali osobno, myśl o tym, że będzie musiał spędzić z nią noc w jednym pokoju, była dlań nieznośna.
— Tylko mnie nie zbudź, jak wrócisz — mruknęła.
Znalazłszy się na zewnątrz, w powiewie nocnej bryzy i wśród przyjaznego poszumu palm, Markow odzyskał dobry nastrój. Wiedział, że toczy walkę o przetrwanie i że Maria ją wygrywa.
Przeszedł przez małe osiedle domków i podążył ku bielejącej w świetle księżyca plaży. Tam zdjął pantofle i zaczął spacerować boso po piasku, który był jeszcze ciepły od upału dnia. W odległości kilkunastu metrów od niego pluskała łagodnie woda. Z daleka, poprzez ciemności nocy, dochodził go łoskot rozbijających się o rafę fal, niby oddech morskiego bóstwa.
Markow stał samotnie na piasku i kontemplował plażę skąpaną w księżycowej poświacie.” Jak długo potrwa, zanim ocean pochłonie te wysepki? — pytał się w myślach. — He czasu jeszcze upłynie, póki ja i Maria nie rozedrzemy się wzajemnie na strzępy.”
Roześmiał się głośno. „Cóż za dramatyczny obraz! Rozedrzeć się wzajemnie na strzępy. Ona złamałaby cię jak gałązkę, a ty nie zdołałbyś nawet rozczochrać jej włosów, bez względu na to, jak bardzo byś się starał.”
Przypomniał sobie znowu ich rozmowę w moskiewskim mieszkaniu, kiedy to Maria triumfalnie oznajmiła mu, co zrobiła Sonii Własowej. „Nawet wtedy — pomyślał — nawet w szale gniewu miałeś więcej rozumu w głowie, bo nie próbowałeś z nią walczyć.”
Z jakiegoś powodu obejrzał się za siebie i zobaczył zbliżającą się ku niemu kobietę. Zjawa? Afrodyta, która wyszła z morza — wysoka, szczupła, wąska w talii i z obfitym łonem bogini? Była przewiązana w pasie białą bluzką i to ona właśnie sprawiała nieco upiorne wrażenie w promieniach księżycowego światła. Szorty przylegały cudownie do jej bioder.
Markow stał jak wryty i patrzył, a ona tymczasem podeszła do niego, uśmiechnęła się i powiedziała po angielsku:
— Dobry wieczór.
— Dobry wieczór pani, urocza damo. Czekałem na panią przez całe moje życie.
Roześmiała się perliście.
— Pan jest zapewne z ekipy radzieckiej, czy nie tak?
— A czy to po mnie widać?
— Widziałam pana z jednym z radzieckich naukowców — powiedziała Jo.
— A dlaczego w takim razie ja nie widziałem pani? Czy byłem ślepcem? A może pani zniknęła wtedy z mych oczu, jak to potrafi czynić każda bogini?
— Bogini? Ua!
— Afrodyta, bogini miłości i piękna. A ja jestem pokornym sługą. Kirył Wasiliewicz Markow. Gotów iść za panią przez pustynie i góry.