Выбрать главу

— Obawiam się, że nie jestem Afrodytą — zaśmiała się Jo. — Nazywam się Jo Camerata. Jestem Amerykanką. Ale w moich żyłach jest trochę greckiej krwi, o ile wiem.

— No proszę! A więc istnieje w pani bogini.

Na jej ustach znów zagościł uśmiech.

— Cóż robi tak piękna dama sama jedna w tej romantycznej scenerii? — spytał Markow. — Nie eskortuje pani żaden przystojny, młody mężczyzna?

— Nie. Żadnych młodych mężczyzn.

— To smutne.

— Tak… — zaśmiała się znowu. — Ale jest tutaj pan.

— Och, widocznie światło księżyca wprowadza panią w błąd. Bo ja nie Jestem ani przystojny, ani młody.

— Widzę wszystko doskonale — powiedziała. — Przyszłam tutaj, aby sobie popływać. Nie zechciałby mi pan towarzyszyć?

— Popływać? Teraz? W nocy?

— Oczywiście. Woda jest ciepła.

— To naprawdę intrygujące.

— No więc, co? Spróbuje pan?

— Ale nie mam kąpielówek.

Zaśmiała się.

— Ani ja. Możemy popływać na golasa. Poza nami nie ma tu nikogo.

— Och, ten mój angielski — westchnął Markow, nie będąc pewnym, czy użyte przez nią słowo oznacza to, co on myśli. — Pani ma na myśli… kąpiel nago?

— Jak najbardziej. Proszę tu zostawić ubranie i wchodzimy do wody. — Szybko zrzuciła z siebie garderobę i pobiegła ku wodzie.

Markow przez chwilę mozolił się z guzikami spodni, utkwiwszy wzrok we wdzięcznych krzywiznach jej nagiego ciała. Wreszcie pozbył się odzienia i ostrożnie wszedł do wody tak ciepłej, jak woda w wannie; zachęcała do kąpieli i działała relaksująco.

— Proszę mi wybaczyć ciekawość — zawołał w jej stronę, zanurzywszy się do połowy piersi. — Ale czy zamierzała się pani kąpać zupełnie sama?

— Tak, ale zawsze jest bezpieczniej robić to z drugą osobą — odparła Jo.

— Zwłaszcza nocą. Bo wtedy wpływają do laguny rekiny.

— Rekiny? — W jednej chwili woda wydała się Markowowi zimna i niebezpieczna.

ROZDZIAŁ XXIII

Morze Rossa, Antarktyda

Hideki Takamura, wtulony w sweter z kapturem i wiatrówkę, z niepokojem rozglądał się dookoła na pokładzie swego statku wielorybniczego. Sezon polowań na wieloryby już się skończył i gdyby dostrzeżono go teraz z pokładu samolotu lub statku Międzynarodowej Komisji, dostałby reprymendę i musiałby się wstydzić przed całym światem. Wiedział jednak, że wścibscy durnie z Greenpeace już odpłynęli do domu, i to go podnosiło na duchu.

Łowy w tym sezonie były marne, toteż flotylle wielorybnicze wciąż jeszcze przemierzały burzliwe wody antarktycznego morza mimo nakazu Komisji, aby powróciły do swych portów macierzystych. A tymczasem noce stawały się coraz dłuższe i zmniejszała się szansa wypełnienia na wpół próżnych ładowni statku.

W pewnej chwili chmury nad jego głową rozdzieliły się, jak gdyby rozsunięte ręką jakiegoś giganta. Takamura spojrzał w górę i dech mu zaparło. Gwiaździste niebo migotało jakimś pełnym grozy światłem: welony niesamowitej fluorescencji przebiegały z jednej strony nieboskłonu w drugą — czerwone, zielone, fioletowe — światła bogów tańczących po niebie.

Serce zamarło Takamurze ze strachu, a z jego głowy wyparowało w jednej chwili wszystko, czego się nauczył podczas długich lat nauki w szkole i na uniwersytecie i z czego był tak dumny. „To musi być jakiś zły znak” — pomyślał ze zgrozą.

* * *

Dzień z wolna zbliżał się ku końcowi.

Stoner zjadł kolację w towarzystwie Jeffa Thompsona w jednej z trzech finansowanych przez rząd restauracji na Kwajalein. Potrawy były tanie, a i smak mniej więcej odpowiadał cenie. Gdy wyszli z lokalu, na dworze było jeszcze jasno, więc Stoner powrócił jeszcze do swego biura i zaczął przeglądać ostatnią partię zdjęć z Wielkiego Oka.

Nawet w wielkim powiększeniu, do jakiego był zdolny orbitalny teleskop, zbliżający się do Ziemi statek wciąż wyglądał jak rozmyta plamka świetlna, jak biały odcisk palca na tle niezmiennych konstelacji gwiezdnych i atramentowej przestrzeni.

Gdy wyszedł z biura, na tropikalnym niebie rozlały się już spektakularne, czerwone i pomarańczowe zorze zachodu. Stoner ruszył samotnie główną ulicą wzdłuż osiedla i minąwszy grupę budynków rządowych, skierował się ku klubowi oficerskiemu.

Zastanawiał się przez moment, gdzie może być teraz Jo i co może robić, ale zaraz jej obraz zmąciła mu myśl, że ona przecież sypia z McDermottem. Chciał o tym zapomnieć, chciał myśleć o czymś innym, toteż przyśpieszył kroku ku klubowi. Wiedział, że potrzebuje towarzystwa, rozmowy, czegoś, co wymazałoby z jego pamięci bolesne obrazy.

— O, Stoner! — usłyszał nagle znajomy głos.

W drzwiach klubu stał Cavendish, a obok niego mizerny, płowowłosy młodzieniec z posępna miną.

— Dobrze, że pana widzę — mówił Cavendish do Stonera. — Chciałbym panu przedstawić Hansa Schmidta z Obserwatorium Radioastronomicznego w Dwingeloo, w Holandii.

Stoner machinalnie wyciągnął rękę. Ucisk dłoni Schmidta był obojętny.

— Dwingeloo — powtórzył Stoner i wytężył pamięć. — Parę dni temu widziałem raport, że w Dwingeloo latem zeszłego roku odebrano pulsacje z Jowisza.

— To była moja praca — rzekł Schmidt po angielsku — ale została uznana za tajną przez NATO.

Młody astronom był nieco wyższy od Stonera, młodzieńczo szczupły. Jednakże jego twarz była pulchna, jak u niemowlęcia. Miał wysokie czoło, nieco zapuchnięte oczy i wydęte wargi. „Zanim dobije do trzydziestki, już będzie łysy — pomyślał o nim Stoner. — Ale nie przestanie wyglądać jak dzieciak.”

— Widzę, że jedziemy na tym samym wozie — odparł. — Moja praca też została utajniona.

— Właśnie — przytaknął Cavendish i wziąwszy młodzieńca delikatnie pod ramię, wprowadził go do klubu. — Schmidt może tutaj zostać uznany za odkrywcę tych sygnałów — dodał, zwracając się ku Stonerowi. — Kiedy pański zespół odkrył je po raz pierwszy?

— To nie był mój zespół — odparł Stoner. — Ja zostałem tylko wynajęty jako konsultant. Powinien pan porozmawiać o tym z Thompsonem.

Podeszli we trójkę do oblężonego przez gości bufetu i zamówili drinki; Cavendish — brandy, Stoner — whisky z wodą, a Schmidt — piwo „Heineken”. W klubie było pełno dymu i panował gwar, jak w ulu — jak przystało na najlepszy i jedyny bar na wyspie. Po kwadransie rozmowy Stoner zgodził się, że Schmidt rozpoznał prawdopodobnie wcześniej niż Thompson dziwną naturę pulsacji z Jowisza.

— A więc będzie pan uznany za odkrywcę — powiedział Cavendish, uśmiechając się do młodego astronoma — gdy tylko cała ta sprawa wyjdzie na światło dzienne.

Wyglądało na to, że jego słowa przygnębiły Schmidta jeszcze bardziej.

— Do tego czasu ja będę już starcem — rzekł z przekąsem.

— Och, daj spokój, bracie. Nie będzie tak źle.

Schmidt wysączył resztkę piwa i zrobił taką minę, jakby miał zaraz wybuchnąć płaczem.

— Wyrolowali pana, prawda? — rzekł współczująco Stoner.

Schmidt skinął powoli głową.

— Miałem się zaręczyć… A teraz, kto wie, jak długo będą mnie tu trzymali?

— Mnie też wyrolowali. Zegnali nas tutaj jak stado zwierząt. Wie pan, jak spędziłem Boże Narodzenie? Pozwolili mi odbyć jedną rozmowę telefoniczną z moimi dzieciakami. Tylko jedną! Jak więźniowi.