— A czy oni nie mogliby sprowadzić pańskiej dziewczyny tutaj? — spytał Cavendish.
— Nie chcą, żeby przyjeżdżała. Zresztą, ona by i tak tego nie zrobiła. Już ją o to prosiłem, ale odmówiła. Nie mogę jej przecież za to winić… zostawić dom i rodzinę… i jechać gdzieś na kraj świata. — Żałośnie potrząsnął głową.
— Cholernie przykra sprawa — mruknął Cavendish.
— Najpierw odbierają człowiekowi szansę na magisterium, przystawiając do wszystkiego pieczątkę „tajne” — ciągnął Schmidt z rezygnacją — a potem zsyłają człowieka na cholerną wyspę. Gdybym kogoś zamordował, byłbym lepiej traktowany niż teraz. Nawet gdybym został terrorystą i zawładnął jakimś pociągiem albo zagroził, że wysadzę w powietrze samolot, traktowaliby mnie lepiej niż ci tutaj.
— Ale nie jest pan terrorystą — rzekł ponuro Stoner. — Jest pan naukowcem. Oni wiedzą, że mogą nami pomiatać i że zawsze przyjdziemy do nich żebrać o szansę kontynuowania naszej pracy.
— Ale jedno jest pewne — powiedział wolno Cavendish.
— Co? — spytał Schmidt.
— Za tysiąc lat, gdy będą pisali historię rasy ludzkiej, zapiszą pana imię jako tego, kto po raz pierwszy nawiązał kontakt z pozaziemską cywilizacją.
Stoner podniósł szklankę do ust. „Nie — powiedział sobie w duchu. — Schmidt może pierwszy odkrył pulsacje, ale człowiekiem, który nawiąże prawdziwy kontakt z przybyszami z gwiazd, będę ja. Albo przynajmniej spróbuję nim być.”
Dziecięce wargi Schmidta wydęły się jeszcze bardziej.
— Dlaczego pan uważa, że za tysiąc lat będzie jeszcze istniała rasa ludzka, aby spisywać swą historię? Czy nawet za sto lat?
— W zasadzie, oczywiście…
— Załóżmy — ciągnął Schmidt — że ten statek to agresor, forpoczta całej floty najeźdźców, kora zetrze nas z powierzchni globu? Kto wtedy zapisze moje imię?
— Nie uważa pan, że to jest trochę naciągana argumentacja?
Stoner aż zaśmiał się do szklanki, biorąc do ust następny łyk whisky.
— Siedzimy na tej zapomnianej przez Boga i ludzi wyspie, pośrodku Pacyfiku — rzekł. — Czekamy na statek z gwiazd, aby go dokładnie zbadać, gdy się przybliży, a pan mówi o naciąganiu. Cała ta sprawa jest naciągnięta!
— Tak, istotnie — powiedział Cavendish — ale mimo to nie wierzę, że jakiś gatunek inteligentnych stworzeń mógłby siać we wszechświecie gwałt i zniszczenie. To mi wygląda na temat dobry tylko do bajek.
— Kto wie? — pomyślał głośno Stoner. — Nie można przecież zrobić wykresu, jak się ma dany tylko jeden punkt.
Cavendish postawił na bufecie swą pustą szklankę.
— Już późno, jak na mnie — powiedział. — Chyba odpłynę sobie. — Wyciągnął z kieszeni zwinięty banknot dolarowy i położył na bufecie. — Dobranoc.
Oddalił się szybko, pozostawiając Stonera i Schmidta stojących przy bufecie. Stoner wnet poczuł się niezgrabnie w towarzystwie młodzieńca, który najwyraźniej chciał utonąć w samotnych rozmyślaniach. Nagle uzmysłowił sobie, że Cavendish sprytnie posłużył się nim jako niańką dla tego dzieciaka. A to ci łajdak, zaklął w duchu.
Zlustrował wzrokiem klub, poszukując jakiejś znajomej twarzy. Sala wciąż była pełna dymu i mężczyzn. Hałaśliwych, pijanych, śmiejących się mężczyzn, którzy machali sobie wzajemnie pod nosami trzymanymi w palcach cygarami i papierosami, grali w karty i opowiadali sobie dykteryjki, grupując się wokół kilku obecnych w barze kobiet. Normalny kontyngent wojskowych i cywilów na Kwajalein uległ potrojeniu wskutek napływu naukowców, związanych z projektem Jupiter”, i personelu pomocniczego, ale przewaga liczebna mężczyzn nad kobietami była wciąż ogromna.
„Lokalni biznesmeni na pewno trzymają stronę kosmitów — pomyślał Stoner. — Barman nie martwi się ich inwazją. Przynajmniej tak długo, jak długo płyną napiwki.”
Wtem jego wzrok padł na siedzącego po drugiej stronie lokalu Markowa. Był w towarzystwie Amerykanów, przybyszów z Europy Zachodniej i Związku Radzieckiego. Wyglądało na to, że wszyscy bawią się dobrze.
„Muszę go lepiej poznać” — postanowił Stoner i spojrzawszy na Schmidta, który szklistymi oczyma wpatrywał się w drugą szklankę piwa, powiedział:
— Chodźmy do nich. Będzie weselej.
Młody astronom wstał bez słowa i poszedł za nim.
— …a ona wtedy mi mówi — opowiadał Markow z błyszczącymi oczyma, bawiąc się trzymaną w dłoni szklanką wódki — że chciałaby się wykąpać przy świetle księżyca.
Stoner przysunął sobie wolne krzesło od sąsiedniego stolika i przysiadł się do rozmawiających. Schmidt nie usiadł, lecz stał obok niego.
Markow rzucił im tylko krótkie „Hallo” i kontynuował swą opowieść.
— Ona jest oczywiście Amerykanką. Całkiem niczego sobie babka. Jak jej powiedziałem, że nie mam kąpielówek, nauczyła mnie nowego amerykańskiego zwrotu. U nas mówi się „na golasa”.
Wszystkim wydało się to zabawne i roześmiali się. Z wyjątkiem Schmidta. Zaciekawiło Stonera, o kim Rosjanin może mówić.
— Kiedy mi wyjaśniła — ciągnął Markow — co to słówko znaczy, przyłączyłem się do niej, oczywiście, z entuzjazmem!
Towarzystwo ryknęło śmiechem.
— A potem, gdy byliśmy już w wodzie, ona mi mówi, że laguna pełna jest rekinów, zwłaszcza nocą.
— To prawda — potwierdził jeden z Amerykanów.
— Przypływają też drapieżne mureny.
— Ale zaraz dodała, że w płytkiej wodzie będziemy zupełnie bezpieczni — mówił.
Stoner podniósł wzrok na stojącego wciąż Schmidta i stwierdził, że młody astronom nie zdobył się nawet na półuśmiech. „Beznadziejny przypadek” — pomyślał.
— No i co pan zrobił?
Markow z finezją wzruszył ramionami.
— Cóż mogłem zrobić? — rzekł. — Mając do wyboru: albo narazić się na spotkanie z rekinem, albo pozostawić ją bez ochrony, wybrałem, jak sądzę, rzecz najwłaściwszą. — Zrobił dramatyczną pauzę. — Wybiegłem tak szybko, jak mogłem z wody na plażę i zacząłem się ubierać!
Stoner roześmiał się wraz z innymi, lecz nagle błysnęła mu myśl, że Markow może mówić o Jo.
— A ona do mnie z wody: „Proszę się nie bać. Te małe rekinki nie robią nikomu krzywdy”. Wtedy ja na to: „Pani się myli. Mnie mogą zrobić krzywdę. I to taką, że do końca życia bym jej nie odżałował”.
— Fakt faktem — odezwał się jakiś Rosjanin dość łamaną angielszczyzną — że mężczyzna ma w takiej sytuacji więcej do stracenia niż kobieta.
— To było niesamowite przeżycie — wspominał Markow. — Ona wyszła z wody zaraz za mną i zaczęła mi wyrzucać tchórzostwo. Czy któryś z panów był kiedyś zbesztany przez młodą kobietę, stojącą nago i ociekającą wodą w świetle księżyca? Nerwy aż piszczą!
Pociągnął długi łyk ze swojej szklanki.
— A więc poszedł pan do domu cały mokry i ubrudzony piaskiem, czy tak? — spytał ktoś z towarzystwa.
— Chętnie byłbym się wtedy wykąpał w jej mieszkaniu — wyjaśniał Markow — ale ona mieszka wraz z innymi, samotnymi kobietami, a strażnicy nie wpuszczają do środka obcych po północy.
— To słabo.
— Ale ja nie tracę nadziei — rzekł Markow. — Na poczcie sprzedają podobno płyn odstraszający rekiny.
— Są też baseny — powiedział ktoś od stołu. — jeden tu w klubie, drugi w hotelu, a trzeci w „żłobku” dla oficerów kawalerów.
— Rozumiem. Ale mnie w zasadzie nie bardzo interesuje pływanie.