Reszta towarzystwa znów wybuchnęła śmiechem, a Stoner nabrał już teraz pewności, że Markow mówił o Jo. Jezu Chryste, to całkiem do niej podobne!” — myślał roztrzęsiony. Nie podobało mu się, że Rosjanin stroił sobie z niej żarty, ale uspokajała go myśl, że nie wymienił jej nazwiska. „Może nawet go nie zna?” — pocieszał się w duchu.
Mężczyźni opowiadali sobie jeszcze dykteryjki przez godzinę, po czym zaczęli się rozchodzić. Wstając ze swego krzesła, Stoner zauważył, że Schmidt gdzieś się podział. Zmarszczył brwi i zaczął się zastanawiać, kiedy młody astronom mógł się oddalić.
— Doktorze Stoner — zaczepił go Markow.
— Opowiedział pan ciekawą historię — odparł Stoner.
Rosjanin wzruszył skromnie ramionami i obaj skierowali się ku wyjściu.
— Nigdy dotąd nie miałem okazji, aby panu powiedzieć, jak bardzo jestem panu wdzięczny za pański miły list.
— Napisał pan dobrą książkę.
— Dziękuję — rzekł Markow tak cicho, że Stoner ledwie go dosłyszał w gwarze baru. — Pan chyba rozumie, że ten list ujawnił naszemu rządowi takt, iż wy pracujecie nad pulsacjami z Jowisza.
— Wiem o tym. Dlatego go właśnie napisałem. Pomyślałem sobie, że jeśli nie wiecie jeszcze o tej sprawie, mój list nie będzie miał dla was znaczenia. Ale, jeśli wiecie… hm, to powinniśmy zacząć pracować nad tym razem, a nie rywalizować jak konkurenci.
Dotarli do drzwi i wyszli na zewnątrz. Ogarnęło ich miłe ciepło i spokój tropikalnej nocy.
— Obawiałem się — odezwał się znów Markow — że może pan zostać aresztowany przez waszą tajną policję, gdy wyjdzie na jaw, że pan do mnie napisał.
— Zostałem aresztowany. Czy sądzi pan, że byłbym tu dziś, gdyby mnie do tego nie zmuszono?
— Oczywiście, że byłby pan — rzekł z przekonaniem Markow. — Ukradłby pan łódź podwodną i pod osłoną ciemności przedostałby się pan tutaj, gdyby nie było innego sposobu. To jest jedyne miejsce dla takiego człowieka jak pan. I proszę nie próbować ukryć tego oczywistego faktu, zwłaszcza przed samym sobą.
Stoner zatrzymał się w snopie światła, rzucanym przez uliczną latarnię i utkwił wzrok w Markowie.
— Ma pan rację — przyznał po chwili. — Do cholery, ma pan rację!
Na twarzy Markowa wykwitł sztubacki uśmiech.
— Ale w jaki sposób został w to wciągnięty lingwista? — dziwił się Stoner.
— Chyba nie miał pan nieprzyjemności z powodu mego listu.
— O, nie. Zupełnie żadnych. Jeśli miał jakiś efekt uboczny, to chyba tylko ten, że wyrobił mi względy wśród strażników bezpieczeństwa ludu.
— Markow ruszył znów wolno chodnikiem, a Stoner zrównał się z nim. — Dostałem tego samego bakcyla co pan — podniósł oczy na rozgwieżdżone niebo. — Chcę wiedzieć.
Stoner skinął niechętnie głową i rzekł:
— Tak, skoro jest tylko jeden projekt „Jupiter”, w takim razie to jest miejsce, gdzie powinniśmy obaj być.
— Oczywiście. Wiedza jest ważną rzeczą. Jedyną rzeczą, która trwa. Odkrycie — to dopiero jest dreszczyk! Lepszy niż kobiety. Niech mi pan wierzy.
— Lepszy niż niektóre kobiety — sprostował Stoner.
Markow odrzucił do tyłu głowę i wybuchnął śmiechem.
— O, tak, tak. Zgadzam się w zupełności. Lepszy niż niektóre.
Stoner popatrzył na fosforyzujące wskazówki swojego zegarka.
— Nie przeszedłby się pan ze mną do ośrodka radarowego? — spytał — Zaraz ma być próba kontaktu z tym ptaszkiem.
— Kontaktu?
— Odbiją do niego wiązkę radarową — wyjaśnił Stoner.
— Ale on jest chyba poza orbitą Marsa, prawda?
— Tak, ale chłopcy od radaru mówią, że być może uda im się już odbić sygnał od tego statku. Bardzo się rwali do tej próby.
— Z przyjemnością pójdę z panem — zgodził się ochoczo Markow. — Nigdy dotąd nie widzieliśmy czegoś podobnego.
— Ani nikt inny — dodał Stoner. — I może dziś też tego nie zobaczymy. To diabelstwo jest jeszcze daleko stąd.
Obaj mężczyźni szli pustą ulicą, jeden obok drugiego. W wilgotnym powietrzu unosił się zapach jakichś kwiatów i mgiełka słonej wody niesiona przez wiatr od odległych raf.
Akademik Bułaczow siedział niespokojnie na twardym krześle. Biurko Borodińskiego znajdowało się na małym podwyższeniu, tak aby petenci i goście musieli podnosić głowy, patrząc na niego. Był to stary trick, lecz Borodiński wciąż zeń korzystał. Dziarsko powitał akademika, wskazał mu ręką krzesło przed swym biurkiem i pogłaskawszy się po bródce, pochylił się nad jakimiś papierami.
„A więc to prawda — pomyślał akademik. — Sekretarz generalny jest umierający i będziemy mieli teraz to jego młode szczenię. Ciekawe, czy celowo stara się wyglądać jak Lenin.”
Dokładnie w tym momencie Borodiński, jakby czytając w jego myślach, uniósł głowę.
— Proszę wybaczyć, że naraziłem was na czekanie, ale taki jest w ostatnich dniach nawał zajęć, że się nie wyrabiam.
Bułaczow wahał się przez chwilę, po czym rzekł:
— Towarzysz sekretarz… Czuje się dobrze?
— Och, tak, całkiem dobrze. — Uśmiech uwiądł na ustach Borodińskiego — Ale też jest nadzwyczaj… zajęty. Musicie mu wybaczyć.
— Sądziłem, że spotkam się z nim osobiście. Zawsze dyskutowaliśmy o takich sprawach między sobą. W cztery oczy.
— Wiem: ze względów bezpieczeństwa. Ale nasz przyjaciel prosił mnie, abym ja się dziś z wami spotkał.
— Rozumiem. — Bułaczow jął się zastanawiać, do jakiego stopnia może zaufać temu tak młodemu człowiekowi.
— Raporty, jakie przychodzą z Kwajalein, wskazują, że może być pożądane wysłanie ekipy kosmonautów na spotkanie z tym statkiem — odezwał się Borodiński. — Czy w związku z tym są w toku jakieś przygotowania?
„On już wie — pomyślał Bułaczow. — Nie ma sensu nawet próbować go zwodzić.”
— Odpowiednie wydziały Akademii intensywnie śledzą statek i przygotowują wszystko, co jest niezbędne do spotkania z nim w przestrzeni — rzekł.
— Doskonale.
— Nie mamy jednak uprawnień, aby móc spowodować przydzielenie przez armię odpowiednich rakiet i kosmonautów.
Borodiński skinął głową.
— To zrozumiałe — rzekł. — Ale zapewniam was, że odpowiednie kroki już zostały podjęte. Od was oczekujemy przede wszystkim stale uaktualnianych informacji na temat pozycji tego statku w przestrzeni. Jest to konieczne, aby móc go przechwycić.
— Przechwycić?
— Jeśli będzie miał wrogie zamiary albo gdy będzie obawa, że wpadnie w obce ręce…
— Zniszczyłby go pan?
Borodiński strzelił palcami nad swą głową.
— Pach! Pach! Głowicą wodorową! Czy nasz przyjaciel nie mówił wam o takiej możliwości?
— Owszem, raz coś o tym wspomniał, ale…
— A więc wiecie, że potrzebujemy stale aktualnych danych na temat jego toru. Powiedziano mi, że tylko wasze dalekosiężne radioteleskopy są dostatecznie silne, aby dostarczyć takich danych. Wojskowe radary do przechwytywania pocisków balistycznych nie mają odpowiedniego zasięgu.
— Oczywiście.
Borodiński miło się uśmiechnął i znów pogłaskał się po bródce.
— Towarzyszu — zaczął Bułaczow i zawahał się.
— Słucham?
— Chodzą… chodzą słuchy… o aresztowaniach, przesłuchaniach. Czy sekretarz generalny jest zdrowy i cały?
Oczy dygnitarza za biurkiem zwęziły się, a na jego ustach pojawił się nieszczery uśmiech.